Rozdział 24. Anakonda i kolejny szok

Rozdział 24. Anakonda i kolejny szok

Motorowa łódź nie mogła płynąć dalej. W każdym razie tak stwierdził nasz przewoźnik. Dalej podążaliśmy wąską łodzią wiosłową. Do celu, czyli autochtonicznej wioski pozostawało sześć do ośmiu godzin, pod warunkiem, że będziemy wiosłować w dobrym tempie. Prąd rzekli nie był duży i posuwaliśmy się z zaplanowaną prędkością.

Z przodu siedziała Natalia, za nią Karol, później ja i Osioł. Mój trener i obecny nauczyciel korzystał z okazji i przez przez cały czas prowadził szkolenie.

Ludzie podobno nie myślą samodzielnie. W większości. Są manipulowani od małego, przez media, zmanipulowanych uprzednio rodziców, wychowawców, nauczycieli. Wierzą w to, w co każe im się wierzyć i zachowują się tak, jak życzą sobie autorzy manipulacji. Nielicznym udaje się stanąć w prawdzie i tylko ci mają szansę na znalezienie szczęśliwych chwil w swoim życiu. Aby to osiągnąć, konieczne są przeżycia, które człowiekowi otworzą oczy, czyli mówiąc najprościej wyrwą go z komfortowej sielanki życia, zanurzą w brutalnej rzeczywistości sytuacji trudnej, często traumatycznej. Ma to pozwolić na opuszczenie pełnego ubezpieczeń siedliska, które, tak naprawdę jest domkiem z kart. Bez odrzucenia od siebie podpórek, nie staniemy samodzielnie na nogi i nie zdołamy, jak powiedział, stanąć w prawdzie.

Ile już razy mi mówił podobne rzeczy? Wciąż powtarza prawie to samo, a ja za każdym razem rozumiem to nieco inaczej, co ponoć oznacza, że przechodzę powolną metamorfozę. Najpierw byłem jajem – pracującym w korporacji, bezmyślnym wykonawca poleceń, później wykluła się pożerająca wszystko wokół gąsienica, a teraz zbliżamy się do postaci poczwarki. Wkrótce otoczę się chitynową otoczką i będę przeobrażał się w imago, czyli postać dorosłą. Abym do końca zrozumiał siebie, muszę przejść przeobrażenie zupełne. Ciekawe co wypełznie z poczwarki, motyk, chrząszcz, czy może inny owad, na przykład modliszka. Co by to miało nie być, nie zaznam spokoju i nie dany mi smak spełnienia, jeżeli nie przejdę kolejnych faz cyklu. Uff, Osioł znowu przesadził. Po czterech godzinach dużego wysiłku, zdecydowaliśmy się na odpoczynek. Biwak ma małej piaszczystej plaży, na zakręcie rzeki, której nazwa wyleciała mi z głowy – jednego z dopływów Japura w dorzeczu Amazonki. Wysoka temperatura, duża wilgotność i wszechobecne owady, to niedogodności, które wraz z fizycznym zmęczeniem sprawiły, że jedyna na co miałem ochotę, to wejść do małego namiotu i zasnąć głębokim snem. Nie dane jednakże było nam odpocząć. Przed wieczorem mieliśmy dotrzeć, zlokalizowanej przez satelitę, tubylczej wioski. Pozostanie na noc w deszczowym lesie było zbyt niebezpieczne. Siedziałem na piasku i bezmyślnie patrzyłem na powolnie płynącą nizinną rzekę. Osioł robił przegląd naszej łódki, zaś Natalia wraz z Karolem przygotowywali posiłek.

Z pobliskich krzaków wyszedł tapir i nie zwracając uwagi na ludzi zbliżył się do brzegu rzeki. Rozejrzał się badawczo i pochylił głowę, aby napić się wody. To, co zwróciło moją uwagę, to łagodna, zbliżająca się powoli w moją stronę fala. Kiedy była około metra od miejsca w którym siedziałem, nagle zamieniła się w fontannę wody, z której wynurzył się spłaszczony, duży łeb osadzony na długiej szui – tak to odebrałem. Żółto-zielona, potężna anakonda wystrzeliła jak sprężyna w powietrze i uderzyła w tapira, który nawet nie zdążył zareagować. Rozwarta paszcza zacisnęła się na szyi zwierzęcia, które straciło równowagę i runęła za piasek. Wąż zwinął swoje ciało w ogromną sprężynę i wciągnął swoją zdobycz pod wodę, jednocześnie zaciskając zwoje swojego cielska na roślinożercy. Po chwili wszystko ucichło. Walka była zakończona.

Po kilku minutach, kiedy doszedłem do siebie, zdecydowałem się oddalić od niebezpiecznego miejsca, ale nie zdążyłem. Anakonda mająca w objęciach martwego tapira ponownie pojawiła się na powierzchni. Położona na płyciźnie, rozpoczęła proces połykania posiłku. Siedziałem zdrętwiały ze strachu, wprost sparaliżowany i obserwowałem jak martwe już zwierzę, o tułowiu długim na półtora metra, powoli znika w czeluści wężowego przewodu pokarmowego. Osioł wraz z Karolem wzięli mnie pod ręce i zaprowadzili w kierunku łodzi. Zjedli posiłek. Ja siedziałem sparaliżowany i niczego nie przełknąłem. Szybko zwinęli obóz i ruszyliśmy w dalszą drogę. Próbowałem wiosłować, ale nie mogłem zsynchronizować ruchów. Kolejna trauma w ciągu krótkiego okresu czasu odcisnęła na mojej psychice swoje piętno. Osioł, swoim zwyczajem, w sposób bezczelny skomentował zaistniałą sytuację. Stwierdził, że jestem wyjątkowym szczęściarzem. Nie dlatego, że nie zostałem pożarty przez węża i nie dlatego, że nie wyskoczyłem z samolotu z gaśnicą ale dlatego, że akurat mnie przytrafiły się takie właśnie, traumatyczne przygody i to jedna po drugiej. Czysty przypadek… taki szczęściarz. Teraz, albo z tego wyjdę i stanę się oczyszczony z resztek brudów, albo nie dam sobie rady i mówiąc krótko trafię na leczenie do szpitala psychiatrycznego. Reasumując, stanę się zupełnie normalny, albo stanę się wariatem. Kuracja wstrząsowa, która mnie wyzwoli z kokonu cywilizacyjnej rdzy. Stanę się naturalny, albo oszaleję. Tymczasem skorupa kokonu poczwarki otaczała mnie coraz bardziej. Kiedy dobijaliśmy do wioski, przestałem już odbierać jakiekolwiek bodźce zewnętrzne. Moje zmysły pozostawały w głębokiej hibernacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *