XVII. DOBRZE JEST MIEĆ APETYT NA SUKCES

XVII. DOBRZE JEST MIEĆ APETYT NA SUKCES

Na początek slogan. „Zaakceptuj siebie, takim jakim jesteś.” Inni cię akceptują takim jakim cię widzą. Brak akceptacji to ucieczka donikąd. Więcej o samoakceptacji wkrótce.

Dopiero, gdy poznasz siebie, uzyskasz podstawy do tego, aby dążyć do sukcesu.

Najpierw zdefiniujmy, co to jest sukces? Moja reguła mówi, że sukces to osiągnięcie zamierzonego celu, który cieszy, jest spełnieniem. Jak wspomniałem w jednym z poprzednich felietonów, cel musi być ambitny, konkretny, osiągalny, pomierzony właściwą dla siebie miarą i określony w czasie. Rzeczy niekonkretne nigdy się nie spełnią.

Kolejnym czynnikiem koniecznym jest zaangażowanie. Nic bowiem samo się nie załatwi, ani nie samo się nie zrobi (choć wielu ludzi podświadomie na to liczy). Pamiętajmy o tym.

Jeżeli do zaangażowania dodamy wytrwałość, nie zrażanie się niepowodzeniami i upór w powstawaniu z upadków, szanse automatycznie się zwiększają.

Pozostaje jeszcze ocena własnych możliwości (nie zawracajmy Wisły motyką), alokacja środków (koniecznych) oraz czasu.

Jak już wszystko sobie poukładamy, często przychodzą wątpliwości: ”czy nie jest już za późno?”

Swego czasu podróżowałem samochodem z małżeństwem o ponad dwudziestoletnim stażu. Łatwo można było się zorientować, że są zgodną parą i bardzo dobrze rozumieją się nawzajem. W praktyce, niezależnie od poruszanego tematu, obydwoje mieli takie samo zdanie. Wyglądało to tak, jakby razem doszli do określonych wniosków, które dla nich stały się niezmiennymi aksjomatami.

Rozpoczęliśmy temat o zaletach i wadach mieszkania w mieście. Wówczas usłyszałem, że obydwoje, praktycznie przez całe życie marzyli o mieszkaniu w domu, poza miastem. Do tej pory nie mieli wystarczających funduszy, aby zamienić mieszkanie w bloku na dom. Teraz są dość zamożni, ale zgodnie stwierdzili, że jest już za późno. To jednoznaczne stwierdzenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że pomysł zamieszkania w domu poza miastem, musiał być wielokrotnie przez nich rozważany, dyskutowany, oceniany. Stać ich na dom, ale doszli do wniosku, że jest już za późno. Ludzi mający po około pięćdziesiąt lat zrobili z siebie staruszków. Proste planowanie mogłoby pokazać, że wystarczy kilkanaście miesięcy i dom będzie gotowy do wprowadzenia się. Oni jednak nie podjęli tego wyzwania. Prawdopodobnie zabrakło im mobilizacji. Zamiast uszczęśliwić się i zrealizować swoje marzenie, poddali się bez walki. Zrezygnowali z celu, który mogli realnie osiągnąć. Dlaczego? Jeśli posiadanie domu było ich rzeczywistym pragnieniem (a tego nie wiemy na pewno), zabrakło im siły, aby wyzwolić się z pewnej rutyny, z zastoju, z wygodnego bytu w którym mieli już wszystko poukładane i jakakolwiek zmiana byłaby odczuwana jako rewolucja, a nie osiągnięcie celu. Może poprzez nazbyt poukładane życie, wytworzyli na swój użytek sferę, w której czuli się bezpiecznie i wyjście poza nią byłoby zbyt ryzykowne, zburzyłoby bowiem, latami wypracowaną atmosferę „świętego spokoju”. Podjęcie ryzyka budowy domu, to wyzwanie związane z koniecznością poświęcenia czasu, dopilnowania wielu spraw i nadzoru nad inwestycją. Dwoje młodych jeszcze i pełnych sił staruszków nie zdecydowało się wyjść za swojej skorupy.

Czy zdążę osiągnąć sukces? Odpowiedź jest prosta i niezależnie od wieku i możliwości jest tylko jedna – twierdząca. Musimy mierzyć siły na zamiary i określać swoje dążenia racjonalnie. Nigdy nie jest za późno na dojście do tego, co może dać nam zadowolenie. Jest rzeczą oczywistą że człowiek sześćdziesięciopięcioletni nie powinien rozpoczynać przygotować do najbliższej Olimpiady ale, o ile jego kondycja fizyczna na to pozwala, może trenować na przykład jazdę na rowerze i brać udział w zawodach w swojej grupie wiekowej. Ale ma również szansę na spełnienie w innej dziedzinie, którą lubi, a na którą, być może dotychczas nie miał dość czasu. Na przykład może nauczyć się grać na akordeonie, albo spróbować napisać powieść, bądź też uprawiać wspaniałe róże na przydomowym ogródku. Na pewno nie można siedzieć z złażonymi rękami i nie robić nic – ewentualnie, być jedynie pożywką dla reklam i od czasu do czasu brać udział w wyścigu po towary w promocji, wierząc afiszom zachęcającym do zakupów w pobliskim markecie. A skoro osoby w wieku emerytalnym mogą rozpocząć nowe życie, to nie muszę dodawać, że dla ludzi młodszych, świat stoi otworem.

Kolejna wątpliwość: „czy dam sobie radę, jak zniosę porażkę, jeśli rady nie dam?”

Czy dam sobie radę – czy mam dość siły i uporu? To zależy od celu, jaki sobie obierzesz. W tym miejscu mogę raz jeszcze powtórzyć, że nasze zamiary powinny być zgodne z tym, co daje nam satysfakcję i muszą przy tym być osiągalne, dopasowane do naszych możliwości. Jeśli rezultaty nie będą nas wystarczająco mocno cieszyć, nie będą tym, co daje nam satysfakcję, to prędzej, czy później zrezygnujemy, a to doprowadzi do rozterki i niepotrzebnych stresów. Zmarnujemy czas i siły. Jeśli poprzeczkę postawimy zbyt wysoko, to po prostu jej nie przeskoczymy.

Często nie podejmujemy decyzji o wprowadzeniu zmian życie, obawiamy się bowiem oceny naszego postępowanie ze strony otoczenia, a w szczególności rodziny. Pewna moja znajoma, będąc w wieku siedemdziesięciu dwóch lat zapisała się na kurs samby. Przez całe życie marzyła, aby nauczyć się tego hiszpańskiego tańca, ale zawsze coś ją powstrzymywało. Kiedy była czynna zawodowo, sama sobie udowadniała, że nie ma dość czasu, ale w rzeczywistości, podświadomie obawiała się oceny swoich współpracowników. Pracowała w laboratorium w szpitalu klinicznym, wśród poważnych pań, które prowadziły życie typowe dla osób w ich wieku i z ich pozycją zawodową, czyli „monotonne i ustabilizowane”. Do decyzji dojrzała po siedemdziesiątce. Przekonała sama siebie, że to jej pasja i na tyle się w tym utwierdziła, że w końcu, już bez oporów opowiadała wszystkim znajomym, jak wspaniale jest tańczyć sambę. Osiągnęła sukces, bowiem zmieniła perspektywę myślenia. Z osoby podporządkowanej zwyczajowym normom społecznym, typowym dla pań w określonym wieku, stała się postacią z awangardy zmian i już nie zwracała uwagi na to, co o niej powiedzą inni. Wprost narzucała otoczeniu swój tok myślenia. Z osoby pełnej zastrzeżeń, stała się liderem. Wobec swojej jednoznacznej postawy, w oczach wielu osób zyskała szacunek. Chciałbym tu dodać, że moja bohaterka obarczona była wadą poważnego niedosłuchu, ale rytm samby pokonał także tą przeszkodę.

Innym przykładem jest przyjaciółka mojej teściowej, pani w wieku lat osiemdziesięciu, która dzielnie walczy z cukrzycą. Systematycznie przyjmuje leki, przechodzi badania kontrolne, i aby dodatkowo wspomóc swój organizm, aktywnie uprawia „nordic walking” przechodząc dziennie ponad pięć kilometrów. Na zawodach o „Mistrzostwo Warszawy”, zdobyła pierwsze miejsce w swojej grupie wiekowej. Odniosła sukces. Ponadto, na tyle, na ile może, cieszy się każdym dniem, prowadząc aktywne życie towarzyskie. Nie narzeka, nie popada w depresję, tylko walczy i odbiera od życia należne jej prezenty.

Jak zniosę ewentualną porażkę? Każda porażka to nowe doświadczenie, z którego możemy wyciągnąć wnioski. Postarajmy się traktować porażki jako naukę. Wiem, łatwo się mówi. Człowiek chciałby odnieść sukces i cieszyć z niego, a porażka to brak sukcesu, a zapłatą za włożony wysiłek, często jest zniechęcenie. Kiedy poniesiesz porażkę, postaraj się zrobić analizę, aby znaleźć popełnione błędy. Niekiedy zniechęcamy się w momencie, gdy wystarczy jeszcze jedno uderzenie oskardem, aby zza odłupanej skały ukazał się skarb. Najczęściej jednak owych uderzeń trzeba dużo więcej. Zresztą samo „walenie oskardem w ścianę” lepsze jest od bezruchu, daje bowiem szansę. Przypomnę raz jeszcze, że tylko właściwe wyznaczenie celu i wykonanie solidnej pracy daje szanse na zwycięstwo.

Po poniesieniu porażki (co w drodze do zwycięstwa zdarzy się niejednokrotnie) należy odpocząć i nabrać sił. Zdystansowanie się do problemu pozwala na spojrzenie bardziej kompleksowe, dzięki czemu możemy zauważyć to co niedostrzegalne, gdy jesteśmy w akcji. To jak widok w wysokości: z dachu możemy zauważyć o wiele więcej elementów, niż gdy stoimy przy ścianie budynku.

Kiedy poniesiesz porażkę, pamiętaj, że zrezygnować możesz zawsze, zatem lepiej nie tracić szansy i podjąć kolejną, przemyślaną i dobrze zaplanowaną próbę. Przysłowie mówiące o tym, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki jest prawdziwe tylko wówczas, jeśli to nie nasza rzeka, czyli cel nie został wyznaczony poprawnie. W innym przypadku powtórne wejście do tej samej rzeki, to wejście na częściowo poznany teren, to możliwość wykorzystania nabytych podczas dotychczasowych, nieudanych prób doświadczeń.

Młodzi ludzie, choć mający więcej sił, widząc trudności, często rezygnują z obranej drogi. Osoby dojrzalsze mają za to więcej samozaparcia, inaczej mówiąc mają lepszą kondycję psychiczną, co wynika z nabytych doświadczeń i treningu zafundowanego przez życie. Ponadto osoby z bagażem doświadczeń mają większą świadomość przemijania i często szkoda im poświęconego czasu, który w przypadku przegranej zostanie po prostu zmarnowany. To często blokuje działanie. Młodzi zaś żyją tak, jakby mieli żyć wiecznie – mają jeszcze czas (zestarzeć się i nie zrobić nic).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *