Rozdział 10. Księga Hioba i nowe podejście do życia

Rozdział 10. Księga Hioba i nowe podejście do życia

Księga Hioba i nowe podejście do życia

Kąpiel na podwórku, w dużej, metalowej balii była nie lada przyjemnością. Byłem brudny i śmierdzący. Stałem się czysty, a zapach gnoju był już tylko wspomnieniem. Co za radość. Wspaniałe uczucie. Poczułem się dowartościowany. Odebrałem nagrodę, którą sam sobie przydzieliłem – odwaliłem kawał solidnej roboty i czułem się z tego powodu dumny. Pochwalony za poświęcenie przez Osła, odebrałem kolejną, jeszcze wartościowszą nagrodę. Podświadomie czekałem, aż dwie ogromne świnie wyjdą ze swojego chlewu, podejdą do mnie i podziękują chrząkaniem za czystą słomę. Zajęte jedzeniem, niestety, nie zwracały na nic uwagi.

Po trzeciej szklaneczce mętnego płynu zwanego na wsi „księżycówka”, zdecydowałem się na zjedzenie uda kurczaka, którego pozbawiłem życia. Osioł wyjaśnił, że zabijanie zwierząt jest usprawiedliwione tylko wówczas, gdy mamy zamiar je zużytkować. Zjeść. Jeśli chodzi o futerka, to w nowożytnym świecie, jest to zbrodnia dokonana, w celu zaspokojenia pozostałych w ludziach cech atawistycznych. Nie można pozbawiać życia tylko dlatego, aby piękniej wyglądać bądź lepiej się czuć. CO innego na Syberii, albo na Alasce – to jest zrozumiałe…

Po kolejnych szklaneczkach mętnego płynu, który podczas spożywania zapierał dech w piersiach, zjadłem kawałek piersi i wypiłem kubek rosołu. Działanie bimbru w połączeniu z fizycznym zmęczeniem zrobiło swoje. Znieczuliło mnie kompletnie. Jedyne na co się zdecydowałem, to słuchanie wykładu Osła.

Powiedział, że jedynym sensem życia człowieka jest szukanie Boga. Wzruszyłem ramionami. Z tego, co zauważyłem, mój personalny trener nie praktykuje żadnej religii. Jest zatem niewierzący. Uniosłem do góry brwi, co było równoznaczne z zadaniem pytania. Wyjaśnił, że mimo wielu lat poszukiwań, on wciąż jest w drodze, ale ma nadzieję, że w końcu znajdzie Istotę Ponadczasową. Że jeszcze zdąży. Swoją drogę życia odnalazł już dawno i czuje się spełniony, ale Boga jeszcze nie. Całym sercem zazdrości tym nielicznym, którzy wierzą. Nielicznym? Tak, tym nielicznym, których być może nawet nie ma w tłumie transparentnych wyznawców, głęboko zanurzonych w nakazach obrządku. Są oni obowiązkowi, ale ostatecznie na tym poprzestają. Nie szukają istoty swojej wiary.

Znamienita większość ludzi nie myśli samodzielnie. Opierają się na narzuconych im schematach. Kierują się emocjami. To właśnie emocje są wykorzystywane do manipulacji. To takie zakamuflowane niewolnictwo.

Nalałem następną kolejkę. Czułem się odprężony, choć zmęczenie dawało o sobie znać. Mój nauczyciel, po raz kolejny w ciągu ostatniego czasu wracał do tego samego tematu. Wiem, muszę wyjść ze skorupy, aby z dystansu spojrzeć na siebie i swoje życie. Łajno musi wyschnąć i się skruszyć. Wiem, wiem, wiem. Słuchanie Osła zaczęło sprawiać mi przyjemność.

Do siedzącego na pryzmie gnoju Hioba przybyli jego przyjaciele. Zasmucili się wielce strasznym widokiem, ale nie zaczęli myśleć. Jeden, przez drugiego mówili nieszczęśnikowi, że jego los, to odpowiedź Boga na grzechy, które musiał popełnić. Ciągłe powtarzanie jednego może sprawić, że człowiek uwierzy w coś, co jest fikcją. W końcu uwierzył też Hiob. Jak tylko uwierzył, przestał być pokorny. Nie mógł w swoim postępowaniu doszukać się żadnego grzechu. Zaczął się buntować. Wyzwał Boga na pojedynek, pytając, dlaczego został skazany na takie pasmo nieszczęść, na które nie zasłużył. Chciał się targować – nic złego nie zrobiłem, dlaczego zatem skazałeś mnie na cierpienie duszy i ciała. To niesprawiedliwe.

Musiałem wyjść do wychodka – tak się nazywa ów przybytek znajdujący się w pobliżu pryzmy obornika, jedyna toaleta w gospodarstwie. Przejście przez podwórze i kolejne, konieczne czynności były nie lada wyzwaniem. Udało mi się. Gorzej było z drogą powrotną. Doszedłem do chlewa, skąd dało się słyszeć ciche chrząkanie najedzonych świń, kiedy koordynacja moich ruchów uległa nagłemu pogorszeniu. Aby utrzymać równowagę, złapałem za drzwi gospodarczego pomieszczenia. Klamka zwolniła zamek i znalazłem się w środku. Ległem na świeżej słomie. Podjąłem próbę wydostania się na zewnątrz, ale przekroczyło to moje możliwości. Zamknąłem oczy. Pomyślałem jeszcze, że Osioł mnie zaraz znajdzie, co dodało mi otuchy…

Zostałem odnaleziony przez wścibskie kury, które kłóciły się głośno o miejsce w korycie, skąd wyjadały resztki świńskiego jedzenia. Była piąta rano. Czekałem, aż pojawi się ból głowy, który niczym nawałnica natrze na czaszkę od wewnątrz, ale nic takiego się nie stało. Nie miałem też nudności, ani innych dolegliwości typowych dla kaca. Czułem się dobrze i poza faktem, że wokół mnie wisiała w powietrzu aura złożona z zapachu droży, wszystko inne było normalne. Normalne były pobielony wapnem ściany, drewniane koryta, czerwone i pstrokate kury, dwie masywne, słodko śpiące świnie i sterta czystej słomy. No, może sytuacja w której się znalazłem nie była do końca normalna, ale ten fakt postanowiłem pominąć.

O siódmej zjedliśmy po solidnej porcji jajecznicy ze szczypiorem, i popiliśmy mlekiem kupowanym na wsi, prosto od krowy. Owszem krowa może być chora, choć to mało prawdopodobne, bowiem całe dnie przebywa na świeżym powietrzu, objada się roślinami, które nie znają chemii, a na dodatek jest oczyszczana i pielęgnowana przez dobrą gospodynię. Mleko nie było pasteryzowane. Co do zasad higieny przy jego pozyskiwaniu nie będę się wypowiadał – nie widziałem. Takie mleko, spożywane było na polskiej wsi od setek lat, gdzie ludzie żyli długo i nie chorowali. To, co kupujemy w sklepie i nazwane jest mlekiem, to tak naprawdę nie jest mleko…

Po śniadaniu Osioł zaprzągł konia do bryczki, którą wyruszyliśmy w drogę do kościoła. Na wsi, w niedzielę wszyscy chodzą do kościoła, tak już jest. W świątyni miałem robić to, co wszyscy i nie ruszać się z ławki aż do końca mszy. Kazanie było o przykazaniu miłości. Brzmiało, jakby to była opowieść z bajkowej krainy. Jedno przykazanie zawiera w sobie cały dekalog Mojżesza oraz naukę Jezusa. Zaciekawiłem się. Po powrocie do domu, zajrzę do Biblii, oczywiście korzystając z Internetu.

Obrządek trwał niecałą godzinę. Kiedy zobaczyłem proboszcza, który wylewnie wita się z Osłem, zrozumiałem, że są to starzy znajomi. Zostaliśmy zaproszenie na obiad.

Ksiądz Waldek był samodzielny. Nikt mu nie pomagał. Był duchownym, sam sobie gotował, sprzątał, prał, ale także dokonywał drobnych remontów w małym, drewnianym kościele. Wyglądał na szczęśliwego człowieka.

Dwóch przyjaciół, niewierzący Osioł i głęboko w wiarę zaangażowany ksiądz mieli dużo wspólnych tematów. Najdłużej pozostawali przy wątpliwościach dotyczących przekazów sprzed 2000 lat. Słuchałem z zaciekawieniem.

Waldek rozwinął temat kazania. Kochaj Boga całym sercem, a bliźniego swego jak siebie samego. Pana Boga zostawmy i przyjmijmy to jako pewnik. Co do drugiej części przykazania, to rodzą się wątpliwości. Aby je wypełnić należycie, najpierw należy pokochać samego siebie. Podstawą do pokochania samego siebie jest zaś poznanie potrzeb człowieka oraz przyczyn naszych dążeń. Dopiero po nabyciu tej wiedzy będziemy w stanie zrozumieć swoje postępowanie i zaakceptować siebie: normalnych, pozytywnych, z natury uczciwych. W każdym z nas tkwi coś z kantowskiego imperatywu kategorycznego: „Postępuj tylko wedle takiej maksymy,
co do której mógłbyś jednocześnie chcieć, aby stała się ona prawem powszechnym
.” To już tylko krok do pokochania bliźniego.

Bez odrzucenia wszechobecnej manipulacji nowoczesnego kapitalizmu, nie znajdziemy w swoim wnętrzu niczego poza pozorami. Wiele rzeczy nam się wydaje, że są prawdziwe i dobre, a takie wcale nie są. Owa manipulacja ma na celu ukształtowanie pokornego obywatela, niewolnika, który nie zda sobie z tego sprawy. Dotyczy zarówno biznesu, jak i religii (i to powiedział ksiądz).

Osioł dodał tylko, że otwieranie oczu na rzeczywistość, to niełatwa sprawa. Wymaga zaangażowania i wytrwałości. Jest to proces długotrwały i bolesny. Słyszałem już to kilkakrotnie. Ameryki nie odkrył.

Chciałem dodać, że czasem leczenie szokowe może przyśpieszyć proces. Możemy tu zaliczyć bieganie po ulicy na golasa, nocowanie w chlewie wraz z dorodna trzodą, a przede wszystkim siedzenie na kupie świeżego gnoju i drapanie się skorupą. Ostatecznie ugryzłem się w język i nie powiedziałem nic.

Kotlety mielone u proboszcza smakowały znakomicie. Ma facet kulinarny talent.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *