Rozdział 16. Asystentka prawnika i wyprawa, która ma mnie uratować

Rozdział 16. Asystentka prawnika i wyprawa, która ma mnie uratować

Z asystentką prawnika spotkałem się w herbaciarni. Dla mnie zielona, dla niej biała herbata i moje ulubione bezy. Spokojny nastrój małego, intymnego lokalu działał uspokajająco. Poprosiła, aby nazywać ją Natalią, choć na wizytówce ma inne imię. Przed wyrzuceniem do kosza małego kartonowego prostokąta, nawet go nie obejrzałem. Ale to było wczoraj. Dzisiaj dziewczyna mi się podobała. Była więcej niż średniego wzrostu, szczupła, zgrabna, zadbana. Krótka spódnica okazywała długie, zgrabne nogi. Dopasowana bluzka, z rozpiętymi u góry dwoma guzikami. Uwydatnione nieduże, ale ponętne piersi. Twarz miała ładną. Czarne brwi otaczały uśmiechnięte, jasno-niebieskie oczy. Prosty nos i lekko wydatne, pomalowane czerwoną szminką usta dopełniały urody kobiety. Mały podbródek i lekko pucołowate policzki z fikuśnymi dołkami, pogłębiającymi się przy każdym uśmiechu, dodatkowo dodawały jej uroku. Obraz zupełnie inny niż dwadzieścia kilka godzin temu.

To zadziwiające, ale nie porównywałem jej do żadnej dojrzałej kobiety. Ani do mojej połowicy, ani do pani Jadzi, ani nawet do trzydziestoparoletniej Magdaleny. Porównałem ją do mojej córki. Pomimo atrakcyjności pani prawnik, nie pojawił się podtekst seksualny. Mógłbym raczej wystąpić w roli opiekuna, bądź nauczyciela. Była za młoda.

Dowiedziałem się że roszczenia mojej żony muszą tymczasem być wstrzymane, bowiem nie potwierdziła jeszcze pełnomocnictw dla biura prawnego. Dopóki tego nie zrobi, sprawa będzie w zawieszeniu i mecenas się nią nie będzie zajmował. Tymczasem przejmie ją ona. Mały grubas uniknie mojej ewentualnej agresji, zaś asystentka… co ona ma robić? Odpowiedziała, że zajmie się mną… profesjonalnie. Jeszcze tylko tego mi trzeba. Stary psychiatra, który jako mój coach ćwiczy mnie ostro, samodyscyplina, która dokłada swoje i rola w teatrze. Jak na jednego, całkiem pogubionego biedaka, to wystarczy. Młoda prawniczka chce eksperymentować, czy może wdać się w krótki, płomienny romans? Tak, dla sportu. Bezczelnie zadałem jej to pytanie. Rumieniec zalał jej ładną twarz. Mówiąc językiem młodzieżowym, zupełnie ją zatkało. Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. Robiła wdech, wypinając kształtny, nieduży biust i wypuszczała powietrze. Kila razy pod rząd. Kiedy usłyszałem odpowiedź, tym raz ja zaniemówiłem na chwilę.

Nie ma wobec mnie żadnych planów, ale gdybym to ja zrobił pierwszy krok, ona być może, by nie oponowała. Sama się temu dziwi, ale ma do mnie słabość. Niebywałe, widziała mnie dwa razy w życie. No, może jej szef opowiedział o tym, jak go uderzyłem, ale dlatego nie mogę być od razu macho. Po chwili usłyszałem, że ona nie potrafi znaleźć racjonalnego wytłumaczenia, dlaczego ma do mnie słabość, ani też, dlaczego tak otwarcie i szczerze o tym powiedziała. Nie wie i już. Ale czuje, że tak jest i jest jej z tym dobrze. Ze względu na sprawę podziału majątku, pewnie będziemy się często spotykać. Czas pokaże, czy cokolwiek się wydarzy.

Patrzyłem na nią w milczeniu. Chyba po raz pierwszy raz w życiu żałowałem, że nie mam dwudziestu lat mniej. Wówczas młoda kobieta mogłaby stać się źródłem namiętności. Erupcji na skalę zbuntowanego wulkanu, który nagle wyrzuca z siebie gorąca lawę. Może pojawiło by się uczucie fizycznego spełnienia – naturalnego i intensywnego – gorącego jak wydobyta z wnętrza planety magma.

Dopiero pod koniec spotkania przedstawiła to, co było jego istotą. Kolejne zdania zostały wypowiedziane wysokim głosem, z wyraźną nutą poddenerwowania. Młoda prawniczka jeszcze pozostawała człowiekiem, który czuje i u którego uzewnętrzniane są emocje. Pewnie, w miarę nabywania rutyny zatarci te cechy i stanie się zimnokrwistym „mecenasem”, posiadającym w szafie dwie, albo trzy togi – na różne okazje.

Moja żona ruszyła z pomocą ofiarom lawiny błotnej. Wraz ze zwerbowanymi tubylcami popłynęła w górę jednego z dopływów rzeki Jurua i słuch o nich zaginął. Brak jakiegokolwiek kontaktu do kilku dni jest niepokojący. Nie ma połączenia telefonu satelitarnego, ani też lokalizacji GPS. Może mieli wypadek? Może wąską dłubankę zaatakował aligator, a może anakonda? W wielu miejscach aż roi się od żarłocznych piranii – jeśli czółno wywróciło się do wody… A może po prostu spadli z z któregoś z licznych wodospadów i utonęli? Jest też prawdopodobne, że po wpłynięciu w rewir innego indiańskiego plemienia, zostali po prostu przez tubylców zatrzymani. Co wtedy?

Mężczyźni mogą zostać włączeni do plemienia, ale to nic pewnego. Czy zostaną zabici? – na to pytanie także nie ma odpowiedzi. Kobiety w wieku rozrodczym mają szansę na nowe rodziny i o ile to będą autochtonki, to zaakceptują swój los i ostatecznie będą zadowolone. W tym przypadku mamy jednakże białą kobietę, na dodatek w wieku, w którym dzieci już nie urodzi. Nikt nie wie, co może się wydarzyć. Jest prawdopodobne, że zostanie wydalona – wówczas nie da rady wrócić przez las deszczowy (dłubanki nie dostanie). Jest też prawdopodobne, że dołączy do innych kobiet i będzie przygotowywała posiłki, tkała sieci i łowiła ryby… Jest zatem nadzieja. Niezależnie od sytuacji, w której moja żona się znalazła, jest zdana tylko na siebie – nikt z ratunkiem jej nie pośpieszy. Budowa szpitala została tymczasem zawieszona i w bazie pozostaje kilka osób, które nawet nie mają możliwości, aby szukać białej kobiety i trzech tubylców.

Natalia, kiedy skończyła mówić, uspokoiła się. Uśmiechnęła się i powiedziała, że jest je przykro. Poprosiłem, aby to zweryfikowała – jakie to uczucie „przykrość”? Chciałem dowiedzieć się, co myśli. Poprosiłem o szczerość. Wypieki ponownie ozdobiły policzki dziewczyny. Usłyszałem to, czego się spodziewałem. Ona nie zna mojej żony. Może trochę szkoda jej kobiety, ale to w sumie nie jest istotne. Ponosi konsekwencje własnej decyzji i tyle. Rozmowa ze mną i moja obecność, wpływają na nią bardzo pozytywnie. Są jak balsam. W moim towarzystwie czuje się bezpieczna i może nawet nieco podniecona. Nie rozumie tego i zrozumieć nie chce, ale jest jej dobrze i kwita. Wróciły emocje – tym razem inne, dużo silniejsze. Głos zaczął jej drżeć. Na koniec przeprosiła mnie za to, że nie zachowała się jak prawnik, ale jak jakaś przysłowiowa „cielęcina”. Zaprosiła mnie do biura w celu zapoznania się z dokumentacją, wstała i wyszła z herbaciarni. Kiedy była już w drzwiach, obejrzała się i spojrzała na mnie z miną osoby zagubionej. Przez moment wydawało mi się że chce do mnie wrócić. Wahała się. Po kilkunastu sekundach niezdecydowania, zniknęła na ulicy.

Osioł długo milczał. Siedział i myślał, a ja mu w tym nie przeszkadzałem. Analiza dokonana przez starego psychiatrę doprowadziła do zdumiewającego wniosku. Stwierdził, że nie mam innego wyjścia – muszę zorganizować wyprawę ratunkową. Jeżeli tego nie zrobię, czeka mnie upadek tak wielki, że się z niego nie pozbieram. W przypadku wycieczki do lasu deszczowego amazońskiej puszczy, mam dużą szansę na przyśpieszenie swojej terapii. Pojadę i wrócę uzdrowiony. Ewentualnie nie wrócę, co uspokoi mnie zupełnie. Moje ciało strawione przez aligatory, bądź anakondę będzie dodatkowym źródłem białka, a mój umysł już przestanie zaprzątać kupa śmieci współczesnego świata. Albo się uzdrowię, albo uspokoję. Dobre sobie.

Muszę mieć odwagę, aby to zrobić. Podjąć walkę z samym sobą. Zwyciężyć Przeciwnika. Odrzucić strach, obawy, mierność, a co najważniejsze wygodnictwo marnego bytu we współczesnej, podobno rozwiniętej cywilizacji. Decyzję powinienem podjąć szybko. Jeszcze dzisiaj. Dał mi czas do północy.

Osioł wygaduje jakieś głupoty… Chyba oszalał. To nie uprzątanie obornika, siedzenie na kupie gnoju i nocleg w chlewie po zbyt dużej dawce bimbru. To na pewno nie spacer ulicami osiedla i bębnienie w instrument po dziadku – strażaku. To nie wyścig z czasem, kiedy nagi musiałem zdążyć chwycić ubranie, ubiegając bezdomnego. Miałbym zorganizować wyprawę na inny kontynent, aby szukać mojej żony, która ode mnie uciekła? Nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. Mam ryzykować życie dla kogoś, kto chce zabrać mojej rodzinie to, co posiadamy – dom i pieniądze? Znajdę ją i jak bumerang wrócą roszczenia. Nie znajdę jej i co wtedy? Zostanę ogłoszony wdowcem?

Osioł dodał, że prawdopodobieństwo odnalezienia zguby jest małe, aczkolwiek istnieje. Skoro jest malutkie, takie tycie, tycie, to po co ta wycieczka ?– może wynająć lokalną grupę poszukiwawczą – profesjonalistów.

Nie mogę nie pojechać. Decyzja zaważy na moim przyszłym życiu. Jeżeli okażę się teraz tchórzem, już żadna terapia mi nie pomoże. Nawet szpital psychiatryczny. Stoczę się po równi pochyłej do rynsztoka, gdzie pozostanę do końca moich dni.

Osioł to jednak chory człowiek… Który to już raz powtarzam?

Zadzwoniłem do psychiatry kilka minut przed północą. Starego wróbla na plewę się nie weźmie. Miałem nadzieję, że poprawnie przygotowałem uzasadnienie swojej decyzji. Odebrał po pięciu sygnałach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *