Rozdział 18. Wyprawa – przygotowania – bezdomny

Rozdział 18. Wyprawa – przygotowania – bezdomny

Osioł zrobił listę osób które jego zdaniem powinny wziąć udział w wyprawie, mającej na celu znalezienie mojej żony. Robi to wszystko dla mnie. Dla mojego spokoju. Dla wyrównania poziomów normalności w mojej psychice. Listy mi nie pokazał, żeby uniknąć przedwczesnego zadawania pytań. To pewnie także dla mojego dobra.

Jakoś nie może do mnie dotrzeć, że jeśli nie znajdziemy mojej żony, to ja i tak odniosę sukces. Osobisty.

Najpoważniejszym kandydatem na towarzysza eskapady do amazońskiej puszczy jest Karol – globtroter, były podróżnik, mający ogromne doświadczenie w trudnych wyprawach. Tymczasem jest on odłączony od cywilizacji i mówiąc krótko, muszę go na wycieczkę namówić.

Na jednej z działek leżących w środku lasu, kilkanaście kilometrów od Węgrowa (blisko 70 kilometrów od Warszawy), znajduje się zamieszały barakowóz, w którym rezyduje Karol, który póki co, jest bezdomnym z własnej woli. Niby ma dom – jakby wóz Drzymały, pojazd pamiętający budowlańców z czasów PRL-u, ale to mieszkanie tymczasowe. Ta prowizorka trwa co prawda już blisko 20 lat, lecz nadal jest rozpatrywana jako stan przejściowy.

Karol wysłuchał opowieści o mojej żonie, po czym spojrzał ma mnie z niesmakiem. Zapytał czego od niego chcemy. Jego długa, gęsta broda poruszała się rytmicznie, kiedy mówił. Po chwili dodał, że ma nostalgiczny nastrój i nie ma ochoty na długie konwersacje. Poradził mi, że jeśli chcę być dobrym człowiekiem, to mam dość dużo do wyboru. Mogę pojechać do Sudanu i wywiercić studnię, co sam sfinansuję, mogę poświecić swój czas i jako wolontariusz zajmować się nieuleczalnie chorymi dziećmi w hospicjum, albo adoptować sierotę i zająć się jej wychowaniem. Dobrze będzie, jeśli w przyszłości adoptowane dziecko nie odwdzięczy mi. Będzie miało pretensje, że zostało źle wychowane, ucieknie z domu i potraktuje mnie jak kogoś obcego, kogoś złego. To może nauczyć pokory. Po co wydawać majątek na wyprawę, skoro można ukorzyć się tu i teraz. Moje myślenie, to myślenie zarozumiałego głupca.

Osioł uśmiechał się zagadkowo. Bawiła go sytuacja, czy może nagle poczuł się zagubiony w konfrontacji z silną osobowością bezdomnego? Nie spodziewał się tego? A może to zaplanowana w detalach gra? Wszystko po to, żeby mnie upokorzyć? Poczułem się jak dostający tęgie lanie bokser. Który to już raz z kolei? Kolejna runda i kolejne wciry. Kolejne zaleganie na deskach. Owszem wstaję, by zaraz ponownie zostać znokautowanym. Dość.

Podobno jestem na dobrej drodze. Większość matołów, takich jak szefuńcio, prawnik, czy moi koledzy z pracy nawet nie ruszyli z miejsca. Obudowani łajnem korporacji, bądź chęci wyzysku drugiego człowieka, trwają w smrodzie dnia codziennego, nie zdając sobie tego sprawy. Ale tak jest „podobno”, a ja mam dość. Hiobowi Bóg w końcu odpuścił, ale Osioł widocznie nie jest miłosierny. Raczej wydaje mi się być wyrafinowany.

Bycie przegranym w oczach świata, to nic nie znaczy. To zupełnie nie jest istotne. Ocena matołów nie liczy się w ogóle. Oto mądrości zrośniętego Karola. Pomyślałem, że to jakaś sekta. Osioł i Karol ją tworzą. Tylko po co? Nie dla zysku, nie dla zawłaszczenia innych umysłów, nie dla sławy… nie… to nie ma sensu. Ale jeśli nie sekta, to co? Psychiatra i bezdomny to szaleńcy. Wciągają mnie w dziwną grę i robią to skutecznie. A ja nie chce się wycofać, bo dokąd? – do pustki, albo do pojemnika pełnego śmieci? Zatem gramy dalej. Uff, czuję się ogołocony. Ale nie bezbronny i to już jest coś.

Studnię może wywiercę później, znajdę też czas dla śmiertelnie chorych dzieci, a może nawet adaptuję tuzin sierot… ale teraz mam zamiar pojechać do dzikiej amazońskiej puszczy. Po co? Żeby odnaleźć moją żonę. O ile jest jeszcze w świecie żywych. Po co? Żeby jej powiedzieć, że jest głupią, pustą babą. Że jej egoizm i ucieczka przed rzeczywistością to zwykłe tchórzostwo. Wcale nie pomaga autochtonicznym Indianom. Zaangażowanie się w budowę szpitala, to tylko wzmacnianie muru jej egoizmu. Jej pychy. Pojadę tam, to może będę miał okazję powyrywać zęby krokodylowi, uciąć głowę anakondzie i uszyć sobie płaszcz z wężowej skóry, a może zostanę pożarty przez piranie i to, w sposób zupełnie uczciwy i naturalny wyzwoli mnie z trosk współczesnego świata. Teraz to mój wybór i tyle…

Karol spojrzał na mnie z podziwem. Otrzymałem nagrodę i poczułem się spełniony. Bezdomny, który ma w sobie moc wodospadu (tak to sobie wyobraziłem), z uznaniem skinął głową. Ktoś silny, bezkompromisowy i w pewnym sensie bezwzględny, mający super silny charakter, z uznaniem pokiwał głową. Nie byłem dla niego ot, zwykłym mieszczuchem, ale raczej równie mocnym jak on facetem, partnerem.

W drodze powrotnej Osioł wyjaśnił mi, że Karol jest wnukiem słynnego polskiego matematyka, Borsuka. Obydwaj noszą to samo imię. Podobnie jak dziadek, jest on także matematykiem, obecnie pracującym nad rachunkiem prawdopodobieństwa. Ma ładny apartament na Kabatach, ale go wynajmuje. Miasto rozprasza naukowca. Na działce urządził się w barakowozie. Zakupy robi na wsi, wodę czerpie z własnej studni, warzywa uprawia samodzielnie. Dzięki wyobcowaniu, ma czas na rozmyślania nad matematycznymi teoriami. Od czasu do czasu wyrywa się ze swojego gniazda i rusza na wycieczki w świat. Czasem jest to wędkowanie na Syberii, czasem przejście przez Andy, czasem spływ jakąś dziką rzeką. To uczy pokory. Po wycieczce wraca do siebie i zatopiony w naukowych rozmyślaniach ponownie, choć inaczej, ucieka od cywilizacji.

Od rachunku prawdopodobieństwa do teorii chaosu niedaleka droga. Jedno zawarte jest w drugim. To dwa zachodzące na siebie zbiory. Podobnie jak szaleństwo i radość życia. Bez odrobiny obłędu trudno odnaleźć szczęście. Jak można się cieszyć z bylejakości trwania pod dyktando procedur współczesnego świata? Co najwyżej można mieć gwarancje życia na aby aby, płytkiego i bez naturalnych emocji.

Czy przebywanie wśród dziwaków, ze mnie także zrobi ekscentrycznego odludka? Może lepiej się nim stać, niż pozostawać Baranem, który wraz ze stadem lezie tam, gdzie mu wytyczą drogę? Mniej wygodne, ale prawdziwe. I nie trzeba substytutów szczęścia i radości. Uff, muszę odegnać filozoficzne myśli i zająć się czymś praktycznym. Postanowiłem, że przygotuję dobry obiad. Będą krewetki na ostro, w sosie z papryki, podlane białym winem i doprawione imbirem.

Karol zadzwonił do mnie późnym popołudniem. Zdecydował się pojechać z nami w nieznane. Wycieczkę określił jako ciekawą. O ewentualnych niebezpieczeństwach nie chciał mówić. Trudno je przewidzieć. Musimy być przygotowani na różne ewentualności. Poradził mi, abym sporządził testament. To trochę zepsuło mi smak krewetek. Nalałem sobie kolejny kieliszek białego wina. W zestawieniu ze smakiem owoców morza, chłodny napój był dopełnieniem wspaniałego dania. Udało mi się. Mam na to potwierdzenie dzieci.

Kolejne połączenie było od Natalii. Młoda prawniczka poprosiła o pilne spotkanie. Nie chce i nie może owej kwestii wyjaśnić przez telefon. Musimy się zobaczyć. Może nawet przyjechać do mnie do domu. Sprawa jest istotna i wymaga mojej natychmiastowej decyzji. Nie wyobrażałem sobie wizyty młodej, atrakcyjnej kobiety w moim domu. Czułbym się skrępowany. Doszedłem do wniosku, że dobrze mi zrobi, jeśli się przewietrzę. Zaproponowałem spotkanie na mieście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *