Rozdział 17. Wyprawa – przygotowania – początek

Rozdział 17. Wyprawa – przygotowania – początek

Osioł podjął się organizacji naszej wycieczki. Załatwi wizy, transport, rozpoznanie terenu, przewodnika, łódź i wszystkie inne potrzebne rzeczy. Może nawet broń. Owszem możemy wynająć jakaś miejscową grupę, która wyruszy na poszukiwania mojej żony, ale to będzie chybiony pomysł. Najemnicy nigdy bowiem nie są dość zaangażowani i pozastawiani bez kontroli, z pewnością nie przyłożą się do zadania. Stracimy czas i pieniądze. Czasu zaś mamy dość. Jeżeli moja żona żyje, to tylko w przypadku pobytu u tubylczego plemienia. Inny scenariusz jest nierealny. W tej sytuacji możemy wyruszyć za 7- 10 dni.

Na koniec spotkania usłyszałem to, co mówił mi dnia poprzedniego, tyle tylko, że temat nieco rozwinął. Wyprawa poszukiwawcza jest bardziej potrzebna mnie, niż zaginionej wolontariuszce. Jak bowiem potrzebuję pomocy. Jestem słaby i zagubiony. Wrak człowieka, choć na to nie wyglądam. Jest kwestią kilku tygodni i rozpocznie się proces depresyjny, a może nawet depresyjno – maniakalny. Mam głęboko rozwinięte poczucie niższości, co jak do tej pory jest skrzętnie ukryte w podświadomości. Ale wkrótce pojawi się także w świadomości. Kiedy to nastąpi, już w pierwszym starciu przegram walkę z własnym klonem. Czeka mnie droga w dół, po równi pochyłej. Pewnie alkoholizm i psychiatryk. Samobójstwo też nie jest wykluczone.

Dotychczasowe działania psychiatry, choć drastyczne, nie przyniosły rezultatu. Teraz pojawiła się szansa na pokonanie własnego wnętrza.

Ja, słaby człowiek mam stać się bohaterem. Odegrać kluczową rolę w wyprawie na kraniec świata. Dotrzeć do miejsc w których nie stanęła jeszcze stopa białego człowieka. Ryzykować życie: utonięcie, pożarcie przez anakondę, piranie, czy krokodyla. Żyją tam także jadowite węże, jaguary i inne drapieżniki. Wszechobecne są roznoszące malarię komary. Prawdopodobieństwo przytrafienia się nieszczęścia jest stosunkowo wysokie…

Osioł silnie akcentował, że celem tej wycieczki nie jest ratowanie mojej żony. To mało istotne. Ona sama wybrała ryzyko i ponosi jego konsekwencje. Tak naprawdę to nawet nie jest aż tak strasznie ważne, czy ją odnajdziemy. Tu chodzi o moją decyzję, moją deklarację i moje działanie.

Decyzja – rozumiem ryzyko, koszty i konsekwencje. Decyduję się na poszukiwanie zaginionej kobiety, która tak naprawdę stała się moim wrogiem. Chce doprowadzić mnie do bankructwa. Zabrać mi to co mam. Stresuje mnie, zarówno swoją ucieczką, jak i bezwzględnością. Nie darzy mnie uczuciem – to pewne. Widzi teraz we mnie tylko zasób finansów – pieniądze, które są jej potrzebne do realizacji własnych zachcianek. Udaję tą dobrą i pokazuje, że będzie darczyńcą. W praktyce to nie przemyślane do końca postanowienie. Sama sobie chce przydzielić nagrodę, a szpital i leczenie autochtonów, to tylko droga do celu.

Deklaracja – pojadę, bo nie jestem tchórzem. Pojadę, bo bym sobie nie darował swojej małostkowości i samolubstwa. Pojadę, bo mój egoizm nie da mi spokoju – jestem silny, jestem wojownikiem i jestem odważnym mężczyzną (Osioł poprawił, że samcem – nich mu będzie). Nie mogę roztkliwiać się nad niebezpieczeństwem. Ryzyko jest mierzalne. Trzeba przewidzieć to, co może się wydarzyć. Dobrze przygotować ekspedycję i przestać myśleć o potencjalnych zagrożeniach. Indianom jakoś udaje się przetrwać, więc mnie też się uda.

Działanie – za jakiś czas ruszam. Jestem zdecydowany na to, aby popłynąć w górę dzikiej i do końca niezbadanej rzeki. Będę czujny i przygotowany do walki. Z mieszczucha nagle stanę się odkrywcą. Poszukiwaczem zaginionej baby. Narażony na śmieć, nic sobie nie będę z tego robił. Poczuję zew natury i stanę się dziki, naturalny, dopasowany do warunków w których będę walczył przedzierając się przez amazońską puszczę. Ja – prawie, że Tarzan. Prawie, ze Indiana Jones. Nowy człowiek, który wyszedł z bezpiecznej skorupy nowożytnej cywilizacji. Tam nie ma zabezpieczeń, żadnych podpórek, ale to nie warte uwagi. Zdany będę tylko na siebie. Nie boję się. Ruszam.

Kiedy Osioł wyszedł do kuchni, nogi się pode mną ugięły. Zdałem sobie sprawę, w co się pakuję. Zrobiło mi się słabo. Usiadłem na podłodze i zachciało mi się płakać. Poczułem się słaby. Potrzebujący opieki, najlepiej matczynej. Nie miałem na to jednak nawet najmniejszej szansy. Chciałem wstać, ale moje ciało odmówiło posłuszeństwa. Po kilku sekundach leżałem bezwładnie na podłodze. Przytomny, ale bez siły. Jak niemowlę. Osioł podłożył mi jasiek pod głowę i okrył mnie kocem. Zostawił bezradnego człowieka z burzą myśli, które jak błyskawice przebiegały przez skołatany umysł. Ich, podobnie jak ciała, także nie potrafiłem kontrolować, ani powstrzymać. Czułem, że za moment oszaleję.

Odzyskałem przytomność. Był środek nocy. Osioł siedział w bujanym fotelu i czytał jakaś grubą książkę. Powoli podniosłem się z podłogi. Byłem słaby, ale mogłem powoli się poruszać. Leżenie na twardych klepkach podłogi nie było wygodne. Czułem to w plecach i biodrach. Resztę nocy spędziłem na kanapie. Spałem jak przysłowiowy noworodek. Obudziłem się wypoczęty i pełen sił. Po chwili uświadomiłem sobie, że wkrótce czeka mnie wyprawa, co nieco popsuło mi humor, ale na krótko.

Przy śniadaniu Osioł uśmiechał się. Zjadłem cztery jajka na miękko, dwie kromki żytniego chleba i jabłko. Poczułem się silny. Oto stał się mały cud. Mój umysł już nie jest śmietnikiem, nawet tym bez śmieci. Stał się przestrzenią, którą wypełniło nowe wyzwanie. Uleciały z niego lęki, wątpliwości i wahanie. Owo ulatywanie nie było łatwe, ale dałem radę. Przestałem funkcjonować w oparciu o zasady nowożytnej cywilizacji i mam szansę przekształcić się w formę jeszcze doskonalszą. Oczywiście, o ile uda mi się przeżyć. To jednakże mniej istotne od niewolnictwa, śmietnika w wypełniającego duszę i byle-jakiego trwania. Powinienem się cieszyć.

Holometabolia, czyli przeobrażenie zupełne jeszcze nie wystąpiło. Było jajo, żarłoczna gąsienica, a teraz jest poczwarka – tyle, że mobilna. Na końcu ma pojawić się imago, czyli postać końcowa: motyl, albo pszczoła. Ciekawe w jakim stadium jest Osioł? Nie żre tyle ile gąsienicą, więc może jest poczwarką, a może nawet Osłem – motylem. Jeśli już ze skrzydłami, to oślim Pegazem. To ostatnie jest całkiem możliwe.

Do biura wszedłem w dobrym nastroju. Musiałem uważać, aby nie mówić tego, co myślę. Szefuńcio, z całą pewnością by się obraził, gdyby usłyszał, że jest spryciarzem, który ze względu na posiadaną władzę wyzyskuje innych, a w rzeczywistości jest miernotą. Moi koledzy to lizusi. Zamiast wykazać się rzeczywistymi wartościami, schlebiają miernocie. Są beznadziejni. Przypominają szczury, które nie wahają się zamieszkać w śmietniku, aby przetrwać – tam jest dużo jedzenia. To, że nieświeże i śmierdzące, to rzecz wtórna. Ja taki też byłem… no, może jeszcze nawet jestem, tyle tylko, że zacząłem rozumieć swój stan. Miałem ochotę wyjść z biura nie oglądając się za siebie. Powstrzymał mnie jednak rozsądek – za tą decyzję, Osioł pewnie by mnie pochwalił.

Była druga po południu, gdy zadzwonił wykonany z ebonitu i pamiętający poprzednią epokę, telefon. Zastanawiałem się, któż, w czasach zaawansowanych narzędzi elektronicznych może do mnie dzwonić? Podniosłem słuchawkę. Dreszcz emocji przeszedł przez moje ciało. Reakcja była spontaniczna, choć niespodziewana. Zdaje się, że nie tylko w duszy mi się pozmieniało.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *