Rozdział 20. Wyprawa – przygotowania – przewartościowanie

Rozdział 20. Wyprawa – przygotowania – przewartościowanie

Natalia płakała mając głowę oparta na moim ramieniu. Potrzebowała wsparcia. On aby chciała, aby wszystko było uczciwe, transparentne, proste. Ludzie prawdomówni, wywiązujący się ze zobowiązań, nie szukający łatwych okazji, a tym bardziej nie używający swoich pozycji w celu wykorzystania innych, im podporządkowanych. Marzycielka.

Po 30 minutach łkania i chlipania, uspokoiła się. Powiedziała, że jestem nieco inny od przeciętnej. Nieco lepszy. Owe „nieco” było słodkie jak miód. Poczułem się dowartościowany. Może dlatego wydałem się dziewczynie nieco lepszy, że nie chciałam jej wykorzystać? Sytuacja w końcu była sprzyjająca.

Wysłuchała spokojnie, że nie jest w moim typie. Choć ładna, zgrabna i powabna, ale to mnie nie podnieca. Nie bardzo wiedziałam jak określić, co mnie podnieca…

Nie śpiesząc się, szedłem opustoszałymi ulicami Warszawy. Była 2 w nocy. W uszach cały czas słyszałem ostatnie słowa wypowiedziane przez Natalię. Ona koniecznie chce dopiec swojemu byłemu szefowi, ale tu nie chodzi o zemstę. To nie wyrównanie rachunków. Jej zdaniem, taki zgniłek (tak go nazwała) nie powinien w ogóle być elementem jakiegokolwiek społeczeństwa. To pasożyt, który nie ma sumienia i zeruje na biedzie innych. Zeruje na niewiedzy swoich klientów i celowo wprowadza ich w błąd, aby wystraszeni, ostatecznie zapłacili więcej za niepotrzebne tak naprawdę usługi. Wykorzysta każda okazję, aby zarobić. Tak jest tez teraz, w przypadku biznesu w który zaangażowała się moja żona.

Chłodne powietrze, rozwiewane lekkim wiatrem, było przyjemne. Natalia to niegłupia kobieta. Zapewne prawda o kontrataku jest inna. Żądzą nią emocje. Kiedy nieuczciwy prawnik przegra, ona poczuje smak zwycięstwa i to będzie nagrodzą za trud akcji, za trud jej poświęcenia.

Większość ludzi pływa po powierzchni oceanu życia. Jak mówił Osioł, nie są oni w stanie zobaczyć piękna rafy koralowej spełnionych marzeń. Żyją w dwuwymiarowym świecie, kurczowo trzymając się narzuconych przez zasady tak zwanej nowoczesnej cywilizacji reguł. Czują się bezpieczni, choć bezpieczni nie są. Może są na tyle bezpieczni, na ile pozwala im hodowca, który kontroluje proces wyzysku. Boja się zanurkować w inna atmosferę. To niepewne, to może nawet niebezpieczne, a na pewno nieznane. Całe mnóstwo podpórek utrzymuje przeciętnego człowieka w pozycji, w której trwa, ale nie żyje zgodnie z własną natura i jest nieszczęśliwy.

Ubezwłasnowolniony zasadami podporządkowania, człowiek słaby i niezdający sobie sprawy ze smaku spełnienia, jest niewolnikiem, na co ostatecznie sam się skazuje. Tyle nowych, a właściwie starych mądrości Osła, tyle, że przedstawionych nieco inaczej.

Zamknąłem oczy. Moja wyobraźnia pokazała mi balon wypełniony jakimś nieco zatęchłym gazem – powiedzmy, śmierdzącym powietrzem. Ów balon nie ma szansy na zanurzenie się pod powierzchnią. Ciągle wmawia sobie, że w przyszłości, może nawet niedługo, zrobi rachunek sumienia, stanie w prawdzie i zmieni swoje życie. Ale jeszcze nie dzisiaj, bo teraz trzeba nadrobić zaległości w pracy, ugotować obiad, posprzątać mieszkanie, pomóc dzieciom w lekcjach… I tak dzień po dniu, tydzień po tygodniu i miesiąc po miesiącu, płynie życie donikąd. Taki prosty warunek: zaległości w pracy, obiad, dzieci i ich lekcje i czyste mieszkanie – czy robisz to z obowiązku, czy tez z radością. Jeżeli z radością, to wszystko zmienia, świat wywraca się do góry nogami i czujemy ów smaczek życia… fajny jest.

Odrzucam podpórki i od razu zaczynam się chwiać. Cały jestem w przysłowiowych małpach: tego nie wypada, to muszę zrobić, choć to nic nie daje, a tamto… też, bo wstyd mi będzie… No to rzucam małpami po najbliższej okolicy (bez celowania w jakiś konkretny punkt, czy osobę) i dzięki temu zachowuje równowagę. Już nie muszę obawiać się krytyki, nie muszę salwować się ucieczką, denerwować się efektem tego, na co już nie mam wpływu. Rozpoczynam nurkowanie w kierunku KORALOWEJ RAFY.

Z filozoficznego nastroju wyrwał mnie głos mężczyzny, który nie mógł poradzić sobie z zachowanie równowagi. Był kompletnie pijany. Uciekinier od rzeczywistości. Nic nie warto, tylko upić się warto, w szynku, na rynku … – w rytm piosenki się schlał. Posadziłam go na najbliższej ławce, po czym złożyłem mu propozycje.

Po pierwsze, mogę go okraść i zostawić na ławeczce – noc jest ciepła. Będzie miał kaca, ale zostanie pozbawiony portfela. Po drugie, mogę mu przyłożyć prawym sierpowym i wówczas obudzi się za ławeczką, z kacem i obolały. Po trzecie mogę go po prostu zostawić i to co po pierwsze i po drugie może uczynić ktoś inny. Po czwarte, mogę zamówić mu taksówkę i zawieźć do domu. Po piąte (i to był ostatni z moich pomysłów) mogę wezwać policję, która odwiezie go do izby wytrzeźwień (ew. może się przy okazji zdarzyć tez to co po pierwsze i po drugie).

Zapytałem, co wybiera. Poprosił, abym zrobił to, co dla niego jest najlepsze. On nie wie co to może być i decyzję zostawia mi. W ten sposób przerzucił małpę odpowiedzialności na moje barki. Pijany w sztok, ale jednak logicznie myślący. A na pewno szczery – bez podpórek (czyli mocno się chwiejący).

Wciąż wszyscy wszystkim dają dobre rady typu „ciesz się chwilą”, ale zapominają dodać, że jest to możliwe tylko wtedy, kiedy będziemy bez śmietnika w duszy i podpórek wokół siebie. W innym przypadku to będzie radość krótka, która skończy się w szynku na rynku, albo w innym tego typu miejscu. Alternatywa jest schizofrenia, co jest wyjściem nie najgorszym, ale nie wszyscy są do tego predysponowani. Ot mądrości zestresowanego człowieka, który poprzez nadmiar alkoholu próbował utopić smutki.

Partnerka owego pijanego mężczyzny, prawdopodobnie żona, kiedy zobaczyła nas w drzwiach, westchnęła głęboko. Miała do wyboru kilka różnych zachowań. Mogła wybuchnąć gniewem, uwalniając nagromadzone negatywne emocje i wykrzyczeć swoje racje, a może nawet wyładować złość za pomocą agresji fizycznej z pomocą na przykład wałka do ciasta. Mogła nie powiedzieć nic, zemstę odkładając na dzień następny – wobec pojawiającego się kaca, byłaby ona bardziej ostra. W końcu mogła zrobić cokolwiek innego, co nie mieściło się w mojej wyobraźni i co zrobiła. Posadziła nas obu w fotelach – swojego mężczyznę, otumanionego alkoholem i mnie, ratownika – postrzeganego być może jako tego, który rozumie nieszczęśnika i chce mu pomóc i… przyniosła butelkę whiskey. Nalała 2 szklaneczki – jedną dla siebie, a druga dla mnie. W ten sposób rozpoczęliśmy biesiadę. Pijaczyna zasnął.

Halina (tak miała na imię) stwierdziła, że jest szczęśliwa kobietą. Potrafi cieszyć się z każdej pozytywnej chwili. Udało się jej osiągnąć taki stan, bowiem przestała wymagać od losu niezasłużonych prezentów. Opatrzność dostarcza jej to, na co zasługuje. Stara się zatem być uczciwą, transparentną osobą. Jej mężowi jeszcze trochę brakuje do akceptacji rzeczywistości. Stąd konieczność zmagania się z kacem. Można sporo zmienić, ale trzeba dobrze poznać okoliczności i warunki w których istniejemy i aktywnie starać się osiągnąć swój cel. Patetyczne słowa, kiedy są pustym hasłem, ale nie są patetyczne gdy stają się wyzwaniem. Nie spodziewajmy się takich dwóch: „To się zrobi” i „To się załatwi”. Tych 2 Tośków nie zapuka do drzwi.

Dalsza droga do domu przebiegła już bez niespodzianek. Doznałem małego olśnienia – oto mam nieco rozchylona skorupę, ale kilka przylg jeszcze mocno ją trzyma. Większe otwarcie jest możliwe tylko w przypadku, gdy będę potrafił stanąć w prawdzie o sobie samym. Wielokrotnie słyszałem to od Osła, ale dopiero tej nocy dotarło to do mojego umysłu.

Za kilka dni wyjazd do Amazonii – może trudne warunki pomogą mi odrzucić obawy (których nie potrafię jeszcze zdefiniować) i wówczas posunę się naprzód. Ileż to się trzeba namęczyć, aby zobaczy rzeczy takimi, jakimi naprawdę są.

Ostatecznie, życie bez radości nie jest mi potrzebne, zaś skorupa pozera skutecznie to blokuje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *