Nieco adrenaliny i skok w dal do Wisły

Nieco adrenaliny i skok w dal do Wisły

8. Nieco adrenaliny i skok w dal do Wisły

Skok z na rowerze z portowej główki to nie był mój pomysł. Owszem, pomagałem w dopracowaniu szczegółów. Po pierwsze, stary składak był przywiązany sznurkiem do nogi. W przeciwnym wypadku, zostałby utracony w mętnej wodzie Wisły. Po drugie, jadąc po wąskim betonowym murze (szerokości około 30 centymetrów) należało się patrzeć w dal. W innym wypadku, można było stracić równowagę. Upadek na znajdujące się ponad 3 metry poniżej trylinki mógłby być groźny (w praktyce zabójczy). Po trzecie, zaraz po skoku, kilku wyznaczonych chłopaków pomagało skoczkowi nie zatonąć – rower ciągnął w dół, ku ostremu nurtowi rzeki. I w końcu po czwarte, tylko wybrani mogli uprawiać ten sport – oceniała to nasza komisja. Co prawda, zdarzył się jeden wyjątek od tej reguły. Ale ponoć każda reguła ma wyjątki, więc wszytko było niby zgodnie z prawami tego świata. Wyjątkiem tym był młodszy od nas o kilka lat Pawełek, który tak ładnie prosił i tak długo zawracał nam głowę że ostateczni komisja powiedziała „tak”.

Aby wprowadzić wesoły nastrój, Pawełek zapytał, czy nasza Pani Ludomira też już skakała. Nasza wyobraźnia to potęga do kwadratu (co najmniej)… Oto nasza wychowawczyni, ubrana w kwiecistą spódnicę zasiada na podrdzewiałym rowerze i zapalczywie pedałuje. Jest ambitna – to już przerabialiśmy w rowerowym rajdzie. A zatem pędzi jak rakieta. Przez chwilę wisi nad przepaścią, ale energia kinetyczna, pęd (iloczyn masy i prędkości – obydwa parametry mają tu dużą wartość) pcha ją do przodu, niby ogromną gruszkę (taki przypomina kształt – jakby klapsy). Spódnica opinająca szerokie biodra, jak żagiel łapie wiatr i wydłuża skok. Odległość jest najdłuższa. Mamy zatem nowego lidera. Spotkanie z lustrem wody jest jednakże nieuchronne. Zbyt późno, aby się wycofać. Spódnica zadziera się do góry ukazując grubaśne uda i bawełniane majtki obszyte koronką. Okrzyk przerażenia zmieszany z elementami triumfu wypełnia powietrze. To nasza reakcja. Zaniepokojone stado wron wzbija się w powietrze i jak jakieś fatum leci w kierunku naszej nauczycielki. Ludomira osiąga lustro wody, która zdziwiona nieco, rozstępuje się. Kobieta znika chwilę pod powierzchnią. Na rzece tworzy się wir i małe tsunami, które podąża w kierunku zacumowanych na przystani barek. Kołyszą się one monumentalnie. Fala dociera do brzegu, który zalewa. Wychowawczyni skoczyła daleko, w środek ostrego prądu, który ja znosi w kierunku Gdańska. Co prawda do tego pięknego miasta jest około 350 kilometrów, ale kobieta ma dość duża wyporność i szanse, że przez kolejne godziny będzie spokojnie dryfowała z prądem rzeki. Rzucamy się do wody i tak szybko, jak tylko można płyniemy ku miejscu, gdzie zniknął składak – nie możemy go stracić. Po uwolnieniu od roweru, Ludomira, niby ponton dalej płynie w głównym nurcie, strasząc przy tym nieprzywykłe do takiego, niegrzecznego zachowania, ryby.

Przestaliśmy się śmiać po kwadransie. Pawełek nadal patrzył na nas proszącym wzrokiem. Słowo się rzekło i chłopak zajął na rowerze tak zwaną pozycję wyjściową. Kiedy już niedoszły skoczek był rozpędzony na wąskim murze, przypomniałem sobie, że jednego nie wzięliśmy pod uwagę – chłopak w ogóle nie potrafił pływać. Pomimo to, wznosząc okrzyki radości, pędził na spotkanie ze wzburzoną nieco wodą Wisły. Dzięki temu zrozumiałem, co znaczy „cieszyć się chwilą”. Chwila jednak minęła i skoczek osiągnął swój cel. Zdołaliśmy go na szczęście wydobyć na powierzchnię. Kiedy już pozbył się z żołądka ponad litra wody i przestał charczeć (czyli oddech wrócił mu do normy), okazał swoją, wtórną w tym przypadku radość. Rozpierała go duma. Wcale nie chcieliśmy aby nam dziękował, ale on to zrobił. Był wdzięczny. W końcu trochę nam się pomieszało – nie wiedzieliśmy, za co dziękował – za umożliwienie skoku, czy też za uratowanie od utonięcia? Nie ważne. Istotne, że spełnił swoje pragnienie.

Na horyzoncie ujrzeliśmy naszą wychowawczynię. Tym razem w realu. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Czy to możliwe, żeby ona także chciała wziąć udział w naszych zawodach? Może stało się to ze względu na naszą fantazję? Dotarł do niej przekaz telepatyczny naszej rozmowy i gromkiego śmiechu. Zachęcona zajęciem pierwszego miejsca w skoku w portowej główki, przyszła zrealizować swój bohaterski czyn.

Ona jednak miała zupełnie inny cel. Było nim złapanie wagarowiczów na gorącym uczynku. Jak na komendę rzuciliśmy się w mętne wody królowej polskich rzek, by odpłynąć od przystani i uniknąć konfrontacji mogącej mieć nieciekawe konsekwencje. Był czerwiec i zbliżał się koniec roku. Nie wypadło mieć zaniżonej oceny ze sprawowania. Większość z nas wylądowałaby z oceną zmuszająca do powtarzania klasy. Naszym pragnieniom zaś była dorosłość, wyrwanie się z podstawówki. Pozostawienie na brzegu ubrań, w tym wypadku nie było istotne. Kiedy prąd rzeki spokojnie oddalał nas od nauczycielki, zobaczyliśmy Pawełka, który wiązał linkę do nogi, tuż powyżej kostki. Niebawem, stary składak rozpoczął swoją drogę po główce przystani, z każda sekundą zbliżając się do przepaści, do skoku do wody. Zamarliśmy z przerażenia.

Nasza pani momentalnie zorientowała się w sytuacji. Podążyła wprost za nabierającym prędkości rowerkiem. Najpierw składak, po nim nie potrafiący pływać chłopak, z zaraz potem Ludomira, wszyscy, po kolei znaleźli się w wodzie. Trzy fale: mała, większa i największa, rozeszły się po trzech okręgach. Wychowawczyni rzeczywiście miała dużą wyporność i ostatecznie była lżejsza od wody. Zrekompensowało to większy od wody ciężar właściwy ciała Pawełka. Szczęśliwie dotarli do brzegu. Rower, niestety znalazł się na dnie Wisły. Bezpowrotnie straciliśmy pojazd służący do dobrej zabawy.

W pełni zdawaliśmy sobie sprawę z grozy sytuacji, Postanowiliśmy, że od tej pory, wszystkie zabawy obarczone ryzykiem muszą być odpowiednio zabezpieczone. Najlepiej testamentem napisanym przez tych, którzy będą podejmować wraz z nami wyzwania. W ostateczności może być oświadczenie, że robią to, czy tamto na własna odpowiedzialność. Powodem nie były nasze obawy – to tak, dla spokoju sumienia.

Z braku roweru postało nam nurkowanie pod barkami. Rzecz jasna, tylko pod tymi, zacumowanymi w porcie – w końcu sytuacja z Pawełkiem pobudziła naszą wyobraźnie i otworzyła nam oczy na realizm niebezpieczeństwa.

One thought on “Nieco adrenaliny i skok w dal do Wisły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *