Rozdział 7. Niczego nie musisz (krezusie)

Rozdział 7. Niczego nie musisz (krezusie)

Niczego nie musisz (krezusie)

Najpierw dowiedziałem się, że jestem bogaty. Mam co jeść, w co się ubrać, stać mnie na wakacje, jeżdżę samochodem, odkładam na fundusz emerytalny i jeszcze mi trochę zostaję. Jestem zatem bogaty. Obrzydliwie bogaty. Krezus. Jestem zamożniejszy niż 90% ludzi na tym świecie. A może nawet i 95%. Dlatego też, dużą część pieniędzy wydaję na rzeczy, które nigdy nie będą użyte. Co gorsza większość moich wydatków stanowią zakupy, które nie są dla normalnego funkcjonowania człowieka potrzebne. Wyciągnąłem jeden wniosek – Osioł chce mi powiedzieć, że jestem po prostu głupi.

Dążenia – bez nich będę kontynuował wegetację. Aby je określić, muszę wyzwolić się z atmosfery pozorów w której żyję. Być może wówczas nic nie pozostanie? Co wtedy? Szukać? Nie, bo znów powstanie jakaś fatamorgana. Czekać? tak – ile czasu? Trzeba to sprawdzić, a żeby to zrobić muszę się ogołocić…

Powinienem pozbyć się złych nawyków, które mnie niszczą, a przy tym, jako śmieci, zakrywają prawdziwy obraz mojego umysłu. Żyję pozorami i na nich opieram całe swoje myślenie oraz wynikające z tego decyzje. Także nie mające głębszego sensu.

Jestem jak aktor życia, który klepie wyuczoną rolę na scenie stworzonej przez scenografa wyzysku. Gram role, których nie rozumiem. Mało tego, wcielam się w nienaturalną postać, nie zdając sobie z tego sprawy. Akcja-reakcja. Uruchomienie nakręconej sprężyny doskonale dopasowanych trybów w mechanizmie podobnym do katarynki i kukiełki zaczynają się ruszać. Odbywa się dziwaczne, nienormalne i nienaturalne przedstawienie. Jest ono uznane za pospolite, powszechnie przyjęte i akceptowane, a na dodatek uznawane za normalne i naturalne.

Osioł trochę przesadził. Rozumiem, że musi przesadzać, aby pewne treści do mnie dotarły.

Odpowiedział, że jest wprost przeciwnie – jego obecna delikatność wiąże się z faktem, że jestem zbyt słaby, aby za jednym zamachem przyjąć cała prawdę. Jeśli teraz by mnie ogołocił z pozorów, będę całkiem nagi, ale ubrania nie będzie na trawniku, jak po wyjściu z sauny. Zostanę zawieszony w próżni, bez żadnego oparcia. Szybko spadnę na dno. Błoto to powierzchnia na której stoję, ale lepsze to, niż próżnia. Zmiany to proces, nie jednostkowy akt.

Nie mogę dalej żyć tak, jak żyję. Będąc zamkniętym w skorupie jak małża, nic nie zobaczę, ale otwarcie się w mętnej wodzie może doprowadzić do tego, że zostanę pożarty, a i tak nawet nie zobaczę drapieżnika, który zafunduje sobie kilkudniową niestrawność.

Aby dać mi szansę, na początek zalecił mi dietę. Zbyt dużo jedzenia marnuję i na dodatek raczę się truciznami. Wiem, powinienem zrezygnować z glutenu, mięsa wieprzowego (na początek), drobiu z chowu fermowego, a może nawet z piwa, bo także jest szkodliwe…

Osioł powiedział mi, że nie będę musiał rezygnować z przyjemności, ale najpierw muszę zrozumieć, co to znaczy przyjemność. Obecnie karmię się jej substytutami. Mam jeść wówczas, kiedy poczuję głód. Pić, gdy mi o tym przypomni pragnienie. Jedzenie i picie ma być dobre. Najlepiej naturalne, nie modyfikowane, nie pędzone (rośliny uprawiane z użyciem dużej ilości nawozów), zwierzęta nie karmione paszą przemysłowa i antybiotykami…

Na początek jednakże dieta musi być nieco bardziej radykalna. Przez tydzień mam nie jeść mięsa ani glutenu (najlepiej pieczywa w ogóle). Nie przekraczać dziennie 1500 kilokalorii. Wyeliminować cukier, także słodycze, alkohol i nie dodawać do potraw soli. Wszystkie posiłki przygotuję samodzielnie z produktów ekologicznych. Mogę pojechać na targ i kupić warzywa i owoce oraz jaja od rolników. Zalecił jedzenie kaszy jaglanej i gryczanej, fasoli, soczewicy, sporo kiszonek, pomidorów, czerwonych buraków. Mogę do diety wprowadzić orzechy i migdały. Suszone figi oraz daktyle będą delicjami. Nie podał szczegółów, ale ideę zrozumiałem.

Po tygodniu eksperymentowania mam już kilka wniosków. Pierwszy dotyczy fasoli, jako źródła biała. Aby uniknąć maski przeciwgazowej na twarzy syna, fasolę należy namoczyć dobę przed ugotowaniem. W innym przypadku, oprócz niesmaku w gronie rodziny, zmuszeni jesteśmy do wietrzenia sypialni i ubrań. Z kaszami i ryżem nie ma takiego problemu. Ziele angielskie dodaje smaku, ale 30 ziaren, to stanowczo za dużo. Podobnie z pieprzem. Ostre papryczki – norma to pół warzywa na 2-3 lity potrawy, więcej może grozić przepaleniem trzewi. Z pewnością inne uwagi powstaną wkrótce.

Osioł zapytał mnie, co zrobiłem z wodą po ugotowaniu warzyw na sałatkę. Jak to, wylałem do zlewu? Wygotowane z marchwi, pietruszki, selera i ziemniaka sole mineralne, czyli to co najcenniejsze, zostało zmarnowane? Należało na wywarze ugotować zupę. Najlepiej z soczewicy, albo z dyni…. To zdaje się była alegoria do mojego życia. Marnuję czas na bzdety, nie dostrzegając tego, co ważne. Trudno jednakże dostrzec maleńkie minerały gołym okiem. Trzeba się tego nauczyć, poczuć.

Wytrwałem. Mimo licznych pokus. Schudłem 2 kilogramy i zacząłem się lepiej czuć. Po raz pierwszy od nie wiem kiedy, poczułem radość. Ale poczułem też przemożną chęć zjedzenia schabowego. Na sobotę dostałem zwolnienie z diety. Czemu nie na cały weekend? Podobno nie będzie mi potrzebne. I nie było. W niedzielę obudziłem się z bólem głowy, suchością w ustach. Brzuch rozsadzało mi ciśnienie niewiadomego pochodzenia. Czułem się ociężały i niezdolny do jakiegokolwiek wysiłku. Jak starzec. Nie wiem, czy to po schabowym z zasmażaną kapustą, czy też ze względu na nadmiar piwa. Tak, czy inaczej, większą cześć niedzieli zmarnowałem na doprowadzanie się do porządku. Na obiad przygotowałem zupę warzywną i ryż z prużonymi jabłkami. Córka była zachwycona, syn tylko wzruszył ramionami. Matki nie ma nieco ponad trzy tygodnie, a ojcu już zaczyna odbijać. Pogubił się zupełnie.

Kilkakrotnie miałem ochotę na marsz z dziadkowym bębnem zawieszonym na ramionach. Nawet włożyłem spodnie (tym razem dopięły się, choć z trudem) i marynarkę z orderami (niestety, ta nie zdołała się dopiąć), ale ostatecznie zrezygnowałem. Nie będę po raz drugi wyrzucał z siebie emocji w tak transparentny sposób, na oczach sąsiadów i znajomych. Zacząłem szukać innego sposobu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *