Rozdział 14. Teatr – jestem aktorem życia

Rozdział 14. Teatr – jestem aktorem życia

Teatr – jestem aktorem życia

Prawnik kiwając swoją łysą głową, jakby na potwierdzenie powoli wypowiadanych słów, stwierdził, że moja żona proponuje ugodę. Zgodzi się na jedną trzecią wartość domu, w praktyce na 650 tysięcy, pod warunkiem, że pieniądze przekażę w ciągu miesiąca. To jej zdaniem sprawiedliwe. Decyzja jest ostateczna i nie podlega negocjacjom. W przeciwnym razie… – zamilkł, prawdopodobnie zadał sobie sprawę, że mnie nie zastraszy.

Jego asystentka nie odrywała wzroku od mojej podrapanej twarzy. Od czasu, do czasu mrugała powiekami, które zmuszone były unieść dużą warstwę ciemnoniebieskiego tuszu. Nie wtrącała się. Kiedy krótki monolog dobiegł końca, wstałem i oświadczyłem, że potrzebuję trochę czasu do namysłu. Powiedzmy trzy dni. Mecenas uśmiechnął się. Pewnie myślał, że jest na dobrej drodze do załatwienia sprawy, czyli do sukcesu, mówiąc wprost, do zainkasowania swojego honorarium.

Szedłem bezmyślnie ulicą. Do najbliższego kosza wrzuciłem wizytówkę prawniczej praktykantki. Zrobiło mi się smutno. Czułem się przegrany. Wydawało mi się że nic mnie nie zdoła ucieszyć. Całe dotychczasowe życie legło w gruzach. Uporządkowane dni, tygodnie i lata. Poczucie bezpieczeństwa, satysfakcja z pracy i duma z dzieci. Wszystko to nagle stało się małe, nieważne, nie warte nawet, aby o tym myśleć. Po ucieczce żony, nie zdołałem się pozbierać. To właśnie było czynnikiem, który przeważył i dlatego przyjąłem propozycję Osła. Ze strachu przez nicością. Ze względu na własną słabość i brak perspektyw. Ona uciekła do lasu, gdzieś w Amazonii, a zaraz za nią ja znalazłem miejsce, gdzie chciałem się ukryć – w szkole zwariowanego psychiatry.

To chyba nie ma sensu. Oszukuję sam siebie. Osioł, owszem może mnie wytresować, ale ja nie chce do cyrku. Chcę do tego, co mnie cieszyło do tej pory. Tyle tylko, że tego już nie ma. I nigdy już nie będzie. Zawieszony w próżni, poczułem, że nadchodzi wielka, szaro-bura chmura, która zaraz całego mnie wchłonie. Na dobre utkwię w depresji. Może jeszcze miałbym szansę aby uciec, ale nie mam dokąd i po co. Wieczna ucieczka też się nie uda. Mój klon da mi do wiwatu. Zostanę znokautowany. Nie mam siły, aby walczyć.

Pierwszą myślą było pójście do najbliższej knajpy i upicie się. Najlepiej jakąś drogą whiskey. Druga myśl, nieco spokojniejsza, podpowiedziała mi, abym najpierw odwiedził teatr. Alkohol może poczekać. Miałem ochotę z kimś porozmawiać, ale nie z Osłem. Jedyna osobą, która wydała mi się godna zaufania była pani redaktor.

Magdalena siedziała na scenie i czytała scenopis. Jej szeroki, szczery uśmiech był jak leczący rany balsam. Także się uśmiechnąłem i nie musiałem się do tego zmuszać. To dobry znak.

Nie zapytała skąd mam zadrapania i dlaczego lekko utykam na lewą nogę. Nie była ciekawa, czemu przez tak długi czas nie pojawiłem się w teatrze. Przenikliwie patrząc prosto w moje oczy oświadczyła, że chce, abym zagrał w przedstawieniu, które będą wystawiać. Sztuka pod wymownym tytułem „Na polskiej wsi po zmroku” przedstawia realizm życia na prowincji i jest komedią. Nie wyśmiewa jednak ludzi, ale system, który doprowadził do wtórnego zacofania niektórych regionów naszego wspaniałego kraju. Będzie tam sołtys, sklepikarz, stara kobieta, rolnik 1 i rolnik 2, właściciel fermy kur oraz wiejskie dziewczyny. Jedna w głównych postaci będzie także „myślący inaczej” syn grabarza. Magdalena zaproponowała, abym zagrał wiejskiego wariata. Podobno kobiety więcej czują, niż myślą. Zdaje się że spotkałem się z przykładem doskonałej intuicji, wyczucia drugiego człowieka. Nie musiałem wiele grać, wystarczy, jeśli tylko nauczę się roli. Cała reszta jest już w moje głowie.

Magdalena prowadzi teatr, bo to lubi. Aktorzy – amatorzy są wspaniali. To pasjonaci. Potrafią doskonale wczuć się w swoje role. Wszyscy są empatyczni, mili, pozytywni i otwarci na innych. Przypomniało mi się przykazanie miłości. Czyżby to nie tylko było czcze gadanie wiejskiego księdza? Może wzajemna miłość i sympatia rzeczywiście istnieje wśród ludzi? Jakoś do tej pory tego nie zauważyłem. Widoczna za to była ciągła rywalizacja, oszustwa, zdrady, wyścig szczurów.

Powtórzyła to, co mówił mi Osioł, tyle tylko, że językiem poezji. Możemy poczuć dobro, radość, spełnienie. Trzeba się otworzyć, nie bać się, nikt nas nie zje. Potrzebujemy odwagi. Poza tym, i nie musimy się zbytnio wysilać. Bezwzględna rywalizacja, to historia, która nigdy się nie kończy i której efektem są ofiary. To wieczna wojna. To efekt hierarchicznego systemu wykorzystywania jednych przez drugich. A można inaczej. Można się cieszyć, śmiać i czuć to, co nazwane jest szczęściem.

Dziwne poglądy. Trochę z Hipisa, trochę z jakiejś wschodniej religii , trochę z filozofii Marksa i trochę z marzeń. Ulepiła sobie świat idealny, który w rzeczywistości nie istnieje i nawet najmniejszej możliwości na zaistnienie nie ma. Realizuje go w teatrze, bo nigdzie indziej nie ma na to szansy. To ucieczka przed realizmem dnia codziennego. Jeśli coś nam się nie podoba, to powinniśmy z tym walczyć – tak mówi Osioł. Ona zaś, zamiast walczyć, unika problemu. Wycieczka w świat teatralnej fikcji to wentyl bezpieczeństwa. Może skuteczny, ale to tylko ucieczka. Moja żona zwiała do dżungli, Magdalena w objęcia sztuki, a ja właśnie zatrzymałem się. Pozycja stoika który chce zrozumieć, zamiast poczuć. Doprowadzi to do jakże negatywnego spostrzeżenia, które eksploduje powodując wytworzenie próżni. Bezsens istnienia – niczego bardziej przygnębiającego nie ma. Najpierw fajerwerki, a zaraz potem nicość. Absurdalne trwanie w jednym punkcie. Brak ruchu, to brak życia.

Zgodziłem się zagrać wariata. Nawet jeśli nie wyzwoli mnie to z problemów egzystencjalnych, może poczuję jak się będę czuł, kiedy już moja psychika do końca skapituluje i choroba psychiczna opanuje moje wnętrze.

Do teatru zaczęli powoli przychodzić aktorzy. Nikt nie zwrócił uwagi na moją poranioną twarz, wszyscy zaś wyrażali radość dowiedziawszy się, że zagram głupiego Jasia. To najtrudniejsza, a zarazem najważniejsza rola w przedstawieniu i ode mnie będzie zależało, czy sztuka odniesie sukces. Cały dochód przeznaczony będzie na hospicjum dla dzieci. Będziemy grać w domach kultury i wszystko będzie zależało od dobrej woli urzędników oraz przychylności publiczności. Ja, jako znający się na biznesie pracownik korporacji mógłbym zająć się spotkaniami w Urzędach Dzielnicowych. Oczywiście, jak już dojdę do siebie po wypadku… Nikt nie pomyślał, że mogłem, będąc pod wpływem alkoholu, czyli po wypiciu dużej ilości wódki, wdać się w bójkę. Moja podrapana twarz, to musiał być wypadek. Kiedy wyjaśniłem, że przez ostatni tydzień byłem drwalem, zyskałem uznanie. Magdalena stwierdziła, że jestem niesamowity. Jej nieustający uśmiech dodał mi otuchy. Gdyby wiedziała, że to wycieczka tchórza, który nie jest w stanie zmierzyć się z życiem, pewnie miałaby o mnie inne zdanie.

W obsadzie sztuki brakowało jeszcze jego aktora – leczącego ziołami i zaklęciami czarnoksiężnika. To idealna rola dla Osła. Muszę go do tego namówić. To będzie kolejny etap, niecodziennej w końcu terapii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *