Rozdział 9. Księga Hioba i bycie rolnikiem przez weekend

Rozdział 9. Księga Hioba i bycie rolnikiem przez weekend

Księga Hioba i bycie rolnikiem przez weekend

Jako pracę domową, Osioł zadał mi przeczytanie fragmentu księgi Hioba. Nie mam w domu Biblii, ale od czego jest Internet? Wyguglałem ową księgę. Niezwykła, a przy tym wstrząsająca opowieść. Oto człowiek szczęśliwy i bogobojny, Hiob. Bardzo bogaty. Dbający o swoje interesy, ale też nie stroniący od uciech. Po każdej uczcie składa Bogu ofiary za ewentualne przewinienia swoje i swoich dzieci. Jest czysty jak kryształ i twardy jak diament. Na wskroś uczciwy, o mocnym moralnym kręgosłupie.

Przeciwnik namawia Boga, aby pozbawić Hioba wszystkiego, co posiada, przewidując jego upadek. W jednej godzinie ów możnowładca traci cały swój majątek, a na dodatek jego dzieci, trzy córki i siedmiu synów zostaje pogrzebanych w domu, który się zawalił. Koszmar. Tragedia absolutna. Dla większości ludzi, tak traumatyczne przeżycia skutkowały by buntem, ale nie dla Hioba. Bóg dał i Bóg pozwolił na utratę wszystkiego, co kochał. Nie pojawiło się nawet jedne słowo skargi. Jakiś nienormalny ten Hiob.

Skoro utrata wszystkiego, co kochał to za mało, aby złamać Hioba, Bóg pozwolił Przeciwnikowi na kolejny krok. Kiedy ciało nieszczęśnika pokryło się trądem, znalazł się on na kupie gnoju i aby ulżyć w cierpieniu drapał się glinianą skorupą. Alegoryczny wymiar niezawinionego nieszczęścia dopełnia fakt, że skorupa prawdopodobnie pochodzi z dzbana, z którego kiedyś Hiob nalewał wino podczas uczt. Dla normalnego człowieka, to koniec. Zabrane dzieci, majątek i choroba, która wyrzuca Hioba poza ramy społeczeństwa. Hiob jednakże nadal nie złorzeczy Bogu. Utwierdziłem się w przekonaniu, że tylko kogoś chorego psychicznie stać na taką postawę.

Czemu stary psychiatra polecił mi to przeczytać? Czyżby przygotowywał jakaś niemiłą niespodziankę?

Osioł zaprosił mnie na weekend na swoją farmę. Położone wśród lasów, 6 hektarowe gospodarstwo składało się z zabudowanego podwórka i pola. Drewniany dom i stodoła z jednej strony oraz murowane pomieszczenia gospodarskie i kamienna piwnica, tworzyły jakby lokalną warownię. Na co dzień gospodarstwa doglądał sąsiad, emerytowany pracownik dawnego PGR-u, pan Kazimierz.

Po podwórzu chodziły dwie ogromne świnie, koń oraz stadko kur z przewodzącym im kogutem. Koń i świnie zostały kupione wraz z gospodarstwem i Osioł wspaniałomyślnie darował im dożywocie. Zdecydował, że skazanie świń na śmierć, aby zjeść ich mięso, to pewna forma kanibalizmu. Konia nie sprzedał, bo w gospodarstwie jest przydatny. Kury zaś rozmnażają się w sposób naturalny – część jajek jest wysiadywana i wykluwają się młode, które pod opieką kwok dorastają do wieku rosołowego.

Jako, że pan Kazimierz ma już swoje lata, a w pomieszczeniu, w którym mieszkają świnie nagromadziło się dużo gnoju, to my (czyli Osioł i ja) go uprzątniemy. Aby świnki miały czysto i wygodnie. Ubrani w drelichy i kalosze, dzierżąc w rękach trójzębne widły, zabraliśmy się do pracy.

Wóz powoli wypełniał się słomą przerobiona na obornik. Musieliśmy dawać z siebie wszystko, aby wyciągnąć kolejne, ugniecione warstwy. Po kilku godzinach pracy, w końcu dotarliśmy do betonowej podłogi, na którą położona została świeża, pachnąca wiatrem słoma. Ogromne, ważące po 200 kilogramów świnie same przyszły do swojego domu. Byłem akurat pochylony, gdy jedna z nich zbliżyła swój ryj do mojej twarzy i chrząknęła porozumiewawczo, jakby chciał mi podziękować.

Pouczony przez gospodarza, stanąłem blisko konia, co miało zapobiec ewentualnemu ugryzieniu mnie przez zestresowane zwierzę. Pojechaliśmy za stodołę, gdzie rozpoczął się rozładunek. Powstawała pryzma gnoju. Ciekawe, czy na takiej właśnie siedział Hiob? Wyobraziłem sobie, że zasiadam na cuchnącej pryzmie, a moje ciało całe się łuszczy. Jestem chory, cierpiący, brzydki. To wina Osła, bo niczyja inna być nie może. Co bym wówczas zrobił? Pewnie pchnąłbym go trójzębnymi widłami i zanurzył w wyciekającej z pryzmy gnojowicy…

Świnie mają dożywocie. Będą jeszcze rosły. Potrzebują paszy. Jeden hektar daje możliwość utrzymania konia, kolejny dla świń i kur. To, co zostaje wystarcza na zapłatę panu Kazimierzowi. Wniosek z tego, że Osioł haruje za darmo…

Obornik jest najlepszym z najlepszych, naturalnym nawozem. Jak torcik wśród ciast. Zostanie rozrzucony na polu, gdzie wiosną będą wsadzone ziemniaki. W kolejnym roku pszenica. W następnym buraki cukrowe – Osioł stosuje płodozmian. Rolnik – fachowiec.

Zaczął zapadać zmierzch, kiedy zakończyliśmy pracę. Osioł zaproponował, aby na kolację ugotować rosół. W tym celu polecił mi złapać dorodnego kurczaka i go przygotować, czyli obciąć mu siekierą głowę, sparzyć pióra wrzątkiem, oskubać i wypatroszyć. Pod ochroną były tylko ssaki, potomkowie dinozaurów już nie. Poczułem, że za chwilę zemdleję.

Oto znalazłem się w dziwnej, wprost absurdalnej sytuacji. Jako dobrze zarabiający, mający wysokie stanowisko w korporacji fachowiec, mam teraz gonić za kurczakiem, aby go uśmiercić. Może lepiej pojechać do sklepu i kupić… cokolwiek do jedzenia? Owszem można, ale polecenie Osła, to część terapii. Dobrze, że nie można jeść wieprzowiny… taka 200 kilogramowa świnia, co prawda nie ma piór, ale ryj ma wielki jak wiadro.

Ostatecznie możemy zjeść gotowane ziemniaki i surowe warzywa, albo nic nie jeść – głód do jutra nas nie zabije. Na śniadanie zaś będzie jajecznica. Wybór należał do mnie.

Drelich nasiąknięty gnojowicą okrutnie śmierdział. To jednakże nic, w porównaniu do przykrego zapachu kurzych piór polanych wrzątkiem. Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Zamordowałem kurczaka. Byłem w końcu na bezmięsnej diecie i choćby dlatego powinienem był odmówić. Ponoć zachowałem się naturalnie. Jak normalny człowiek żyjący na wsi. Dużo gorzej wygląda pozbawianie życia w dużej ubojni. Brojlery, zawieszone za nogi jadą taśmociągiem. Ich wiszące ku dołowi głowy są odcinane mechanicznym nożem, później do parówki, skubanie i patroszenie, również mechaniczne. Klient, który kupuje uda, piersi, czy skrzydełka widzi tylko towar. Nie zastanawia się w jaki sposób pozyskano smaczne mięso. Dożo gorzej wyglądają zabójstwa (tak to nazwał) świń i bydła, ale o tym mi nie opowiedział. Może kiedyś wróci do tego tematu, o ile będzie taka potrzeba.

Po co to wszystko? Zapach rosołu roznosił się po całym, drewnianym domku i wylatywał na zewnątrz przez otwarte okno. Osioł doprawiał danie, próbując je co kilka minut, a ja, wyczerpany usiadłem pod ścianą piwnicy. Zapach gotowanego w warzywach kurczaka doprowadził mnie do mdłości. Wstałem i wolnym krokiem skierowałem się za stodołę, ku pryzmie odżywczego dla upraw obornika. Poczułem się jak Hiob. Drelich już zupełnie nasiąkł gnojowicą. Nikomu nie złorzeczyłem. Nie wiedzieć czemu skóra zaczęła mnie swędzieć. Rozejrzałem się za skorupą, którą mógłbym się podrapać.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *