Rozdział 23. Wyprawa – marzenie o miękkim lądowaniu

Rozdział 23. Wyprawa – marzenie o miękkim lądowaniu

Samolot Cessna 208 z całą pewnością był w wieku dojrzałym. Wytarte siedzenia, braki lakieru, porysowane szyby oraz ogólne wrażenie braku czystości i porządku, to wszystko utwierdzało nas w przekonaniu, że lecimy starym gratem. Na dodatek w nazwie naszego statku był dodatek „Caravan”, jakby uściślający jakość sprzętu. Mieliśmy nadzieję, że nie jest to jego przeznaczenie podczas naszej podróży. Maszyny latające mają to do siebie, że więcej jest ich startów, niż lądowań, co nasila się z wiekiem pojazdów i ich lokalizacją. Statystycznie najwięcej lotniczych katastrof zdarza się w tak zwanych krajach rozwijających się. Pomimo naszych wątpliwości, lot był bardzo spokojny. Maszyna prawie, że się nie chwiała i z jednostajnym, basowym szumem silników pokonywała kolejne kilometry przestworzy nad amazońską dżunglą.

Problem zaczął się, gdy byliśmy nad celem podróży. Ulewne deszcze spowodowały powstanie lawin błotnych, z których jedna obrała sobie drogę przez odcinek utwardzonej ziemi służącej do startu i lądowania samolotów. Lokalny „pas startowy” po prostu przestał istnieć. Pilot zaproponował alternatywę – miejsce (nazywając je z dumą w głosie „lotniskiem”), gdzie możemy dotrzeć za około godzinę. Prawie 300 kilometrów od punktu w którym mieliśmy wylądować. Zorganizowanie wyprawy i sama droga do naszego celu została obliczona na około 14 dni. Bez żadnego zabezpieczania, sprzętu i logistyki było to wyzwanie karkołomne, w praktyce niemożliwe.

Szef wyprawy, czyli – jeśli ktoś by się tego nie domyślił – Osioł, podjął jedyną rozsądną decyzję, która była całkiem nierozsądna: skaczemy na spadochronach. Uciął jakąkolwiek dyskusję i po kolei zrzucił ładunki z towarem, po czym nie czekając na nas, sam wyskoczył. Karol i Natalia bezzwłocznie poszli w jego ślady. W pewnych sytuacjach myślenie staje się zbędne – nie dyskutowali, tylko wyskoczyli. Zresztą, za bardzo nie mieli z kim dyskutować… Zostałem ja, nie mogący z siebie wydobyć słowa i małomówny z natury pilot. Pomyślałem, że może niech pilot wyskoczy, a ja polecę dalej tylko, że brązowo-skóry mężczyzna nie miał w naszej wyprawie żadnego interesu, a ja nie miałem pojęcia jak pilotować samolot. Założyłem szerokie szelki, spiąłem je klamrą na piersiach i zbliżyłem się do drzwi. Pilot spojrzał na mnie ze zniecierpliwieniem. Zataczał kolejne koło. Na migi pokazał mi, że to ostatnie, a potem odleci… Nie pozostawił mi wyboru. Wyskoczyłem, a właściwie, wturlałem się, albo jak kto woli wypadłem przez małe drzwiczki.

Samolot znalazł się nade mną, zaś na dole, jak okiem sięgnąć rozciągał się zielony dywan Amazonii. Ze szkolenia zapamiętałem, że muszę pociągnąć za specjalną, zakończoną małą rączką linkę, co spowoduje otwarcie czaszy. Ale linki nigdzie nie mogłem znaleźć. W cessnie wszystkie rzeczy ułożone były w plecakach, które miały szelki podobne do tych spadochronowych. Przez głowę przeszła mi czarna myśl, że zamiast spadochronu ubrałem plecak z jakimś towarem. Dlatego nie ma linki… Zacząłem się bać. Spadając coraz szybciej, zgodnie z ziemskim przyśpieszeniem właściwym dla szerokości geograficznej na której się znajdowałem, przypominałem pocisk. Wkrótce dotrę do powierzchni planety. Przebiję się przez gąszcz lasu i zetknę się z gruntem. Zanim impuls nerwowy dotrze do ośrodków bólu, przestanę istnieć. Mój mózg, podobnie jak całe ciało stanie się mokrą plamą. Nawet żaden padlinożerca nie pożywi się moim ciałem. Przez ułamek sekundy chciałem nawet być dobry dla lokalnych zwierząt, chciałem aby choć one miały ze mnie pożytek, ale niestety, nie potrafiłem wyhamować szalonego pędu.

Kolejna myśl była nawet zabawna. Obok mojego siedzenia wisiała gaśnica. Może wyskoczyłem z gaśnicą która straci zawleczkę w gąszczu drzew i eksploduje strumieniem tego, co w niej jest. To z pewnością wywoła zdziwienie wśród okolicznych zwierząt, a może nawet wpłynie na ubogacenie ich osobowości. Jaguary, krokodyle, anakondy, tapiry, kapibary i oceloty staną się bogatsze o doznania sikającej po lesie gaśnicy.

Nagle przestałem się bać. Już nie miałem tyle siły. Już nawet nie miałem siły na panikę. Zdrętwiały gnałem na spotkanie z planetą. Przestałem myśleć o czymkolwiek. Paraliż dotknął także mięśni twarzy – błędnym wzrokiem patrzyłem na zbliżające się kłębowisko zieleni.

Pełen traumy, zupełnie ubezwłasnowolniony, mknąłem w dół. Prawie, że przestałem to fizycznie odczuwać. Moja psychika, jakby przyzwyczaiła się do okoliczności. Nic nie stanęło mi przed oczami. Żaden obraz z mojego dotychczasowego życia. Sam zgodziłem się na udział w ekspedycji i świadomie podjąłem ryzyko. Oto finał mojego zapalczywego pomysłu. Finał nauk Osła i finał mojego życia.

Przed utkwionymi w dali oczami pojawiło się coś furczącego. Rozpoznałem linkę. Musiałem wytężyć wszystkie siły, aby ją dostać. Brakowało rączki. Przed pociągnięciem pomyślałem jeszcze: spadochron, czy plecak z gaśnicą? Szarpnąłem za linkę i w tym samym momencie poczułem ból pod pachami. Czasza spadochronu nagle wyhamowała mój lot ku powietrzni planety. Nie miałem już siły, aby sterować i zdałem się na ślepy los – będę lądował, tam gdzie wiatr mnie poniesie.

Dzięki stosunkowo dużej prędkości spadania, przebiłem się przez gąszcz gałęzi i wylądowałem na twardej powierzchni. Przez kilkanaście minut leżałem w bezruchu. Kiedy się podniosłem, zdrętwiałem. Mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa i być może to sprawiło, że moje szanse na przeżycie wzrosły. Na wprost mojej twarzy ujrzałem parę lśniących czarnych oczu. Należały do pumy, zwanej także kazuarem. Dorosłe zwierzę o wadze przekraczającej pewnie 80 kilogramów, paszcza uzbrojona w ostre zęby, a łapy w wysuwane, groźne pazury. Patrzyliśmy sobie w oczy. Pomyślałem, że spadłem z deszczu pod rynnę. Mogłem mieć szybką, bezbolesną śmierć i stać się plamą w czerwonawym gruncie, a teraz być może czeka mnie cierpienie. Dziki kot nie połknie mnie za jednym zamachem.

Pojawił się nowy rodzaj strachu. Nie czułem paraliżu, ale opuszczające mnie resztki sił. Byłem jak balon, z którego uszło powietrze. Przegrany. Gdyby to była prawdziwa, głęboka trauma, być może drętwota odebrałaby mi zmysł czucia, ale nie miałem tyle szczęścia. Drapieżnik rozwarł swoją paszczę i wydał głuchy pomruk. To zupełnie irracjonalne, ale pomyślałem, że ludzkie, czyli moje ciało nie będzie mu smakowało. Na pewno jestem łykowaty. Tak, jakby było mi go szkoda, że może nabawić się niestrawności.

Właściciel płowej sierści odwrócił się i po kilku sekundach zniknął w gąszczu dżungli. Widocznie będę się musiał jeszcze nieco namęczyć, zanim szlag mnie trafi. Przy moim obecnym zezowatym szczęściu, wkrótce przytrafi mi się kolejna przygoda… Jeśli nie zostanę wkrótce pożarty, ukąszony przez jadowitego węża, bądź uduszony i wchłonięty przez anakondę do jej przepastnego brzucha, umrę na atak serca.

Pozostali członkowie naszej szalonej ekspedycji wisieli od kilku (Osioł) do kilkudziesięciu (Karol) metrów nad ziemią. Natalia znajdowała się pośrodku mężczyzn. Czasze spadochronów zaplątane były w gałęzie. Wyglądali jak bombki na liściastej choince.

Dostałem gratulacje za zimna krew, za logikę, odwagę i całą resztę rzeczy, które były przypadkiem, niedociągnięciem, gapiostwem i zaniedbaniem. Jako jedyny wylądowałem na gruncie. Gdybyśmy wszyscy zawiści na drzewach, mógłby być problem. Nikt nie widział mojego spotkania z pumą. To dobrze. Sytuacja mogłaby sugerować, że mam nadprzyrodzone zdolności i potrafię wzrokiem odpędzić drapieżniki. Z całą pewnością Osioł zaplanowałby kilka prób, na potwierdzeni tej teorii. Tego mógłbym nie przetrwać. A może od razu zostałbym wykorzystany jako tajna broń przeciwko dzikim, drapieżnym kotom? Pomysły Osła są nieprzewidywalne.

Obejrzałem swoje spodnie. Nie posikałem się ze strachu… pewnie bałem się tak bardzo, że nawet stresowe nietrzymanie moczu było poza zakresem moich możliwości.

Kiedy jako tako doszedłem do siebie, moim jednym pragnieniem było się obudzić z tego makabrycznego snu. Nie był to jednak sen, tylko rzeczywistość. Wziąłem głęboki wdech wypełnionego parą wodną powietrza. Będę musiał zmierzyć się z kolejnymi trudnościami i strać się przeżyć, choć co do tego ostatniego, chyba nie mam zamiaru się zbytnio poświęcać. To bardzo męczące.

Osioł nawet w trakcie przedzierania się przez zielony gąszcz dżungli nie dał mi spokoju. Usłyszałem wykład o potrzebie bezpieczeństwa, jako potrzebie podstawowej. Kiedy mamy już zapewnione podstawowe potrzeby fizjologiczne – bez których nasze ciało nie może funkcjonować – czyli oddychanie, pracę narządów wewnętrznych, minimalny choć poziom substancji pokarmowych, znajdujemy się w optymalnej temperaturze otoczenia i organizm nie reaguje niezgodnie ze standardową fizjologią (np. wysoką gorączką w przypadku zakażenia), to jesteśmy wśród żywych organizmów. Jako zlepek komórek mamy się dobrze. Jednakże, aby cokolwiek zrobić poprawnie, musimy mieć także komfort psychiczny. Kolejną potrzebą w ich piramidalnej (czyli podobnej do piramidy) hierarchii jest potrzeba bezpieczeństwa. Bez niej inne potrzeby, choćby te standardowe (kolejna, wyższa warstwa piramidy) jak łaknienie, pragnienie, czy wypróżnianie się, nie będą występować poprawnie, a może i wcale. W sytuacji silnego negatywnego pobudzenia nerwowego (szok, trauma), również oddychanie, akcja serca, czy nawet przemiany metaboliczne bywają nienaturalne. O planowaniu, czy realizacji jakiegokolwiek dzieła mowy być nie może. Skądś to znam…

Występujące przez długi czas, powtarzające się negatywne bodźce doprowadzają do nerwic, depresji, są przyczyną samobójstw i chorób psychicznych.

Mój nauczyciel zapytał, czy nie odczuwam przypadkiem lęku. Odpowiedziałem, że wobec niedawnych przeżyć (o spadochronie nic nie wspomniałem), przechadzka po lesie jest całkiem przyjemna. Czuję się jak nowo narodzony i jestem gotowy na nowe wyzwania. Zmierzył mnie srogim spojrzeniem i zamilkł.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *