Rozdział 6. Pierwsza lekcja i nieco ekshibicjonizmu

Rozdział 6. Pierwsza lekcja i nieco ekshibicjonizmu

Pierwsza lekcja i nieco ekshibicjonizmu

Pierwsza lekcja u Osła okazała się bezpłatna. To tak zwane badanie wstępne delikwenta, kandydata na nauki mające kosztować dużo pieniędzy. Obydwie strony muszą chcieć ze sobą współpracować. Zarówno ja, jak i Osioł możemy powiedzieć „nie” i wówczas nasze drogi się rozejdą. Na zawsze.

W znajdującym się na pierwszym pietrze gabinecie, oprócz drzwi wejściowych, można było odnaleźć jeszcze dwie pary innych drzwi, zamaskowanych zasłonami. Jedne z nich prowadziły do sauny, gdzie zaplanowana została lekcja wstępna.

Przez pierwszy kwadrans siedzieliśmy w milczeniu, owinięci tylko w ręczniki. W miarę upływu czasu, a może ze względu na wzrost temperatury, poczułem się nieco zniecierpliwiony. Powiedziałem, że sauna jest dobra dla zdrowia. Przerwałem milczenie. Po to tylko, aby je przerwać. To pierwsza zasada tego, który chce się jak najwięcej dowiedzieć – milcz, a prędzej, czy później, rozmówca się odezwie. Później nie przeszkadzaj mu. Od czasu, do czasu potwierdź, chrząknij, pochwal i słuchaj. Tak też zrobił Osioł. Bez większej zachęty z jego strony, rozpocząłem opowieść o sobie. Minęło pół godziny, kiedy skończyłem. Nauczyciel nie odwzajemnił mi się i o sobie nic nie opowiedział. Przyjąłem, że to ja jestem uczniem, czyli elementem podporządkowanym. Rzecz jasna tylko w okresie lekcji i zakresie jaki zdołam tolerować.

Między akceptacją i tolerancją jest przepaść. Tolerować to znaczy „znosić”. Nie chcę czegoś, ale dla jakiegoś wyższego dobra nie oponuję. Tolerancja jest jak szczepionka. Trzeba z tym uważać, aby nie przesunąć granicy zbyt daleko. Po kolejnym szczepieniu odporność na to, z czym się nie zgadzamy staje się mniejsza. W ten sposób możemy dojść do absurdu – zaczniemy akceptować to, co jeszcze niedawno było nie do zaakceptowania. Z oponenta stajemy się osobą aprobująca (niekiedy) przeróżne absurdy.

Osioł podwyższył temperaturę do wartości maksymalnej. Pewnie po to, aby sprawdzić, jaki jestem twardy. Przysłowiowe siódme poty nie zrobiły ma mnie większego wrażenia. Siedzieliśmy w milczeniu przez kilka minut, po czym usłyszałam monolog, który był stwierdzeniem faktów. Profesor widział niektóre elementy mojego życia zupełnie inaczej, niż dostrzegałem to ja.

Moja praca, kariera, starania i związane z tym wyrzeczenia są niewiele warte. Robię to wszystko ze strachu. Zapewniam sobie potrzebę bezpieczeństwa i tyle. Na poprzednim spotkaniu już mi wspominał, że jestem jak przysłowiowy korposzczur. Biegam od leja do leja po wybuchach tych, którzy popękali (czyli nie udało im się) pędząc w kierunku bezsensu. Dużo lepszym zabezpieczeniem jest własna wartość. Gdybym ją miał, gdybym zdawał sobie sprawę z jej istnienia, wówczas bym się nie bał utraty pracy, czy faktu, że szefuńcio źle mnie ocenia.

Moje życie, to bezustanne zapewnianie samemu sobie potrzeb. Muszę oddychać, jeść, spać. Mam też inne potrzeby, czego przykładem jest sytuacja powstała w wyniku dostrzeżenia wdzięków pani Jadzi. To ostatnie, to w sumie mój sukces. Potrafiłem wyzwolić się ze skostniałej skorupy zasad, których sam nie rozumiem. Nie rozumiem, czyli trzymam się jakiejś fikcji… Osioł to jakiś postrzeleniec…

Potrzebę samorealizacji posiadam za to bardzo rozbudowaną. Jest jak wielki, pusty w środku balon. Realizuję to w pracy, w toksycznych oparach korporacyjnego klimatu. Odbieram wątpliwe nagrody – pochwały od podobnych sobie baloniarzy. A taka pochwała, to automatycznie kolejna nagroda, jaką przydzielam sobie sam. Nagroda o nazwie pycha. Podsumowując, doszedłem do wniosku, że Osioł – impertynent, jednak przesadził, ale na reakcję nie odważyłem się. Wmówiłem sobie, że zareaguję po skończonej pseudo nauce.

Aby posunąć się choć o krok do przodu muszę skruszyć, skostniałą już w wielu miejscach skorupę z łajna, którym się szczelnie obłożyłem. To jest proces. Najpierw musi wyschnąć – przestanie wówczas śmierdzieć. Później sama popęka. Wtedy będzie można ja oddzielić od skóry. Najtrudniej będzie z miejsc w których włosy wrosły w błocko – z głowy, piersi i łona. W głowie powinien być rozum, w piersiach serce, zaś łono to podstawa egzystencji rodzaju ludzkiego. Wszystkie te obszary wymagają (u mnie na pewno) odnowy. Osioł, to zdaje się schizofrenik. Muszę się z tego wycofać. Byle ostrożnie. Z wariatami nie ma żartów.

Osioł nie zważając na moją zdziwioną minę, kontynuował. Najpierw jednak, o czym już wiem od pewnego czasu, wyrzucę śmieci ze śmietnika własnego umysłu. Minęło kilka dni, a ja nic jeszcze z tym nie zrobiłem. Nawet nie podjąłem próby. Jak posprzątam, to będę miał szanse stanąć w prawdzie, czyli zobaczyć siebie takiego, jakim jestem. Na nago.

Kolejne zadanie to pozbycie się pychy, czyli zamiana pustego balona na monolit – może być na początek cegła. Później piaskowiec, granit, marmur (o diamencie niestety nie wspomniał). Gdy pozbędę się pychy, zastąpi ja pokora, która jest mocą prawdziwą. Pokora jest cechą ludzi silnych, mających wyraźne ego, jest cechą ludzi szczęśliwych. A o to właśnie chodzi w życiu. Trzeba się cieszyć. Jak ja mogę poczuć smak spełnienia, sukcesu i triumfu, kiedy jestem obłożony łajnem? Utwierdziłem się w przekonaniu, że Osioł jest nienormalny i powinien udać się do psychiatry. Ale.. on właśnie jest psychiatrą… z doświadczeniem… O ile ma rację, to cały świat powinien udać się do psychiatry. Kiedy to powiedziałem, zaprzeczył. Świat potrzebuje idei popartej wiedzą. Właściwej, pozytywnej propagandy i nauk szamana.

Pomyślałem, że jednak to wariat. Na dodatek niebezpieczny i nieobliczalny. Zapragnąłem uwolnić się od towarzystwa nauczyciela i wyjść z parówki sauny. Zanim pokazał mi drzwi powiedział jeszcze, że potrzeby mi post, zarówno duchowy, jak i cielesny. Musze przestać myśleć o problemach dnia codziennego i zmienić nawyki żywieniowe. Wyrzucić trucizny z psychiki i ciała. Wtedy poczuję się lepiej. Dobre samopoczucie to to, co osiągnę w pierwszym etapie szkolenia. Samozadowolenie znajdzie się samo. Nie tylko samozadowolenie, ale także siła i upór – one też pojawią się spontanicznie.

Wyobraziłem sobie, że nagle staję się fakirem, który tasiemką czyści sobie nos – jeden koniec wystaje z dziurki od nosa, drugi zaś z ust. Biorę końce taśmy w palce i czyszczę, czyszczę, czyszczę… W kolejnym etapie nauczę się lewitować i czytać myśli innych ludzi. Na koniec, powoli, zniknę z tego świata i przeniosę się do innego wymiaru.

Na początek mam pozbyć się wstydu. Po wyjściu z sauny, zobaczyłem, że moje ubrania leżą na biurku. Złożone i związane sznurkiem. Po chwili wyleciały przez okno. Kilka sekund później pozostałem sam w gabinecie Osła. Jedyne moje okrycie – ręcznik, ściągnięte nagłym ruchem, zniknęło za drzwiami, wraz ze sprawcą tego ohydnego czynu. Rozejrzałem się po pokoju – nie znalazłem niczego, co mogłoby zakryć moją intymność. Jedyne drzwi, które nie były teraz zamknięte na klucz, to te prowadzące na klatkę schodową. Dodam, że na publiczną klatkę schodową. Wyjrzałem przez okno. Ubrania leżały na trawniku. Nagle spostrzegłem bezdomnego, który zawiniątkiem był żywo zainteresowany. Zaczął przedzierać się przez krzaki… Skok na murawę wydał mi się nieco niebezpieczny. Wybiegłem z gabinetu – drzwi zatrzasnęły się wydając odgłos bezsilności. Powrotu nie było.

Biegłem, w właściwie skakałem. Po dwa, a zaraz po tym, po trzy schodki jednocześnie. Praca nóg i praca rąk, którymi machałem niczym wiatrak, aby otrzymać równowagę. Po drodze minąłem starsza panią, która krzyknęła wesołym głosem, czy nie jest mi przypadkiem zimno. Zamiast zgorszenia wywołałem rozweselenie. Na nago jestem śmieszny. W drzwiach wejściowych zderzyłem się z cieciem. Dzierżąc jego miotłę w dłoni podążyłem w kierunku trawnika. Bezdomny trzymał z zawiniątko w ręce, ale na szczęście poruszał się wolno, niezdarnie. Wyrwałem mu ubranie. Zacisnął pieści i przyjął postawę „gotowy do walki”. Bez wahania wyprowadziłem cios. Trafiłem go w splot słoneczny. Zgięty w pół, złorzecząc i przeklinając, wycofał się i zniknął w zaroślach.

Slipy założyłem tak szybko, jak tylko mogłem. Z resztą ubioru, już aż tak bardzo się nie spieszyłem. Mały tłumek gapiów miał rozweselone miny. Ktoś zapytał, czy to zakład, czy też zazdrosny mąż. Odpowiedziałem, że to Osioł. Ktoś inny poprawił, że nie osioł, tylko jeleń. Kilka osób biło brawo. Stojący obok mężczyzna poklepał mnie przyjaźnie po plecach.

Wśród gapiów znajdowała się młoda, ładna kobieta. Pani redaktor (tak miała napisane na koszulce), jak się zorientowałem, zrobiła mi serię zdjęć. Reportaż dla kobiecego pisma. Wyciągnąłem rękę, aby wyrwać jej aparat. Zaczęła uciekać. Jako nastolatek byłem dobry w sprincie. Coś mi z tego (na szczęście) postało. Usłyszałem komentarz, że jednej baby na boku mi mało…

Wobec mojej determinacji nie dałem jej żadnej szansy. Spokojnie usiedliśmy na ławce w parku – dobre miejsce na negocjacje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *