Rozdział 13. Zamęczyć stres

Rozdział 13. Zamęczyć stres

Zamęczyć stres

Czynniki powodujące, że człowiek traci dobre samopoczucie, a tym samym nie żyje, ale się męczy (co jest gorsze od wegetacji) to stres, brak aktywności, zła dieta oraz używki. Stres jest najgorszy z tych czterech czynników. Można strać się go pokonać w różny sposób. Bez walki, pokona nas szybko i skutecznie.

Nie spodziewałem się jednak, że będę go pokonywał poprzez wysiłek fizyczny, któremu mogę nie sprostać. Skoro jednak Osioł, starszy ode mnie o blisko 20 lat daje sobie radę, to ja też muszę. Tym bardziej, że zdaje się na wycieczkę wybrał się, aby mnie ratować. Powinienem był być mu wdzięczny, ale wieczorem, kiedy nadchodził czas odpoczynku, nie miałem siły nawet powiedzieć dobranoc.

Bycie drwalem, to niełatwa rzecz. Ścinaliśmy sosny, które miały po 90 lat, a może i więcej. Takie drzewo mierzy ponad 35 metrów, zaś średnica pnia częstokroć przekracza 80 cm. Odgłosy mechanicznych pił, przypominające nieco bzyczenie ogromnego komara (tak to sobie wyobraziłem) wypełniało cały las. Odpowiedni kąt cięcia pozwalał na upadek drzewa tam, gdzie chciałem. Szkolenie to jedno, a rzeczywistość, to drugie. Czasem drzewo leciało w nieco inną stronę, niż przewidywania. Trzymało to mnie w ciągłym napięciu. Kiedy sosna dosięgała ziemi i niesamowity widok upadku olbrzyma kończył się, brałem do ręki piłę by obciąć duże konary. Z mniejszymi musiałem poradzić sobie siekierą. 12 godzin codziennej pracy z jednym dłuższym odpoczynkiem na obiad. Po tym zakupy na wieczór, krótki prysznic i spanie na twardym materacu położonym na żelaznym łóżku.

Nie wiem jak Osioł załatwił tę pracę. Moje sportowe ubranie na nic się nie przydało. Dostałem drelichy i kamasze z metalowymi czubami. Ale, przede wszystkim dostałem taki wycisk, że przestałem myśleć o egzystencjalnych problemach. Pozostali drwale, byli to prości ludzie, którzy w ten sposób zarabiali na chleb. Ja ratowałem swoją psychikę. Powoli stawałem się mało skomplikowanym człowiekiem i było mi z tym dobrze. Wszystko było proste, począwszy od słownictwa, a skończywszy na sosnowych pniach. Osioł poświęcał się dla mnie.

Ledwie co skończyłem szóstkę Weidera, która teraz wydawała mi się dziecinną gimnastyką, by zmierzyć się z nowym wyzwaniem. W trzecim dniu miałem ogromne odciski na dłoniach i bolały mnie ścięgna. Pojawiły się zakwasy, ale kiedy rozpocząłem pracę, ból minął. W czwartym dniu zsiniał mi paznokieć z dużego palucha na lewej stopie, na którą nieopatrznie upadła jedna z dużych gałęzi ścinanego drzewa. Musiałem zagryzać zęby, aby opanować ból. W dniu piątym obtarłem sobie skórę na łydce (krew zalała mi but). Szósty dzień powitał mnie zakwasami we wszystkich chyba możliwych mięśniach. Ledwie zwlokłem się z łóżka. Po godzinie pracy jakoś się rozruszałem. Po zakończeni pracy odebraliśmy należną wypłatę. Była sobota wieczór. Do Warszawy ponad trzysta kilometrów. Zaproponowałem, że niedzielę spędzimy w lesie. Tym razem będziemy spacerować i delektować się powietrzem przesiąkniętym olejkami eterycznymi. Osioł zaczął się śmiać.

Spanie we własnym łóżku, na wygodnym materacu było nie lada komfortem. Czułem się jakbym był w przysłowiowym siódmym niebie. Rano, na stoliku przy łóżku pojawiła się taca ze śniadaniem. Jajecznica na maśle, pełnoziarnisty chleb, świeże masło i kakao. Delicje. Takim prezentem obdarował mnie syn. Powiedział, że doskonale rozumie mój trud, zmęczenie i poświęcenie. Pogratulował mi wytrwałości. Nie sądził, że w korporacyjnym urzędasie może drzemać taka siła, determinacja i zaangażowanie.

Kiedy obejrzałem się w lustrze, nie mogłem powstrzymać się od śmiechu. Wyglądałem koszmarnie. Podrapana twarz, siniak na szyi, ręce całe w odciskach i stupach. Nie wspomnę już o spuchniętej łydce i sinym paluchu u lewej stopy. Cała niedzielę spędziłem w domu. Spałem, czytałem, obejrzałem stary western, zrobiłem obiad. Jednym słowem, odpoczywałem. Nie myślałem o żonie, rozwodzie, prawniku, sprawie w sądzie, utracie domu. Cieszyłem się, że żyję, że jestem najedzony, mogę odpoczywać, relaksować się. Zrozumiałem, jak jestem bogaty. Poczułem się dumny, spełniony.

W biurze zjawiłem się równo o ósmej. Szefuńcio zapytał mnie, z jakiej wracam wojny. Wyjaśniłem mu, że walczyłem z konkurencją, dla jego dobra zresztą. Walka była ciężka, na łańcuchy i topory. Ostatecznie zwyciężyłem i nie powinien się teraz martwić o najbliższą przyszłość. Popatrzył na mnie jak na wariata, ale nie odpowiedział nic.

Na korytarzu czekał na mnie prawnik. Mały, łysy i gruby jegomość z zadyszką. Tym razem przyprowadził ze sobą młodą, długonoga asystentkę – świadka, gdybym mu niechcący przyłożył w żołądek. Zobaczył mnie, wstał, ale zaraz usiadł. Dziewczyna, z zaciekawieniem w głosie zapytała, co mi się przydarzyło. Patrząc prosto w błękitne, ładne oczy stwierdziłem, że mój przyjaciel skonstruował wehikuł czasu. Przez pomyłkę przenieśliśmy się do epoki kamienia łupanego. Tam, wraz z innymi jaskiniowcami polowałem na tura, walczyłem z wrogim plemieniem, któremu zachciało się naszych kobiet, a co najważniejsze tańczyłem wokół ogniska wojenny taniec. Ścięte głowy wrogów, nadziane na dzidy miały odstraszać złe duchy, co zresztą robiły skutecznie. Uganiałem się też za dzikimi nastolatkami, które w miarę jak uciekały, czuły narastające podniecenie. Mówiąc krótko wiodłem naturalne, proste i szczęśliwe życie. Niestety w wehikule czasu zabrakło energii i wróciłem do naszej zgniłej cywilizacji.

Dziewczyna nabyła wspaniałych rumieńców. Przyglądała się mi z zaciekawieniem. Podejrzewałem, że on też chciałby uciekać przez wojownikiem, który upolował tura i nadział na zaostrzone kije głowy wrogów. To byłoby dużo, dużo bardziej ekscytujące niż staż u adwokata o nieciekawej fizjonomii. Wyczytałem z jej oczu, że chciałby, abym opowiedział jej więcej o mojej przygodzie. Trzęsącą się dłonią podała mi swoją wizytówkę. Prawnik zmierzył młoda kobietę srogim spojrzeniem. Na mnie zaś popatrzył jak na opętanego przez złego ducha złoczyńcę. Chciał coś powiedzieć, ale przez dłuższą chwilę nie mógł wydobyć z siebie słowa. Wzruszył ramionami, zrobił głęboki wdech i lekko łamiący głosem oświadczył, że chciałby się spotkać, aby omówić ewentualną ugodę. Zaproponował spotkanie w swoim biurze. Odmówiłem. Wskazałem na pobliską restaurację. Po krótkim wahaniu kiwnął głową. Stażystka od czasu do czasu spoglądała na mnie, nie przestając się uśmiechać. Rumieńce zmniejszyły się nieco, ale nadal były wyraźne. Moja podrapana twarz stała się dla niej, co najmniej interesująca. Była lustrem nowo powstającej osobowości.

One thought on “Rozdział 13. Zamęczyć stres

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *