Alina – powieść do pobrania (cała)

Alina – powieść do pobrania (cała)

Alina – powieść do pobrania

Poniżej tekst powieści:

ALINA

Książkę tę dedykuję wszystkim Alinom.

Historia, w  której wspomnienia dwóch różnych  osobowości mieszają się z  rzeczywistością, a  wewnętrzna siła, pomimo ograniczeń wieku pcha ku życiu…

 

ALINA

Czas na mnie

Wczoraj skończyłam osiemdziesiąt dziewięć lat. Czas na mnie. Wcale się sobie nie dziwię, że chcę, że chyba już powinnam przenieść się na tamtą stronę. Na tamtą stronę, tylko czego? Może czasu? Na drugą stronę zegara, gdzie wszystko jest odwrotne, inne, nieodgadnione, ale jest. A  jak nie ma? Dlaczego miałoby nie być? Naukowcy uważają, że nasz świat nie jest jedyny. Podobno nawet udowadniają istnienie innych wymiarów. Skoro one są, to znaczy, że po śmierci gdzieś pójdę…

Wyglądam przez okno swojego małego mieszkanka na czwartym piętrze. Staś powiedział, że mieszkanko małe, i  za nim to powtarzam, ale tak naprawdę dziesięć metrów kwadratowych większe od tego, w  którym mieszkałam przez pierwsze osiemdziesiąt pięć lat życia. A  teraz, gdybym tak w  tym większym, miała mieszkać kolejne osiemdziesiąt pięć lat, to byłaby dopiero katorga. Dobrze, że chociaż mam za oknem park.

W dniu urodzin, czyli wczoraj, byłam w  tym parku. Przez przypadek. Zjadłam obiad, poszłam do pokoju, gdzie ujrzałam siną postać, siedzącą w  moim fotelu. Wywróżyłam sobie. Jak człowiek za dużo o  czymś myśli, to mu się czasem sprawdza. Zimne dreszcze przeszły mi po plecach, ale udałam, że jej nie widzę. Wyraziłam głośno i  dobitnie co myślę o  nieproszonych gościach, szkoda tylko, że nieskutecznie. Postać tkwiła na swoim, a  raczej na moim ulubionym miejscu, nie zwracając uwagi na fakt, że ją wypraszam. Zignorowała mnie. Nikt nie lubi być zlekceważonym, a  szczególnie ktoś, kto ma duże doświadczenie życiowe, swój podeszły wiek i  związane z  tym wymogi odnośnie szacunku, czyli mówiąc krótko, ja. Nie zwracając uwagi na intruza, narzuciłam na plecy sweterek i  podpierając się laską, wyszłam z  domu.

Ulica była prawie pusta, zalana słonecznym blaskiem. Skierowałam się do parku. Żeby się dostać w  zielone aleje, w  otoczenie wspaniałych drzew i  kwitnących krzewów trzeba przejść przez szeroką jezdnię. To dla mnie zawsze stanowi duże wyzwanie. Przed przejściem dla pieszych stała młoda kobieta, opierająca się na poręczy dziecięcego wózka. Rozmawiała przez telefon, co jakiś czas wybuchając salwą śmiechu. Byłam tuż przy niej, kiedy wózek wymknął się spod kontroli i  ruszył w  kierunku jezdni, wprost pod koła nadjeżdżającego samochodu. Zamarłam. Moja wielowarstwowa, budowana przez dziesiątki lat z  taką zapalczywością wyobraźnia eksplodowała. Nawet w  myślach usłyszałam huk. Widziałam zderzenie dwóch pojazdów: samochodu i  wózka, ogromny impet, który wyrzuca niemowlę niczym kamień z  katapulty i  jego paraboliczny lot, a  potem upadek wprost pod koła jadącej w  przeciwnym kierunku ciężarówki. Następnym obrazem była trauma na twarzy kierowcy i  szok wykrzywiający upudrowaną buzię paniusi w  grymasie przerażenia.

Usłyszałam, tym razem na jawie, pisk opon, odgłos charakterystyczny dla ostrego hamowania. Jak mogłam najszybciej rzuciłam się do przodu i  z  całej siły wcisnęłam laskę pomiędzy szprychy jednego z  kół wózka. Stanął dęba, zachwiał się, zakołysał i  zatrzymał tuż przed krawężnikiem. Ja także przechyliłam się niebezpiecznie i  sama nie wiem jakim cudem udało mi się zachować pozycję pionową.

Matka dziecka popukała się w  czoło i  potok jej słów wypełnił powietrze. Stara kobieta powinna siedzieć w  domu, by nie ryzykować, że się przewróci i  zrobi sobie krzywdę, a  może i  innym. Na spacery w  pewnym wieku należy chodzić pod opieką. Przeżyła tyle lat i  taka bezmyślna. To o  mnie. A  o  kierowcy, że cham, bezmyślny, pirat drogowy. Wezwie policję, która da mu nauczkę.

Przestałam rejestrować, co wykrzykuje. Chciałam wyjaśnić, że ledwie udało się zapobiec tragedii i  wszyscy powinniśmy się raczej cieszyć, ale nie mogłam złapać tchu. Udało mi się wyszarpnąć laskę spośród lekko pogiętych szprych. Podniosłam moją broń do góry, jakby z  zamiarem zaatakowania damulki, która nagle zamilkła i  popędziła czym prędzej przed siebie.

Wykrzyczała, że mam starczą demencję i  powinnam leczyć się w  wariatkowie. Co ona wie o  wariatkowie – zapewne nigdy tam nie była, ale być może wszystko jeszcze przed nią, jest zdaje się na dobrej drodze. Głupia pusta lala. Gdybym puknęła ją laską w  głowę, po okolicy rozniósłby się głuchy odgłos pustego w  środku bębna.

Samochody stały i  czekały na mnie. Pełna mobilizacja, laska do przodu i  idę. Byłam na wysokości forda (rozróżniam niektóre marki) tego, który hamował z  piskiem, automatycznie spojrzałam na kierowcę. Odprowadzał mnie wzrokiem z  uśmiechem na twarzy. Wychylił się z  samochodu i  krzyknął, że życzy babci (czyli mnie) miłego spaceru. Pomachałam laską niczym buławą. Chciałam odwzajemnić życzenia, ale nie dałam rady. Wszystkiemu winna zadyszka.

Co ci ludzie sobie myślą? Chodzą po ulicach i  po parku tacy smutni i  zamyśleni, a  życie im ucieka. Wchodzą na jezdnię pod koła nadjeżdżających samochodów. Nie pomyślą, że taki hamujący pojazd, to więcej dymi, więcej smrodu trującego zostawia w  powietrzu. Nie lepiej zaczekać minutę na zmianę świateł? Skrzyżowanie jest oddalone od tych pasów około stu metrów. Ależ ktoś wymyślił. Powinno nie być pasów a  przejście należało zrobić tylko przy skrzyżowaniu – niech chodzą, przynajmniej smrodu będzie mniej i  nerwów mniej, i  spacer dłuższy, dla zdrowia. Tylko, że ja bym nie poszła na około. Nie dałabym rady. Chyba, że z  balkonikiem, ale z  nim chodzę rzadko i  kiedy muszę. Ale to mniej ważne niż ten smród.

Kiedy patrzę na te wypełnione smutkiem twarze młodych, to czasem zdaje mi się, że oni nie myślą, nie czują, niedowidzą i  tylko ciągle gdzieś się śpieszą. Ciekawe, czy jak już zdążą, to chociaż się z  tego cieszą? Czy lecą na łeb na szyję dalej? Niektóre matki z  wózkami chodzą jak gazele. A  może mnie się to tylko zdaje, bo ja chodzę wolno i  z  laską, i  coraz częściej z  balkonikiem? To może mi się zdawać, ale że są smutni, to fakt.

Z parku wróciłam wycieńczona i  długo nie mogłam dojść do siebie. W  fotelu nie zastałam nikogo. Pod wieczór przyszedł Stasio z  żoną i  córkami, była siostrzenica Iza, była sąsiadka z  trzeciego piętra, moja opiekunka Lucyna oczywiście i  każdy o  innej porze. Mam piękne kwiaty, prezenty: skarpety, nowy czajnik elektryczny i  płytę z  piosenkami Marka Grechuty – od Stasia, szal – od siostrzenicy i  perfumy – do Lucynki. Tak naprawdę to woda kwiatowa, ale pachnie ładnie. Wszyscy mi życzyli kolejnych lat w  zdrowiu i  pogodzie ducha. Tylko po co, skoro na mnie czas? Mówię im to szczerze, a  oni, że to niemożliwe, że taki przedwojenny materiał nie zużywa się, i  że mam dobrą kondycję i  tak dalej. Jakbym była zrobiona z  żelaza, albo z  mosiądzu.

Już nie chce mi się. Są rzeczy, do których się zmuszam. Doktórka kazała pić wodę – nie mam pragnienia, więc się zmuszam, trzeba się umyć – Lucyna targa mnie do i  z  wanny – przeżycie traumatyczne (to takie nowe słowo, z  którym zapoznałam się niedawno), ale muszę, bo sama woda kwiatowa nie pomoże. Muszę jeszcze jeść, brać lekarstwa, mierzyć ciśnienie trzy razy dziennie i  zapisywać (ale o  tym zapomnieli, bo nikomu kartki z  zapiskami dawno nie pokazywałam), patrzeć na ludzi na dole (bo co innego mam robić) i  czekać na kostuchę. Zapadł zmrok i  wszyscy sobie poszli. Tej nocy spałam jak dziecko, głęboko i  długo.

Dopiero następnego dnia zrozumiałam, że popełniłam błąd. Podświadomie czekam na swój koniec. Ze strachu byłam niegościnna. Jest też pewne prawdopodobieństwo, że sobie wmawiam, że czekam na kostuchę, która nie podała orientacyjnej choćby pory, swojego przyjścia. Zła baba. Ale takie skrajnie chude szkielety są złośliwe. Mają wyjątkowo małe piersi i  widocznie dlatego są takie zgorzkniałe i  przewrotne. Są przygnębione, bo przecież nikomu wyschnięte na wiór postacie nie mogą się podobać. Mężczyźni patrząc na kobiety, najczęściej myślą o  ich piersiach. Niektórzy poeci je opisują, nieco ukrywając temat, niewątpliwie ze względu na cenzurę. Tak to było kiedyś. Dzisiaj wszystkie sławne panie bezwstydnie pokazują nie tylko piersi, ale i  pośladki. Tuwim napisał, a  Grechuta śpiewał, o  śnie dziewczynki, która wolałaby mieć „pomarańcze” a  nie „mandarynki” – sam wiersz jest trochę inny, ale od razu właściwie skojarzyłam, co miał na myśli. Powinien jeszcze dodać coś o  melonach, ale to nie pasowałoby do rymów. Widocznie nie dodał ze względu na umiar. Aby pokazać całą prawdę o  chłopach, powinien napisać tak:

 

Sen dojrzewającej dziewczynki

mieć pomarańcze, nie mandarynki

lub jak niektóre matrony

duże, jędrne melony.

Na melonach bym skończyła, pomijając inne jesienne warzywa. No tak, a  ta sucha kostucha to nie ma nawet mandarynek – pewnie ma jakieś brukselki, na dodatek sine, podobnie jak cała ona.

Gdyby trochę zaczekała, to dałabym jej serdelka z  buraczkami i  kaszę gryczaną z  sosem. A  po tym niech macha kosą. Jakby się najadła, to by poszło łatwiej. Ale czy taki złośliwiec zrobi coś rozsądnego? Nic innego mi nie pozostaje tylko czekać… Stanę wobec niej z  godnością. Niech tylko sobie nie myśli, że chcę ją częstować, aby odwlec uroczystość. Nakarmiłabym ją suto, aby dodać cherlawej babie sił.

Z zadumy wyrwał mnie Stasio. Przyszedł w  odwiedziny. Rutynowa wizyta, czyli wpadł jak po ogień. Zdjął płaszcz, usiadł w  fotelu i  zapytał o  moje samopoczucie. To nawyk. Powinnam rozpoczynać rozmowę ze swoim siostrzeńcem od słów – czuje się dobrze, bądź też mówić prawdę – czuję się tak, jak by mnie traktor przejechał i  jeszcze wysypał na mnie przyczepę kartofli.

Zrobiłam kawę. Stasio pije z  miodem. To niecodzienne. U  nikogo innego nie spotkałam takiego dziwnego przyzwyczajenia. Kiedyś zapytałam, czemu psuje smak kawy miodem – odpowiedział, że dodaje mu to energii. Tylko po co mu dodatkowa energia? i  tak ma jej aż za dużo. Nie potrafi usiedzieć w  jednym miejscu i  porozmawiać ze starą ciotką, tylko wciąż gdzieś się śpieszy. Dokąd Stasiu się śpieszysz? z  tego pośpiechu, wydaje mi się, że zaraz wzniesie się w  powietrze i  zacznie latać. Wyleci przez okno, po czym przerazi się wysokości i  spadnie. Po co ten pęd? Gdzie czas na przyjemności? Jesteś zdrowy, silny i  sprawny. Powinieneś używać młodości, życia, bawić się a  nie ganiać jak kot z  pęcherzem za pieniędzmi. Starczy ci tyle, co masz. Wyhamuj.

Układam sobie kolejną mowę w  myślach, ale głośno nie odzywam się. Nie chcę, aby mi znowu tłumaczył o  zawiłości pracy, obowiązkach, solidności i  tak dalej. Powinien, chociaż czasami, mieć to wszystko w  nosie. Ale nie ma.

Moje przemyślenia doprowadziły do jednego generalnego wniosku: każdy człowiek dąży do nagrody i  dlatego podejmuje różnorakie działania. Ale nagroda to nie dodatkowa premia, tylko radość z  jej otrzymania. Czasem ktoś człowieka pochwali i  pojawia się premia dodatkowa, przypuszczalnie najcenniejsza. Któż nie lubi być docenionym, jeszcze na dodatek głośno, publicznie, aby inni słyszeli.

Gdyby ci, co tak gnają na wyścigi do sukcesu, tak zwani karierowicze, wiedzieli, że chodzi głównie o  jedną chwilę euforii po osiągnięciu celu, na pewno by trochę zwolnili, albo znaleźli inne radości. Ale oni pędzą na złamanie karku. Stasio mi powiedział, że to nazywa się wyścig szczurów. Jaka wygrana czeka zwycięzcę na końcu tego wyścigu? Sina suchotnica z  kosą i  brukselkami zamiast piersi.

Krytykuję innych, a  sama zapalczywie dążę do zwycięstwa. Codziennie chcę wchodzić na swoje podium. Uda mi się wypróżnić – triumfuję, nie kręci mi się w  głowie – radość, Stasio posiedzi u  mnie dłużej – premia, zjem serdelka z  barszczykiem – spełnienie, świadomość, że kostucha ma piersi niczym brukselki – dodatkowe wyróżnienie.

Codziennie obławiam się niemiłosiernie. Codziennie mam nową kolekcję medali i  pucharów. Gdyby nie reumatyzm i  kłopoty z  chodzeniem, też bym pędziła niczym jakaś wariatka, pukała się w  głowę na pasach, chciała więcej, lepiej, przyjemniej… Tak czy inaczej, kiedy mnie zupełnie nic nie boli to widocznie najwspanialsza nagroda – na tym poprzestanę.

Zapytałam Stasia, czy jest zadowolony z  pracy. Uśmiechnął się i  mruknął coś, a  potem badawczo spojrzał na mnie. Szybko się zreflektował – wie dobrze, że nie lubię takiego traktowania. Wyczuł, że powinien odpowiedzieć a  nie mruknąć…

Powiedział, że w  pracy trzymają go pieniądze. Spędza w  niej pół życia; na zebraniach, w  biurze, w  podróży, u  klientów i  jeden Bóg wie jeszcze na jakich konferencjach i  wystawach. Za pieniądze. Ma satysfakcję, jeśli wygra przetarg, podpisze umowę, dostanie premię, a  może i  dyplom, ale to nie jego prawdziwe życie. Wartości materialne są ważne, bo to zabezpieczenie dla rodziny. Obowiązek mężczyzny. No tak. On tyra, a  reszta ma to w  nosie. Moje stare uszy nie słyszały słów uznania ze strony dzieci i  żony Stasia. Tak, tak, wiemy, że bywa przemęczony i  zaraz dodają, że dzięki niemu mają to i  tamto, wakacje za granicą, modne ciuchy, duże mieszkanie w  dobrej dzielnicy. Ale tak naprawdę to zachowują się tak, jakby im się to należało. Trzeba mieć nadzieję, że kiedyś docenią, gdy pójdą na swoje i  będą same musiały się starać. Chyba, że Stasio będzie im pomagał. Byłby głupi. Nie nauczy ich niczego takim postępowaniem.

Stasio powinien robić to, do czego czuje powołanie. Mówi, że rzecz jasna by mógł, ale jako naukowiec nie zarobiłby na utrzymanie. Nic z  tego nie rozumiem; naukowcy to ludzie bez potrzeb, bądź też w  rodzinie mojego siostrzeńca po prostu się przelewa. Oj, będzie z  tego nieszczęście, chociaż nie wiem jeszcze jakie.

Szkieletowa baba z  kosą zapewne zabłądziła. Wyglądam jej i  czekam. Coraz to nowe myśli przychodzą mi do głowy. Jestem zmęczona tym wyczekiwaniem. Niech ją diabli. Ale jak ją diabli wezmą, to wtedy nie przyjdzie. To byłoby prawdziwy dramat. Muszę być cierpliwa. Żaden diabeł nie skusi się na taką suchą kostuchę.

 

NOWICKA

Jestem Nowicka

Mam dwa imiona, ale nikt ich nie używa. Wszyscy zwracają się do mnie Nowicka. Tak właśnie się nazywam. Jestem o  kilka lat starsza od swojej szwagierki Aliny. Nie wyglądam na swoje lata i  ludzie myślą, że jestem dużo od niej młodsza. Dobrze się prezentuję. Od mojego wieku odejmują dekadę, albo i  więcej, a  to dlatego, że potrafię o  siebie zadbać. W  przeciwieństwie do Aliny, stosuję dobre kosmetyki, chodzę do fryzjera, codziennie rano gimnastykuję się, i  co najważniejsze, nie pochłaniam garściami leków. Kiedyś zastanawiałam się, dlaczego jesteśmy tak różne. Wychowane w  tym samym robotniczym środowisku, w  tej samej epoce, mieszkałyśmy na tej samej ulicy i  przebywałyśmy bardzo często razem.

Alina to nerwowa kobieta. Podchodzi do życia zbyt emocjonalnie. Jej nazbyt rozbudowana fantazja, rzeczy proste i  mało ważne przetwarza na barwne i  skomplikowane do granic absurdu, jakby miały decydować o  życiu lub śmierci.

Po mnie rzeczy mało istotne, spływają jak przysłowiowa woda po rynnie.

Różnimy się charakterami, wykształceniem i  w  związku z  tym również i  światopoglądem. Ja miałam więcej szczęścia. Po ukończeniu sześciu klas, dostałam edukacyjny zasiłek i  zdobyłam średnie wykształcenie. Mam przedwojenną maturę, a  to ma swoją wartość.

To, co ja zapełniłam wiedzą, Alina wyobraźnią. Za młodu często wracałyśmy o  zmroku do swoich domów. Alina wyobrażała sobie, że goni ją jakiś bliżej nieokreślony potwór i  nie oglądając się za siebie biegła ile sił w  nogach. Ja też się nieco bałam ciemności, ale szłam powoli, zatrzymywałam się, nasłuchiwałam, oglądałam za siebie. W  ręku trzymałam ostro zakończony kij.

Niewiele rzeczy potrafi mnie rozdrażnić. Wyjątek stanowi ruch uliczny. Teraz, to i  w  Borowicach prawie każdy ma dziś pojazd mechaniczny. Najbardziej popularne są małe, tanie jednoślady. Samochody, owszem, to znak zamożności, ale najczęściej się widzi hałaśliwe skuterki. Jedzie taki i  nie patrzy. Często jedzie dwóch, i  każdy z  innej strony, to jest jeszcze gorzej. Na własne oczy widziałam, jak Miąsko, zwany potocznie Pocztarkiem, z  pełną torbą listów i  emerytur, bo to był dzień wypłaty, dosiadł swój motorower, nowy nabytek poczty. Z  drugiej strony jechał Kaźmirek, dawniejszy milicjant, a  w  dniu incydentu policjant-emeryt. Starszy już człowiek, bez wątpienia niedowidzący, wjechał prosto na Pocztarka. Ten, aby uniknąć zderzenia, przechylił się na bok i  ciężka torba ściągnęła go do rowu, w  którym ostatecznie spotkali się obaj.

Widok niesamowity: na trawie leży listonosz, obok Kaźmirek, ryczące silniki, kręcące się koła przewróconych maszyn, otwarta torba, rozsypane listy i  pieniądze, i  chmura spalin nad tym wszystkim.

Miąsko miewał już takie przygody, gdy zabawił za długo w  knajpce, ale wcześniej jeździł rowerem i  lokalna społeczność przyzwyczaiła się do niegroźnych incydentów. Kaźmirek od zawsze używał skutera.

Rozwój motoryzacji doprowadził do sytuacji niebezpiecznych, niepotrzebnych i  naraża ludzi na wypadki drogowe. A  najgorsze jest to, że tego nie da się zatrzymać. To nie są ułatwienia dla ludzi, a  wręcz przeciwnie, to ludzie stają się podrzędni, podporządkowani postępowi.

Alina jednakże ma inne zdanie na ten temat. Postęp podoba jej się. Myślę, że gdyby była młodsza, to by sobie zrobiła kolczyk w  pępku i  kilka kolorowych tatuaży. Wszystko przez jej chorą wyobraźnię.

 

 

ALINA

Czasy młodości

Zebrało mi się na wspomnienia. Ciągle mnie na nie zbiera. Za dużo mam wolnego czasu, a  czekanie się dłuży. Czekam, aż Stasio przyjdzie, aż przyjdzie moja opiekunka, czasami któraś z  córek Stasia, ale one odwiedzają mnie rzadko, sąsiadka, gdy zabraknie jej soli albo jajka, i  poczta, i  emerytura. Właściwie z  poczty ostatnio, to tylko emerytura. Pocztarek od dawna już nic innego mi nie przynosi. Jakiś czas temu pisała do mnie moja jedyna pozostała przy życiu przyjaciółka Nowicka, ale ostatnio i  ona zamilkła.

Wszystko przez system ogrzewania. Obiecała zapisać, a  może to zrobiła, tylko się nie przyznaje, swój dom wnukowi, który od razu zabrał się za remont. Dom ma całkiem przyzwoity, murowany, z  czterospadowym dachem a  w  nim kuchnia, dwa pokoje i  łazienka. Luksus. Młodzieniec rozebrał piękny kaflowy piec i  całą kuchnię. Oczywiście szukał czegoś ukrytego w  kominie, tylko Regina udaje, że nie wie o  co chodzi. Regina to imię Nowickiej i  choć rzadko jest używane, to o  czerwcowych imieninach trzeba pamiętać. Szwagierka nieraz opowiadała o  biżuterii, którą jej matka schowała, jak wchodzili Niemcy w  czasie wojny. Zaraz po wojnie kobieta oszalała i  zupełnie straciła pamięć. Kosztowności nikt nie znalazł, chociaż po wyzwoleniu przekopano cały ogródek, pozrywano progi i  część podłogi. Przeszukano dokładnie cały dom, ale zapewne nikt nie zajrzał do pieca, kuchni i  komina. Nawet się nie dziwię, że strapiona kobieta wszystkim opowiadała przeróżne historie. Człowiek, który jest sam niczym palec i  raptem ma okazję porozmawiać, to nie myśli co mówi i  może zdradzić rodzinne tajemnice. Tym bardziej wnukowi.

W każdym razie wnuk rozebrał obydwa kaflowe urządzenia, po czym jakoś nie zdążył ich odbudować. Nie miał czasu. Jak co dzień zalatany. Spraw do załatwienia za dużo. Przyszła jesień, po niej zima, a  grzewczych sprzętów nie ma. No i  Nowicka całą zimę paliła w  ścianie, bezpośrednio w  kominie. Węgla zużyła dwa razy więcej niż zwykle, a  ciepło i  tak uciekało w  powietrze. Tej zimy odmroziła palce u  rąk i  nie mogła pisać. O  wszystkim dowiedziałam się z  listu, który podyktowała sąsiadce. Ja, zgodnie ze swoim zwyczajem nie odpisałam na czas i  tak się skończyło. Wyślę jej kartkę na imieniny, to będzie szansa, że się odezwie.

Zaprzyjaźniłyśmy się zaraz po moim ślubie z  Kazikiem. W  dzieciństwie byłyśmy koleżankami, ale później, to jej wręcz nie lubiłam. Wydawała mi się taka gnuśna i  wszechwiedząca. Innych miała za nic. Niedługo potem okazało się, że wcale taka nie była. Źle ją oceniłam…

Wspomnienia są jak film. Zwykłe kiedyś wydarzenia dziś wydają się sensacją.

Kazik starał się o  moje względy, ale ja nie myślałam o  zamążpójściu. Byłam za młoda. Pewnego dnia nadużył alkoholu (kiedyś mówiło się, że się schlał) i  narozrabiał, a  ja, choć może wydawać się to dziwne, wtedy właśnie zmieniłam zdanie. Na dodatek spił się w  naszym domu. Przez wiele lat myślałam, że się spił ze względu na to, że go odrzuciłam. Tak mi zresztą powiedział. Jaka była prawda nie wiem do dziś i  już nie chcę wiedzieć.

Była wojna. Rok 1940. Niemcy wprowadzili swoje rządy i  wraz z  nimi same zakazy. Moi rodzice chowali świnie i  mieli krowę – wszystko musiało być odstawiane do niemieckiego skupu i  robotnik dostawał z  tego tylko nędzne resztki. Z  cukrowni były wytłoki, zwane przez niektórych wysłodkami, z  leżących odłogiem peryferii miasteczka można było ścinać pokrzywy i  inne rośliny, każdy miał kilka redlin kartofli i  nieco warzyw na polu należącym do fabryki. I  tak się żyło. Biednie, ale nikt nie umierał z  głodu. Każdy robotnik miał obowiązek chowu świń i  krowy. Niemcy potrzebowali dużo jedzenia dla wojska.

Mój tata – Franek nie chował jednak czterech świń, na co pozwalał okupant, ale pięć. Tą dodatkową trzymał pod krowim żłobem. Na początku wojny kontrole w  obórkach były rzadkie i  pobieżne, i  była duża szansa na konspiracyjne dochowanie świniaka do wagi ponad sto kilogramów. Kiedy zwierzak był odpowiednio utuczony, tata zapraszał Kazika do siebie. Lubił go, wiedział, że może liczyć na dyskrecję, a  ponadto Kazik był silny i  sprytny, co dodatkowo miało pomóc w  uśmierceniu zwierzęcia.

Pan Franek (tak większość znajomych nazywała tatę) zakładał świni pętlę z  rzemienia i  wkładał w  nią drewienko, po czym za jego pomocą skręcał rzemień na gardle tucznika. Tata blokował w  ten sposób wydawanie dźwięków, a  Kazik wchodził do akcji i  świniak oddawał życie bez kwiknięcia. Później mięso do domu zwozili na wózku, przykryte drewnem na opał. W  tamtym czasie ryzyko było mniejsze niż po 1943, i  w  przypadku wpadki, prawdopodobnie nie zostaliby rozstrzelani, ale do obozu by ich zabrali, co do tego nie ma dwóch zdań. Oni jednak nie przejmowali się ryzykiem. Jakoś mało mieli w  mózgach komórek strachu. Przez okres okupacji ponad dziesięć świńskich istnień zaciążyło na ich sumieniu.

Zwykle po świniobiciu było smażone mięso i  bimber. Kazik pracował jako maszynista kolejki wąskotorowej, łączącej cukrownie w  różnych miejscach na Mazowszu. Niemcy zlecali ładunki w  akordzie – jeśli skład przewiózł w  miesiącu dwadzieścia procent ponad normę, dawali premię w  postaci deputatu, a  kartki na jedzenie to był skarb największy. Kazik podobno podkręcał parę i  zamiast przepisowych szesnastu wagonów, doczepiał ponad dwadzieścia. Mówili mu, że kocioł eksploduje, ale on odpowiadał, że to tylko wskaźnik ma źle namalowaną czerwoną kreskę, ewentualnie, że wskazówka się obluzowała i  spada na drugą stronę. Na wsiach handlował cukrem, bimbrem, chlebem, wędlinami, węglem i  czym tylko się dało.

Kazik był więc świetnym kandydatem na męża, zaradny i  wprawiony w  szmuglowaniu, najlepszy do pomocy w  zamęczeniu świniaka.

Na wycieraczkę sąsiadów Niemców, którzy niedojadali, ponieważ mieli małej wartości reglamentowane kartki, mama kładła pakunek z  mięsem i  słoniną, i  pukała do drzwi. Wówczas oni zamykali korytarz na klucz (my klucza nie mieliśmy) i  można było smażyć i  popijać. Zapachy zostawały wśród swoich.

Tamtego dnia z  piciem przesadzili i  Kazik chwiejnym krokiem poszedł do cukrowni, by dostać się do parowozu. Zaraz starł się z  jakimś Niemcem i  trafił do aresztu. Miał szczęście, bo brakowało maszynistów – zabrali mu połowę wypłaty i  na takiej karze się skończyło. On siedział pod kluczem, a  mnie różne myśli przychodziły do głowy. Wyobraźnia to potężna maszyna, a  moja ma co najmniej ze trzy silniki: jeden na benzynę, drugi parowy i  trzeci na prąd. Wówczas wszystkie się włączyły i  już widziałam Kazika w  obozie koncentracyjnym pod murem, albo powieszonego. Myślałam o  nim bezustannie i  tym sposobem zakochałam się. W  tym samym czasie polubiłam Nowicką i  częściej zaczęłam ją odwiedzać. A  wszystko przez świniaka.

Wierzę w  przeznaczenie. Kazik był mi przeznaczony i  Nowicka też. Teraz ludzie kpią sobie z  przeznaczenia. Może tylko tak mówią, a  po cichu chodzą do wróżek. Kiedyś wyczytałam w  jakiejś gazecie, że oficjalnie zarejestrowanych jest kilka tysięcy przepowiadaczy przyszłości. W  całym kraju ludzie na wróżbitów wydają tyle to a  tyle pieniędzy. Nie pamiętam dokładnie ile, ale było tam sporo zer – duża suma. Sąsiadka z  dołu chodzi do wróża – to taka wróżka chłop. Ponoć lepiej, jeśli kobieta chodzi do wróża, niż do wróżki. Nie znam się na tym i  nic mi po takiej wiedzy. Ten wróż zobaczył jej wspaniałe przeznaczenie. W  szklanej kuli czy w  kartach. Zobaczył to jedno, ale po co jej to wszystko wyjawił? Powiedziała mi, że ów wróż to takie medium, które odczytuje przyszłość. Musi być bardzo skromy, bo tak sobie myślę, że gdyby nie był, to by zobaczył jakie będą liczby w  totka i  skreśliłby odpowiednie, w  dniu kumulacji. Nie musiałby się męczyć z  takimi klientkami jak moja sąsiadka z  dołu. Trochę chłopu współczuję, bo zdaję sobie sprawę, jaka potrafi być męcząca. Zwykle małomówna w  miejscach publicznych, wyniosła i  jakby z  innego świata. Od razu czuć, że nieprzyjemna. Niby czasem się wypowiada, ale to raczej suche stwierdzanie faktów wszechwiedzącej mądrali. Za to przez podłogę dochodziły mnie często złożone, zawierające niecenzuralne słowa, zdania. Taki specyficzny dialog z  małżonkiem.

Wróż wywróżył, że mąż sąsiadki, także osoba na stanowisku, ma na boku kochankę i  zazdrosna kobieta zaczęła go szpiegować. On do biura, ona do sąsiedniego budynku. On w  delegację, ona za nim, on na zebranie, ona za nim, on do pubu obejrzeć mecz, ona do pobliskiej kawiarni. Aż w  końcu znalazła tą, która ją zastępowała. Prawie się nie kłócili. On powiedział, że ma jej dosyć, ona, że chce rozwodu, coś tam wspólnie ustalili i  to był koniec. To na pewno dlatego, że taka nadęta. Nie wytrzymał – jestem przekonana, że nowa kobieta tego dyrektora jest skromna, małomówna i  woli milczeć niż dogadywać, a  może to nawet niemowa.

Widziałam film o  afrykańskiej wiosce, gdzie jeden czarnoskóry tubylec życzył drugiemu powodzenia na polowaniu i  niegadatliwej żony. Coś to znaczy…

Ale to nie koniec. Ten wróż, z  pewnością dlatego, by nie stracić klientki, przepowiedział mojej sąsiadce, że spotka swojego mężczyznę na resztę życia. Księcia z  bajki. Kobieta zaczęła więc rozglądać się. Robiła to przez kolejne cztery lata i  nic. Wróż jej podpowiadał raz na miesiąc co ma robić, a  ona skrupulatnie wykonywała jego polecenia, ale jakoś bezskutecznie. Z  tego co wiem, chodziła do kina, do parku na spacery i  na mecze piłki nożnej, jeździła na wczasy i  Bóg jeden wie, gdzie jeszcze i  nic. Nic. W  głowie się babie poprzewracało. Jeszcze trochę i  zamieniłaby wróża na psychoanalityka, bądź trafiłaby na leczenie w  zakładzie zamkniętym.

Wiedziałam, co powinna była zrobić, ale jej tego głośno nie mówiłam. Powinna pójść na zebranie głuchych – tam znalazłaby chłopa, który przetrzymałby jej terkotanie.

Staram się nie być złośliwa, ale nie wytrzymałam, słysząc któregoś dnia relację z  seansu u  wróża. Nie wiem, dlaczego otworzyła się przede mną. Może lepiej opowiedzieć swoje troski staruszce niż gadać do ściany? Ostatecznie nawiązałam do tematu przepowiadania. Powołując się na moje długoletnie doświadczenie życiowe, stwierdziłam, że to zapewne sam wróż jest nią zainteresowany, ale jako człowiek skromny (czego dowodem jest przecież fakt, że nie wygrał w  totka) nie chce się narzucać i  że to ona powinna wyjść z  inicjatywą. To miała być taka moja mała zemsta. A  ona mnie widać posłuchała, bo kilka dni temu widziałam ją w  towarzystwie mężczyzny, całkiem niczego sobie, w  czarnym kapeluszu i  długim płaszczu – wyglądał na wróża. Pomyślałam, że zapytam go o  tego totka, ale zaraz się zawstydziłam. Krok nad grobem, co ja bym zrobiła z  taką kupą pieniędzy? Mogłabym dać Stasiowi, ale on więcej nie potrzebuje. Jakby miał więcej, to jakieś głupoty mogłyby mu przyjść do głowy.

Dobrze powspominać stare dzieje. Zaraz przed wojną moja mama urodziła Marysię. Za okupacji narobiła nam kłopotów. Miała ze trzy lata, kiedy nie zdążyła do ubikacji i  z  konieczności załatwiła się w  ogródku, pod krzakiem jaśminu. Na nasze nieszczęście zobaczył to Niemiec i  zgłosił na posterunek. Dostaliśmy mandat i  mama musiała posprzątać. Kilka dni później zabrali naszego brata Henia na roboty do Prus. Marysia przez wiele lat myślała, że to przez nią. Nie pomagały tłumaczenia. Całe szczęście po wojnie Henio wrócił cały i  zdrowy. Na obczyźnie nauczył się pracy w  gospodarstwie, orać i  kosić kosą, ale do niczego mu się to nie przydało. Po wojnie skończył szkoły i  był inżynierem od mostów i  dróg. Ale zanim skończył szkoły, lubił się zabawić. Razem ze swoim przyjacielem Piotrem chodzili na wszystkie wiejskie zabawy. Henio był niewysoki i  raczej pulchny. Piotr zaś wysoki i  barczysty niczym niedźwiedź, a  przy tym miał pogodne usposobienie. Każda obca wioska to było dla nich nowe wyzwanie, tak mówił Henio. Trochę wypił, a  potem potrafił dogadać. Tamci, z  obcej wsi też byli wstawieni i  utarczka gotowa. Henio, raczej niepozorny, więc na pozór łatwy cel. Miał wszakże sporo siły i  duży spryt. Później dopiero przyłączał się Piotr. Współdziałanie to bardzo ważna rzecz.

Raz tylko mieli pecha. Strażacy, którzy organizowali zabawę, rzucili się na nich, po czym odwieźli ich na nasz posterunek. Usłyszałam silnik motoroweru i  zaraz wiedziałam, że przyjechał posterunkowy Kaźmirek. Po długim wstępie, ogródkami wyjaśnił, że Henio znajduje się na posterunku i  trzeba go stamtąd zabrać, bo żadna władza nie przewidziała, że w  takim spokojnym miasteczku jak nasze będzie zatrzymanie. A  mówiąc wprost, nie ma racji żywnościowych dla aresztowanych. Mama zaofiarowała się przynosić trzy posiłki dziennie, ale Kaźmirek nie zgodził się. Jakby się coś stało, na przykład zatrucie czy biegunka, to on za wszystko odpowiada. Ponadto, teraz Henio śpi i  pozostaje w  stanie, jak to ładnie nazwał, „pod wpływem”. Pan Franek bez słowa wziął wózek, na którym za okupacji wozili świniaki i  pojechał po Henia. Aby zapobiec plotkom, powinien był nakryć Henia drewkami, tak jak tuszę za okupacji, ale on go przewiózł bez żadnego nakrycia. Ludzie, na całe szczęście nie gadali potem za długo. W  następnym dniu ojciec nauczyciela Janickiego pobił się z  sąsiadem. Obydwaj po siedemdziesiątce i  obydwaj do gipsu – złamana ręka, żebro i  noga. Ludzie mieli nowy plotkarski temat do momentu następnego wydarzenia w  miasteczku. Ale już nie pamiętam jakie było kolejne, tak dużo się dawniej działo.

Marysia to mama Stasia. Była nauczycielką. Zmarła na raka płuc przeżywszy nieco ponad sześćdziesiąt lat. Paliła za dużo papierosów. Ciągle paliła. Podobno to ją uspokajało po szkolnym harmidrze. Uspokoiło ją w  końcu na amen. Nie będę jej wspominać. Za dużo emocji na jeden dzień.

 

NOWICKA

Czasy młodości

Tyle już lat i  tyle wydarzeń za mną. Nie przesiaduję w  fotelu i  nie wracam pamięcią do tego, co było. Życie przede mną. Może to kilka lat, może kilka miesięcy, ewentualnie dni, ale to jednak jakaś przyszłość. Żyję chwilą i  tym, co mam zrobić tu i  teraz. Mam swoje obowiązki i  muszę zadbać o  siebie. To mnie trzyma przy życiu.

Są historie z  przeszłości, które same się przypominają. Po prostu, włącza się film dokumentalny. Film ma swój koniec i  tyle. Bez komentarza.

Podczas wojny, kiedy Pan Franek z  Kazikiem urządzali świniobicie, Alina była cała rozpromieniona. Wszyscy ryzykowali życie, a  ona promieniała. Od razu można było po niej poznać, że coś się dzieje. Często brałam ją do siebie i  siedziałyśmy w  milczeniu, aż do końca całej tej tajnej operacji. Obydwie byłyśmy w  strachu. Ona pełna emocji, a  ja trzeźwej kalkulacji. Ona bała się całą sobą, ja zastanawiałam się, czy wszystko mam zabezpieczone i  szukałam wyjść awaryjnych w  przypadku wpadki. I  myślałam sobie, że jeżeli przyjdą po nas żandarmi, to będziemy się bronić. Odkrycie świniobicia to pewne dla nas wszystkich aresztowanie. Czekałaby nas powolna śmierć w  obozie koncentracyjnym, albo i  rozstrzelanie. Alina, chociaż teoretycznie wiedziała jakie mogą być konsekwencje, nie zdawała sobie sprawy z  powagi sytuacji. Zachowała się zgodnie ze swoją naturą, a  jej emocje wynikały z  wrodzonej tendencji do przejmowania się wszystkim. Gdyby dotarło do niej, co nam grozi, to natychmiast by zemdlała.

Po wybuchu wojny mój ojciec wyrzucił pistolet Kazika. Wyjął go z  bieliźniarki i  szczotką przesunął na szufelkę, po czym wrzucił do studni. Ale pistolet zatrzymał się między kamieniami cembrowiny. Przez całą okupację trzymałam go w  skrytce za piecem i  w  razie konieczności, byłam zdecydowana go użyć.

Usłyszałam pukanie do drzwi, a  potem głos. Obydwie zdrętwiałyśmy. Głos mówił coś po niemiecku. W  pierwszym odruchu rzuciłam się w  stronę pieca, ale zanim do niego dotarłam, drzwi otworzyły się i  stanęło w  nich dwóch mężczyzn w  szarych mundurach.

Byłam na siebie zła, że nie zdążyłam do schowka, ale potem wręcz zadowolona, gdy okazało się, że to zwykłe sprawdzenie stanu naszych wychodków. Szalet był zabezpieczony, aby fekalia nie mogły się wydostawać za zewnątrz, było i  wapno do posypywania nieczystości. Niemcy z  uznaniem pokiwali głowami i  sobie poszli. My zaś nadal siedziałyśmy w  milczeniu. Alina trawiąc swój emocjonalny strach, ja analizując sens posiadania pistoletu. Jak silne musiały być moje ukryte emocje, że przesłoniły świadomość. Gdybym zdążyła sięgnąć po broń i  dwa razy pociągnąć za spust, i  na dodatek, jeśli nikt by nie zwrócił uwagi na huk wystrzałów, to co mogłabym zrobić z  trupami? Na dodatek miałabym na sumieniu dwóch ludzi. Spontaniczność nie zawsze wychodzi na zdrowie. Takie zachowanie jest typowe dla Aliny, ale nie dla mnie. W  stanach silnego stresu człowiek częstokroć reaguje odwrotnie do swojej natury. I  na to trzeba uważać.

Mój wnuk zaczął remont domku, w  którym mieszkam. Udawałam zdziwienie, że zaczął od kuchni i  pieca, bo były w  dobrym stanie. Nie zareagował. Odkuwał kafel po kaflu i  zostawił mnie z  tym kłopotem na zimę. Aby przetrwać, musiałam się nieźle napracować. Po sześciu miesiącach przyszły cieplejsze dni i  poczułam się dużo silniejsza, jakby odmłodzona. Przeszła mi złość na wnuka.

 

ALINA

Wisła, rzeka wspaniała

Mało jest na świecie rzeczy tak wspaniałych jak nasza Wisła. Szeroka, z  piaszczystymi plażami i  ogromną wyspą pośrodku. Ta wyspa to długa na kilka kilometrów Kępa. Dawniej były tam dwa, albo i  trzy gospodarstwa rolne, ale po zbudowaniu tamy, wody przybyło i  gospodarzy wysiedlono. Pozostały tylko ruiny.

Mieszkańcy naszego miasteczka spędzali całe dnie nad rzeką. Dzieci chodziły tam z  rodzicami, albo z  dziadkami, bo z  Wisłą nie ma żartów. Z  dnia na dzień piaszczyste dno może się zmienić. Tu, gdzie dzisiaj znajduje się płycizna, jutro może być dół, są wiry i  różne prądy. Dawno nikt się nie utopił, ale to dzięki temu, że wszyscy czują do rzeki respekt.

Ostatnią ofiarą wody był znajomy Joego, niejaki Urban. Nikt nie wie, dlaczego Joe to Joe. Ktoś go tak nazwał i  tak zostało. Przyczepiło się do niego na zawsze. Wszyscy wiedzą, kto to jest i  wystarczy. Urban mieszkał na Kępie. Pewnego dnia, a  było to ładnych kilka lat po wojnie, postanowił kupić radio. W  wyborze pomagał mu Joe, chociaż kiedy sobie przypomnę tamte dni, to chyba dużego wyboru co do modelu nie było. Nowy zakup tradycyjnie trzeba było oblać. Na tym oblewaniu zeszło im do zmroku. Wsiedli do łódki i  Urban podobno zajął miejsce na ławce z  przodu a  Joe wziął się za wiosłowanie, siedząc tyłem do swojego kompana. Urban być może lepiej by wiosłował, ale z  pewnością wolał chronić radio przed zamoczeniem. Przywiązał je sobie sznurkiem do ręki, by mieć pewność, że nie zaginie. Na domiar złego pojawiła się gęsta mgła. Często tak się zdarza, że nieszczęścia chodzą parami. Kiedy już coś się stanie, to zły dokłada swoje. To dlatego, że człowiek się denerwuje, złości, otwiera swoją duszę na wszystkie demony i  one tam robią bałagan i  zsyłają kolejne nieszczęścia, jakby jednego było mało. Ale jak tu się nie zdenerwować, gdy z  natury nadpobudliwy Joe musiał płynąć, będąc „w stanie wskazującym na poważny” i  na dodatek we mgle. Śpieszył się, aby podłączyć odbiornik i  wypić z  tej okazji kilka głębszych. Rozdrażnił się samym dulkowaniem, tym przeraźliwym skrzypieniem, a  złe zesłało mgłę? Nie wiadomo. Gdy łódka szurnęła o  piasek Kępy, a  zawsze szura rozpędzona, hamując na piasku, na pokładzie był tylko Joe. Wytłumaczył ponoć później Kaźmirkowi na komendzie, że Urban wysiadł po drodze, na dodatek razem z  radiem. Wypadł bądź wysiadł, kto go tam wie. Na pewno razem z  radiem, bowiem odbiornika w  łódce nie odnaleziono. Ludzie szybko przywiązują się do rzeczy. Urban od pierwszej minuty posiadania, był związany sznurkiem ze swoim nowym, wspaniałym, lśniącym lakierem na wysoki połysk radiem. Jedyne co zostało w  łódce to rzodkiewka, zresztą przekrojona na pół. Służyła do wąchania po każdym większym hauście wódki. Nie straciła zapachu i  mogła jeszcze służyć przy oblewaniu podłączonego urządzenia. Opowiadanie Kaźmirka długo krążyło w  naszym miasteczku, spychając inne wydarzenia na dalszy plan.

Nad tą groźną Wisłę chodził w  każdy słoneczny, letni dzień, chociaż to było dużo później, Stasio. Baliśmy się o  jego bezpieczeństwo i  wysyłaliśmy do opieki tatę. Pan Franek, choć był raczej wątłej budowy ciała, miał siłę. Jako pomocnik kowala musiał ją mieć. Nie umiał jednakże pływać. Sama nie wiem, czemu mama go wysyłała. Zapewne, żeby Stasio nie pływał tam, gdzie krążyły wiry. W  każdym razie opieka była skuteczna.

Zamykam oczy i  przypominam sobie nadwiślańskie plaże. Czuję przechodzące po całym ciele ciarki. Jakby stado pcheł ścigało się od karku do lędźwi. Później się otrząsam.

Piasek znad Wisły przypomina plażę nad jakąś rzeką w  Amazonii. Ostatnio oglądałam taki film, nakręcony kilkadziesiąt lat temu, o  plemieniu żyjącym w  tropikalnym lesie, bez żadnego kontaktu z  cywilizacją. Chodzą nago. Na ekranie na miejscu męskich i  żeńskich narządów płciowych był zamazany obraz – ciekawe dlaczego? Skoro chodzą i  widzą wzajemnie swoją nagość, to czemu widz tego zobaczyć nie może? Mamy taką zakłamaną kulturę i  wynikające z  niej durne normy moralne. Tubylcy budują chaty bez ścian, bo nie wstydzą się tego, co robią. Wojownik, który upoluje zwierzynę, rozdziela mięso dla wszystkich po równo. Czasami ktoś się obraża, gdy dostanie gorszy kawałek od innych, albo tak myśli, choć kawałek nie jest ani mniejszy, ani gorszy. Poszkodowany co najwyżej robi się smutny i  nic więcej. Zaraz kilka gołych kobiet idzie do hamaka i  łaskoczą obrażonego i  on zaraz przestaje się dąsać. Taka naturalna metoda na męski foch.

Ci ludzie nie skosztowali owocu z  drzewa wiadomości i  nie wiedzą, co to grzech. Ale dlaczego ich też wypędzili z  raju? a  może właśnie w  raju mieszkają? Nie będę się nad tym zastanawiała, bo jeszcze głowa mnie rozboli…

A jakby tak wpuścić do tej wioski, odarłszy uprzednio z  odzienia ludzi z  cywilizacji i  nauczyć ich polować i  łowić ryby? Zaraz pojawiłyby się układy, urzędy, przepisy. Potem podatki, a  na dodatek i  prawo pierwszej nocy. Za tym idzie tylko przestępczość, kara, i  na koniec kara śmierci. Porządek musi być. Po kilku miesiącach autochtoni już by nie byli nadzy i  beztroscy. Staliby się ucywilizowani.

Człowiek powstaje i  rozwija się na podstawie zapisu z  genów. Tak mówi Stasio i  to prawda. Czytane są specjalne kody, bo wszystko zostało pochowane i  zaszyfrowane. Ma być odkrywaną przez naturę tajemnicą. Podobnie jak rozkaz na wojnie, który musi być niedostępny dla szpiega.

Istnieje spore prawdopodobieństwo, że istnieje gen odpowiedzialny za głupotę i  za pychę, z  której wynikają wszystkie nieszczęścia. Jak wszystkie inne jest dobrze ukryty. Wierzę, że kiedyś ktoś tajemnicę dziedziczenia zbada. Najpierw zbada, a  później najpewniej wybierze to, co najlepsze i  zaraz sobie wszczepi, aby mieć przewagę nad innymi ludźmi.

Nikt nie wie, jakie to były te zakazane owoce wiedzy, które rosły w  raju. Przedstawiane są często jako jabłka, ale jabłka nie dają wiedzy. Artyści nie mając pojęcia o  wyglądzie rajskich owoców, malowali jabłka i  tyle. A  ja dobrze wiem, te owoce musiały być podobne do genu. Do takiego, który daje pychę. Mniejszy gen sprawia pojawienie się mniejszej pychy, większy, większej. W  raju, gdzie zawsze był urodzaj, rosły duże.

Będę musiała zapytać Stasia, jak wygląda gen, to i  będę wiedziała, jak wyglądały zakazane rajskie owoce.

Najpierw pomyślałam, że to zapiszę, aby nie zapomnieć. Zapisałam. Zaraz po tym zamazałam. Co to by było, gdybym nagle umarła, a  ktoś by przyszedł do mojego mieszkania i  zobaczył, że chcę pytać Stasia jak wygląda gen, bo takie właśnie były zakazane owoce w  raju. Pomyślałby, że przed śmiercią zwariowałam. A  ja na umyśle czuję się dobrze, rozum mam w  porządku. Gorzej tylko z  ciałem.

Patrzę w  lustro. Oglądam swoją bladą twarz, fałdki pomarszczonej skóry i  zapadnięte policzki. Czoło otoczone rzadkimi, siwymi włosami i  duże uszy. Ludziom na starość rosną uszy. Są swoistą metryką. Czym dłuższe, tym starsze. Jedno tylko nie pasuje. Moje oczy. Jakoby można w  nich dostrzec blask. Stasio mówi, że to iskierka rozrabiaki. Słabo widzę i  nie rozróżniam już błysków, blasków, iskierek i  całej reszty. Ilekroć idę do łazienki, widzę tylko starą, pooraną bruzdami twarz. Pomyślałam sobie kiedyś, że pomaluję sobie szminką usta, i  wtedy nie będę straszyć swoim widokiem. Taka brzydka jestem teraz. I  po co nadal mnie tu Boże trzymasz? Na co Ci się mogę przydać? Taka stara i  niedołężna. Ale skoro mnie stąd nie zabierasz, to musi być dość ważny powód. Może chodzi o  ten gen, który mają wszyscy cywilizowani ludzie? Czyżby mój był jakiś wyjątkowy? i  o to, że za mało staram się być pokorna i  w  sercu chowam mściwość? „Dnem mojej duszy jest pierwotna mściwość, a  moim herbem jest soczysta larwa” – to z  wiersza i  z  piosenki. „Hop szklankę piwa, hop”. Ale ja piwa nie mogę. Mam po nim gazy. Gdybym mogła, to bym piła. Doktórka zaleciła mi pić butelkę wody dziennie. Mogłabym zamiast wody popijać piwo. Do tego z  pewnością nie musiałabym się zmuszać.

 

NOWICKA

Wisła, rzeka wspaniała

Plotki, jakie pojawiły się po zaginięciu mężczyzny z  radiem przysłoniły wszystkie inne wydarzenia. Po kilku dniach znaleziono ciało topielca. Bez odbiornika. Ludzie mówią, że jeszcze było od niego czuć wódkę. Wymyślają bzdury, powtarzają je i  w  końcu sami w  to wierzą.

Joe wyjechał. Nie mógł pokazać się na ulicy, a  tym bardziej na rogu dwóch ulic. Głównej, prowadzącej do cukrowni i  bocznej, ale również wyasfaltowanej, wiodącej do osiedli robotniczych. Miejsce to, zwane Winklem albo Rogiem, oblegane było przez mężczyzn, którzy zajmowali się wyłącznie plotkowaniem.

Zagadaliby go na śmierć, więc za radą Kaźmirka wyjechał. Ponoć któryś z  rybaków przewiózł go łódką w  górę rzeki, do rodziny mieszkającej po drugiej stronie Wisły.

W tych dniach nie zazdrościłam Joemu. Prosty człowiek, uczciwy i  pracowity. Śmiem twierdzić, że wszyscy w  okolicy go lubili. Aż do owego krytycznego dnia. Początkowo mieszkańcy miasteczka go żałowali. Miał pecha i  tyle. Plotka jednak zrobiła swoje. Podekscytowani robotnicy o  niczym innym nie mówili, tylko o  tym, dlaczego Joe wyjechał? Uciekł? Dlaczego nie został? Nie chciał do końca wyjaśnić swoim kumplom jak to się stało. Wystarczyłaby szczera rozmowa, a  po tym poklepaliby nieszczęśnika po plecach i  razem poszli utopić smutki do knajpy. Niestety, z  każdym kolejnym dniem, prowadząc ożywione dyskusje i  dodając do historii kolejne niesprawdzone fakty, tworzyli legendę, a  Joe zmieniał się w  niej w  czarny charakter. Po tygodniu już nie był pechowcem, ale podejrzanym. Po dwóch winnym. Ostateczna wersja, która powstała po pijanemu mówiła, że Joe pokłócił się z  Urbanem, a  że obydwaj będąc po kielichu stawali się nieco wyrywni, zaczęli się szamotać i  Urban wpadł do wody, po czym radio wciągnęło go pod powierzchnię i  utonął. Po kilku dniach owa ostateczna wersja została zmodyfikowana. Wyrażenie „Urban wpadł do wody” zastąpiono „Joe wepchnął Urbana do wody” zamiennie z  „Joe z  zazdrości wyrzucił radio za burtę, z  za nim podążył Urban”. Nie używano przy tym słowa „wpadł”, „wskoczył”, „został pociągnięty”, tylko „podążył”. Dodawało to opowieściom smaczku. I  tak zostało aż do dnia, w  którym Joe wrócił. Plotkarze nabrali wody w  usta i  zaniemówili, a  Joe ich zlekceważył. Minął miesiąc ciągłych, pełnych dramatyzmu dyskusji, po czym sprawa przycichła. Uwaga mężczyzn z  winkla została skupiona na kolejnym ważnym wydarzeniu. W  międzyczasie odnaleziono nad Wisłą radio Urbana, całe w  szlamie. Policjanci na posterunku nie mieli pomysłu co z  nim zrobić, więc owinięte w  folię postawili na półce. Stało tak sobie około tygodnia, po czym w  tajemniczych okolicznościach nagle znikło.

Rzecz jasna, jedną z  najbardziej roztrzęsionych całą sytuacją osób płci żeńskiej była Alina. Przynosiła mi wszystkie plotki. Obecne mass media, nowoczesne, tak skuteczne i  działające na wyobraźnię jak telewizja, są niczym wobec opowieści mojej szwagierki. Obserwowałam ją i  po pewnym czasie doszłam do wniosku, że ma niewątpliwy talent. Mogłaby być aktorką. Najlepiej sprawdziłaby się w  dramatach o  zabarwieniu komediowym. Doskonała dykcja, bogata gestykulacja, akcentowanie tego co najważniejsze, czyli pytanie czy zrozumiałam i  czy do mnie dotarło. Potulnie kiwałam głową. Myślę, że gdybym tego nie robiła, to złapałaby mnie za ramiona i  zaczęła mną trząść, bym zaczęła wszystkimi swoimi zmysłami chłonąć jej monolog. Gdybym zamknęła oczy i  pozatykała uszy, bądź siłą woli potrafiła wyłączyć całą swoją jaźń, to ów monolog i  tak musiałby dotrzeć, choćby przez skórę.

Pewnego dnia Alina odtworzyła mi całą historię Joego i  Urbana. Włącznie z  dialogami i  opisem pogody. Jakby była razem z  nimi. Zagrała sztukę jednego aktora, w  której ekspresję przekazu werbalnego zastępowała ekspresją gestów, w  momentach, kiedy nie mogła złapać tchu.

Na moją uwagę, że jej tam nie było i  to, co przedstawia to domysły, machała ręką i  kontynuowała przedstawienie. Uzdolniona aktorsko to ona zawsze była, co do tego nie mam wątpliwości.

 

ALINA

Życie w  Borowicach

Z rzeczami bardzo delikatnymi to jest tak, jak z  domkiem z  kart. Trzeba uważać. Nie można dmuchać, ruszać stołem ani dokładać nieuważnie kolejnych kart. Rozleci się. Te rzeczy opisane są w  Biblii. Podobnie jak Bóg przychodzi w  ledwie odczuwalnym powiewie wiatru, tak i  wszystkie inne rzeczy można ogarnąć i  odczuć w  spokoju. Bez spokoju nie ma możliwości dojścia do prawdy. Każdy gwałt, każda zbyt wielka ekspresja, to zniszczenie istoty duchowej tego, co chcemy odbierać naszym, jakże niedoskonałym umysłem.

Taki domek z  kart ułożyłam swoimi zniekształconymi reumatyzmem dłońmi z  całej talii – pięćdziesięciu dwóch kart. Prawie przy tym nie oddychałam. A  teraz mam dylemat. Aby konstrukcja się utrzymała to muszę ją albo czymś nakryć, ewentualnie nie dmuchać na nią, nie uchylać okien, nie robić przeciągu, nie otwierać gwałtownie drzwi. Pierwsza metoda chociaż pewniejsza, niestety niewykonalna wobec faktu, że nie mam wystarczająco dużego szklanego klosza. Pozostaje mi tylko ta druga.

Domek z  kart stał na moim stole przez trzy godziny i  piętnaście minut. Sukces. Robota wykonana solidnie. Szczerze mówiąc miałam go dość, bo zajmował cały stół i  nie miałam gdzie postawić talerza. Zrobiłam sobie mleko z  namoczoną bułką, moje ulubione popołudniowe danie i  zjadłam, siedząc w  fotelu. Zalałam mlekiem fotel, ubranie i  podłogę. To przez te moje drewniane ręce.

Mleko porozlewałam, ale domek z  kart zdołałam zbudować, i  to tymi samymi rękami. Paradoks.

W końcu przyszedł Stasio i  gdy otworzył drzwi, misterna budowla z  kart rozpadła się. Zaczął mnie przepraszać, ale naprawdę nie miał za co. W  końcu czekałam, aż coś takiego się zdarzy. I  zdarzyło się, tak jak chciałam, nie z  mojej winy.

W latach młodości lubiłam budować domki z  kart. Najwyższe miały po siedem, osiem kondygnacji. Lubiłam też robić różne rzeczy z  papieru: koniki, gołębie, łódki, samoloty. Domki z  kart lubiłam najbardziej. Zawsze przed podjęciem ważnej decyzji budowałam karcianą konstrukcję. Moje znajome kładły pasjanse, ale to nie dla mnie. Układane na stole w  pasjansa karty kojarzyły mi się zawsze z  hazardem. A  tarot, wróżby i  hazardowe gry jakoś mnie nie pociągały. Znajome mówiły, że jestem inna.

Budowanie delikatnej struktury, którą może zepsuć byle podmuch wiatru, a  nawet zbyt szybko wypuszczone powietrze z  płuc, uspokajało mnie. Kiedy domek był gotowy, najczęściej miałam już odpowiedź na nurtujące mnie pytania. Ta robota genialnie zastępuje godzinny seans z  psychoterapeutą.

Byłam u  takiego po śmierci Kazika, gdy świat przewrócił mi się do góry nogami. Wiedziałam, że mój mąż wkrótce umrze. Miał cukrzycę, od której zrobiła mu się stopa cukrzycowa, a  później, zaczynając od dużego palca u  stopy, ciało powoli zaczynało obumierać. Po amputacji jednej nogi powyżej kolana, przez wiele miesięcy nie mógł dojść do siebie. On, taki silny chłop, maszynista na kolejce, nagle staje się inwalidą o  kulach. Nie chciał używać wózka, nie nosił protezy, tylko wszędzie kuśtykał, podpierając się na dwóch drewnianych podporach. Muszę przyznać, że zaczęłam go coraz bardziej podziwiać, ponieważ, pomimo kalectwa wcale nie zrobił się trudny w  obyciu. Był wesoły, jak kiedyś żartował i  opowiadał dowcipy. Ale ja wiem swoje. W  środku cierpiał. Zmieniał się niekiedy przy posiłkach. Siedząc przy stole na długo pozostawał nieruchomy, wpatrzony w  talerz. Nic nie mówił, tylko jadł. Prosił mnie o  podanie tego, czy tamtego i  cicho wzdychał. Ale nie użalał się ani jednym słowem.

To wszystko przez prymitywną na owe czasy medycynę. Insulina, którą sobie wstrzykiwał, bodajże pochodziła z  trzustek świń. Organizm człowieka źle to znosił i  musiało się to skończyć tak, jak się skończyło. Kolejnymi chorobami.

Stasio mówił, że dzisiaj są insuliny ludzkie. Robione jakoś syntetycznie, nie potrafię powtórzyć tej nazwy, za to zapamiętałam, że to dzieje się w  specjalnym laboratorium. Tam są skomplikowane urządzenia, które produkują insulinę ludzką, a  raczej identyczną z  ludzką. Ponadto, każdy diabetyk mierzy sobie poziom glukozy, aby dopasować dawkę. Są specjalne pompy insulinowe i  tyle innych rzeczy, które dają szansę na długie życie mimo choroby.

Kazik nie miał takich możliwości. Wbijał sobie trzy razy dziennie stalową igłę w  udo i  wstrzykiwał zawartość strzykawki. Później to wszystko trzeba było wygotować i  wysuszyć. Staraliśmy się, ale nie pomogło.

Powoli przestawał widzieć i  dodatkowo wątroba zaczęła źle pracować, to wiedziałam, że koniec jest blisko. Dużo spał i  bardzo cierpiał. Ożywiał się tylko wówczas, gdy odwiedzał go Stasio. Chłopak ledwie co ukończył jedenaście lat, a  mimo to mieli dużo wspólnych tematów. O  parowozach, o  wojnie, o  ciężarówkach, o  tym ile kura znosi jajek dziennie i  jak działa silnik w  motocyklu. O  wszystkim. Gdyby Kazik teraz żył, to o  wielu rzeczach by się mógł dowiedzieć od Stasia, tak jak Stasio kiedyś od niego.

Podczas lipcowej nocy mój mąż zmarł. Trzymałam się dobrze do pogrzebu. Był upalny dzień. Na bezchmurnym niebie słońce grzało niemiłosiernie. Po pochówku zrobiłam wystawny obiad dla rodziny. Wieczorem wszyscy się rozjechali, a  ja nie wytrzymałam. Przestałam się kontrolować. Odwieźli mnie do szpitala położonego gdzieś w  lesie. Do wariatkowa. Tam naprawdę są pokoje bez klamek, chociaż nie wszystkie. Trafiłam pod opiekę sławnego psychiatry. Nie pamiętam jego nazwiska, ale z  łatwością mogę sobie przypomnieć jego wygląd. Był niski, gruby, łysiejący i  z  czerwoną twarzą, sapiący przy każdym ruchu. Pomyślałam, że karmić takiego, to byłoby nieszczęście. Za życia Kazika chowaliśmy cztery, rzadziej pięć prosiaków. On zjadłby je wszystkie przez miesiąc, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości.

Ów doktor chciał się dowiedzieć co mnie trapi i  zastosować wobec mnie jakieś nowoczesne metody psychoanalizy i  czegoś tam jeszcze. Nie miałam pojęcia, co to za metody, ale robić za królika doświadczalnego nie zamierzałam. Zamiast zapytać mnie, co mi dolega, dać się wypłakać, albo i  wykrzyczeć, to położył mnie na leżance i  pokazywał różne rysunki i  zadawał dziwne pytania. W  pewnym momencie wstałam i  powiedziałam co mnie dręczy. Żeby już się nie domyślał i  nie męczył swojej okrągłej głowy. Pod koniec monologu podniosłam głos, zaczęłam krzyczeć. Później krzyk przerodził się w  głośne, jednostajne wycie. Nie zareagował. Czekał. Potem wytłumaczył mi, że dobrze zrobiłam, że to konieczne dla diagnozy i  szybkiego wyleczenia mnie z  dolegliwości – tak delikatnie się wyraził o  moim wyciu. Uspokoiłam się i  poprosiłam o  dwie talie kart. Wyjaśniłam, że jeśli uda mi się zbudować ośmiopiętrowy domek, to będzie oznaczało, że mogę jechać do domu. Zostawił mnie w  szpitalu bez zastrzyków i  pastylek. Po pięciu dniach domek był gotów. Zużyłam niecałe dwie talie kart, a  potem wróciłam do pustego mieszkania.

Kilka miesięcy po śmieci Kazika zmarł Pan Franek. Tata zawsze miał duże problemy z  żołądkiem. Może miał raka, ale nikt go nie badał, gdyż ze swoimi dolegliwościami nigdy nie zgłosił się do lekarza. Leczył się sam. Miał nadkwasotę i  pomagały mu jajka na twardo, przy silnych bólach pił zioła od znachorki spod lasu. Czasem, gdy było bardzo źle, wypijał nieco wódki i  jak sam mawiał, przypalał nieco chorobowo zmienione miejsca. Mama miała inne zdanie. Twierdziła, że jeżeli chce z  chłopami wypić i  szuka pretekstu, żeby iść do knajpy, to zaraz mu się wrzody otwierają. Wrzody Panu Frankowi otwierały się rzadko i  ostatecznie mama tolerowała jego wypady. Na zakąskę zawsze zamawiał jajka na twardo, tłumacząc, że są dobre na nadkwasotę. Nikt się już nie dowie jaka była prawda. Skłonności do wrzodowej choroby żołądka bodajże są dziedziczne, o  czym miałam przekonać się po kilkudziesięciu latach.

Później nagle stałam się zamożna. Rzecz jasna bogata w  odniesieniu do warunków, w  których żyłam. Po śmierci taty sprzedałam dom i  zamieszkałam razem z  mamą. Nie wiedziałam co zrobić z  pieniędzmi. Po długich przemyśleniach i  wielu wątpliwościach kupiłam pole leżące zaraz za cukrownią. Tak mi poradzili ci, którzy się znali na ówczesnych inwestycjach. Wkrótce cukrownia zgłosiła się do mnie, abym pole odsprzedała lub wydzierżawiła. Sprzedaż odpadała – znów bym została z  pieniędzmi. Za dzierżawione pole otrzymywałam równowartość dwóch sporych pensji. Byłam bogata. Ci, co się znali na interesach nie powiedzieli mi jednak, że na moim polu powstaną zbiorniki defekacyjne, czyli że wykopią doły, do których będą wlewane resztki po produkcji cukru, które pole zmulą i  zmarnują na zawsze. Nie miałam o  to pretensji, nie zależało mi na tym, co się stanie z  gruntem, w  końcu nie zamierzałam zostać rolnikiem.

Kiedy po kilkunastu latach w  naszym kraju upadł komunizm, zaraz po nim splajtowała cukrownia. Widocznie nie była dostosowana do gospodarki rynkowej. Oddali mi pole, które stało się jednym wielkim grzęzawiskiem. Zmarnowane i  bez wartości handlowej. W  ten sposób splajtowałam. Niektórzy się ze mnie śmiali, ale ja byłam zadowolona. Przez ponad dwadzieścia lat, miesiąc w  miesiąc dostawałam ratę dzierżawną. Zarobiłam więcej niż wart był dom, z  którego pieniądze poszły na pole. Przez dwie dekady żyłam ponad stan i  stać mnie było na wszystko. Na zapłacenie za usługi innym ludziom, a  czasami i  pijakom, którzy przynosili mi węgiel i  rąbali drzewo. Stać mnie było na posyłanie pieniędzy Stasiowi w  okresie jego studiów i  na nowe meble, a  także na futerko. Właściwie to kupiłam sobie dwa. Obydwa sztuczne, ale jakże wspaniałe. Wtedy to obraziła się na mnie Stasikowa i  jej koleżanka Klebowa. Obydwie zołzy z  zazdrości. Aby mnie nie spotkać, przechodziły na drugą stronę ulicy.

Niektórzy mi mówili, że powinnam się wyprowadzić do miasta, gdzie w  mieszkaniu z  płyty miałabym gaz i  centralne ogrzewanie oraz windę zamiast drewnianych schodów. Tylko po co? Tam nikogo nie znałam, nie wiedziałabym jak się zachować, gdzie robić zakupy, jak dostać się do kościoła. W  Borowicach byłam u  siebie. Nawet jeśli jakieś dwie kobiety postanowiły być na mnie obrażone, to jeszcze nie powód, by się wyprowadzać. Wyjechać to ucieczka, tchórzostwo, a  ja tchórzem nigdy nie byłam. Wyjątkiem były czasy dzieciństwa, kiedy wracałam po zmroku do domu, ale to zupełnie inna historia.

 

NOWICKA

Życie w  Borowicach

Kazik umarł dokładnie dwadzieścia lat po odejściu mojego Leona. Dwunastego lipca. Kazik był poważnie chory i  było wiadomo, że jego koniec nadchodzi. Cukrzyca. Źle leczona w  latach sześćdziesiątych zeszłego wieku to był wyrok: zakrzepica naczyń krwionośnych, amputacje kończyn, schorzenia wątroby, ślepota i  śmierć. Płakałam. Mój brat odszedł do wieczności. Jestem słabo wierząca, ale słabo nie oznacza wcale. Mam nadzieję, że odszedł nie tyle w  pokoju i  nie spoczywa w  pokoju, jak mówił ksiądz na pogrzebie, ale poszedł tam, gdzie gości pokój i  miłość.

Leon zaraz na początku wojny został aresztowany i  dostał się do niemieckiego obozu, ale uciekł przez Francję do Anglii. Z  tego okresu zostały mi listy, które pisał, ale ich nie wysyłał. Przywiózł mi je wszystkie osobiście. Później był w  grupie operacyjnej. Dzięki temu wrócił do Polski. Ta grupa, to takie wojska specjalne, które lądują na spadochronach na tyłach wroga i  niszczą go. Czyli Leon był komandosem, co sieje śmierć wśród zwykłych żołnierzy. Myśląc logicznie zabija niewinnych, tych powołanych do wojska na mocy przymusu. Wróg to wróg. Powołany, czy ideowy, wszystko jedno.

Przed wojną Leon był zdunem. Wybudował w  naszym domku piękną kuchnię i  wspaniały piec z  ozdobnych kafli, ale do swojego fachu nigdy więcej nie wrócił. Patrzę na stos porozrzucanych kafli i  robi mi się przykro. Przestałam wierzyć, że wnuk kiedykolwiek odbuduje mój system ogrzewania.

Po powrocie z  wojny, mój Leon nie zachowywał się jak w  przeszłości. Męczyły go senne koszmary. Pocił się i  jęczał przez sen. Kilka razy skowyczał, jakby zamieniał się w  wilkołaka. To było przykre. Często budził się nagle, siadał na łóżku i  rozglądał się wokół błędnym wzrokiem. Zabijał niewinnych, bo mu kazali, bo był w  tym dobry. Zabijał Niemców, wroga, ale mimo wszystko ludzi.

Wrócił, ale nie było z  niego pożytku. Przestał komunikować się ze światem, wkrótce po tym umarł. Nie wiadomo na co, ale przekroczył granicę czasu i  przestrzeni właśnie dwunastego lipca.

Przed tym wyznał mi, że w  metalowej futrynie drzwi wejściowych ukrył, a  tak naprawdę zaspawał dwie sztaby złota. Majątek.

Wielokrotnie zastanawiałam się, czy Leon zmarł na atak serca – tak w  akcie zgonu napisał lekarz. Możliwe, że zabiły go wyrzuty sumienia…

Alina była rzeczywiście nadwrażliwa. Nie wytrzymała śmierci męża. Szpital z  pokojami bez klamek. Ale ona nie jest wariatką. Nie wytrzymała. Nadwrażliwa, to dlatego.

Potrzebowała czasu i  ostatecznie dała sobie radę. Ja dałam sobie radę od razu. Czekały mnie obowiązki. Ona odreagowała po blisko dwóch miesiącach. To nie rekord, ale wróciła do normalności i  to najważniejsze. Ile jest takich, którzy nie wracają?

 

ALINA

Odczajna sąsiadka

Moja sąsiadka to odczajna kobieta, ale o  tym później. Najpierw chcę naświetlić okoliczności. Miałam wyjątkowo przykrą przypadłość, a  mianowicie tak mnie rozbolał żołądek, że zdążyłam tylko wyjść na korytarz i  zemdlałam. Z  bólu. Jeśli ktoś wie, co to znaczy, to nie muszę wyjaśniać, a  jeśli ktoś nie wie, a  większość nie wie, to lepiej niech nie doświadcza. Tak rwie, że człowiek po ścianach chodzi, jęczy, płacze, wyje, a  później traci przytomność.

Obudziłam się w  karetce pędzącej na sygnale. Z  łokcia wystawała mi rurka, która prowadziła do plastikowej butelki, pewnie ze środkiem na ból, bo ból osłabł i  straciłam czucie. Sanitariusz zobaczywszy, że odzyskałam przytomność, uśmiechnął się jakoś nieszczerze i  powiedział, że wszystko będzie dobrze. Chciałam mu odpowiedzieć, że już jest dobrze, bo ból stał się znośny, ale nie mogłam wydobyć słowa. Mężczyzna nieco przeraził się. Sprawdził, czy kroplówka została dobrze zamocowana, po czym wziął w  swoją dłoń mój nadgarstek i  zaczął kiwać głową. Zorientowałam się, że kiwanie głową zsynchronizowało się z  uderzeniami mojego serca. Pomyślałam, że to dobrze, iż chłop się czymś zajął, bo nie daj Boże by zemdlał z  przejęcia, jak ja z  bólu, i  dopiero byłby kłopot.

Kolejna myśl nie była już tak wesoła. Skoro młody, silny i  obyty z  chorymi i  ofiarami wypadków ratownik, nie bardzo może znieść mojego widoku, to ja muszę wyglądać strasznie. W  tamtym czasie starałam się bardziej dbać o  wygląd. Ondulacja, dzieło sąsiadki, nie była świeża, ale włosy układały się dobrze, skórę miałam jasną, choć zwiotczałą i  usianą zmarszczkami, oczy wciąż dawały trochę blasku.

Zmobilizowałam wszystkie siły i  wydukałam, żeby znalazł lusterko i  pozwolił mi się w  nim przejrzeć. Kiwnął głową, wyjął je z  torby i  podstawił mi pod nos. Wyglądałam całkiem znośnie. Coś do końca mi się jednak nie zgadzało i  to nie dawało mi spokoju. Dopiero po chwili zorientowałam się, że moja skóra stała się bladoszara, a  czoło i  jeden policzek sine. Nie daj w  szpitalu pomyślą sobie, że straciłam równowagę po wypiciu alkoholu. Wytłumaczę, że się przewróciłam i  stąd siniak. Zaraz jednak owładnęła mną obawa, że nie sklecę prostego zdania i  spalę się ze wstydu.

Wątpię czy ktokolwiek był ciekawy w  temacie zapachu alkoholu z  moich ust. Leki i  zmęczenie po ataku bólu sprawiły, że zasnęłam. Przez mgłę słyszałam wydawane damskim głosem komendy. „Analiza krwi – natychmiast. Podstawowe parametry biochemiczne, elektrolity, morfologia. Przekładamy na trzy: raz, dwa, trzy” – moje ciało stało się tak lekkie, że wydawało mi się, że frunę z  jednego miejsca na drugie. „Transport na salę numer cztery. Przygotować pacjentkę do zabiegu. Nie możemy czekać na diagnostykę, bo się wykrwawi – tniemy i  zobaczymy co znajdziemy w  środku. Prawdopodobnie nastąpiła perforacja ścian żołądka. Gdzie do cholery podział się anestezjolog! Nie damy rady zdjąć ubrania – tniemy”. Dziwne, że to, co słyszałam, było mi obojętne. Bardzo dziwne.

Obudziłam się w  małej sali o  białych ścianach. Przeżyłam. Byłam sama. Nic mnie nie bolało.

Stasio przyjechał najszybciej jak mógł. Pani doktor, która mnie operowała, była niezwykle miłą, młodą i  ładną kobietą. Udawałam, że śpię, bo mówili o  mnie, a  ja byłam ciekawa co znaleźli w  moim wnętrzu. Jeśli się poruszę, lekarze z  łatwością zorientują się, że słyszę i  nie powiedzą wszystkiego. Mogą dyskutować po łacinie – tak było kiedyś, ale ja nigdy nie słyszałam, aby używali tego języka. Używają go tylko, gdy muszą. Wiedziałam za to, że Stasiowi powiedzą prawdę. On człowiek wykształcony, jeździ po świecie, potrafi mówić w  niepojętym dla mnie języku, to budzi zaufanie. Kiedyś słyszałam rozmowę telefoniczną i  niczego nie zrozumiałam. Była po angielsku. Na dodatek ma doktorat, ale nigdy mi nie powiedział jakim jest doktorem. Musi być jakimś niezwiązanym z  medycyną, bo za leczenie ludzi się nie bierze, choć na wielu rzeczach się zna.

Miałam wrzód, który spowodował powstanie dziury w  ścianie żołądka. Treść żołądka wylała się do brzucha (do niejakiej otrzewnej) i  spowodowała powstanie zakażenia bakteriami. Mój stan pogorszyło niewydolne serce, które osłabiło się dodatkowo ze względu na chorobę, stres i  narkozę – przyjęłam to z  pokorą. To cud, że przeżyłam. Cud, że operacja się udała i  że nie pojawiła się sepsa. Same cuda. Co najmniej trzy cuda wiązały się z  moją osobą. Widocznie pęknięcie mojego żołądka było konieczne, aby mogły pojawić się cuda. Wszyscy, którzy uczestniczyli w  ratowaniu mojego życia powinni być zadowoleni – są świadkami zjawisk nadprzyrodzonych. Wrzód na żołądku przypadkiem tyle dobrego zrobił. Kto by pomyślał.

Pani doktor uśmiechała się do Stasia, a  Stasio do niej. Ładna byłaby z  nich para. Para doktorów. Każdy z  innej dziedziny, ale to nie szkodzi. Na przykład gołębie, mogą dobrać się w  pary tak, że jeden będzie siwy i  pocztowy, latający na długie dystanse, a  drugi biały, ozdobny, taki werfel, który w  powietrzu kozły fika.

Później na obchodzie usłyszałam, że moja dolegliwość to zaniedbanie lekarza pierwszego kontaktu, czyli tego, u  którego się leczyłam. Chodziłam do niego, narzekając na bóle brzucha i  czarne stolce – to podobno od krwi robią się czarne, a  on leczył mnie na wątrobę. Wątroba też znajduje się w  brzuchu i  jest całkiem duża, to i  chorób w  niej mieści się sporo. A  i  leki miałam najlepsze. Zawsze pytał, czy przepisać te skuteczniejsze specyfiki i  nachylał się, aby wrzucić mu coś w  kieszonkę na piersi fartucha. Wkładałam papierek i  była recepta z  lepszymi lekarstwami. Nie mam wątpliwości, że medykamenty były te najlepsze, ale żeby pomylić wątrobę z  żołądkiem? Niedoświadczonemu studentowi może się zdarzyć, ale nie medykowi z  wieloletnim stażem.

Nie opowiedziałam Stasiowi całej tej historii, bo by się rozzłościł i  jeszcze w  naszej klinice zrobiłby aferę. Ważne, że sprawy obrały właściwy obrót i  jest dobrze.

Ciężko taką tajemnicę trzymać dla siebie. Po powrocie do domu opowiedziałam wszystko Bożence. Mieszkam z  Bożenką w  jednym korytarzu od ponad dziesięciu lat, ale takiej jej nigdy dotąd nie widziałam. Zrobiła się purpurowa na twarzy, ręce jej się trzęsły. Z  zaciśniętymi zębami wybiegła z  domu. Zapewne coś nie tak powiedziałam. Bałam się, że ją obraziłam.

Wróciła po godzinie. Niby spokojna, ale wciąż z  zaciśniętymi zębami. Bożenka poszła do kliniki i  nakrzyczała na doktora, a  ten nie pozostał dłużny. Obydwoje stracili panowanie nad sobą, skutkiem czego twarz mężczyzny przyozdobił duży rumieniec. Został spoliczkowany. Wszystkiego dowiedziałam się od pielęgniarki Basi, która przychodziła robić mi zastrzyki. Nasz medyk nic nie powiedział i  nikomu się nie poskarżył. Niewątpliwie i  inne pomyłki miał na sumieniu, bo chyba nie chodziło o  plotki związane z  jego sympatią do mojej sąsiadki? Ludzie mówili…, ale ludzie różne rzeczy mówią, a  prawdy w  tym gadaniu niewiele. Może lepiej nie słuchać plotek i  nie wiedzieć wszystkiego.

Nie chcę myśleć co będzie, jeśli będę musiała iść po receptę. Pozostanie mi pojechać do miasta do szpitala, bo w  naszej klinice, to bym się tylko wstydu najadła.

Niedługo po tym incydencie postanowiłam, że zgodzę się na propozycję Bożenki. Obiecała otoczyć mnie opieką. Zawiozła mnie do notariusza. Napisałam, a  właściwie to tylko podpisałam, bo napisany był na komputerze, testament, w  którym zapisałam jej moje mieszkanie. Ona dała mi pieniądze i  wykupiłam kawalerkę od fabryki. Kiedy odejdę z  tego świata, będzie jej własnością, a  ona miała się za to mną opiekować. Taka była nasza umowa ustna. Obiecała, że rękoczynów więcej nie będzie. Nic jednak nie wiadomo. Pijacy spod czternastki często kłócą się na korytarzu i  na schodach – jakby przyszło co do czego, jeżeli nie będzie jej męża, Bożenka sama da sobie radę. Za nas obydwie.

 

NOWICKA

Odczajna sąsiadka

Ludzie dzielą się na mądrych i  głupich. Można robić i  inne podziały, ale zasadniczo wszystkie one wynikają z  tego pierwszego. Głupich nie sieją, sami się rodzą, tego jestem pewna.

Czasem spotykam na ulicy naszego doktora. Zawsze mnie pyta, czemu do niego nie przychodzę. Wzruszam tylko ramionami. Czuję się dobrze. A  on zaraz coś by znalazł i  wpędził mnie w  chorobę. Alinę wpędził i  to nie ulega wątpliwości. Nie chodzę do niego i  nie biorę medykamentów. Mam zestaw ziół. W  razie niedomagania, kuracja naturalna jest lepsza od chemii.

Alina sama sobie zapracowała na swoje liczne dolegliwości. Wszystko przez nadużywanie lekarstw. Łykała różne pastylki, aż w  końcu żołądek musiał się rozpuścić i  pękł.

Emeryci sami przyzwyczaili doktora do prezentów i  całej tej bylejakości leczenia. Kobiety dawały pieniądze w  kieszonkę nie dlatego, żeby lepiej leczył, ale żeby mu się przypodobać.

Gdybym zebrała te głupie baby i  wychłostała rózgą, to od razu by się uspokoiły. Na początku byłoby dużo krzyku, jaka to im się krzywda dzieje, ale wytłumaczyłabym, że to tylko masaż i  że dobrze robi dla zdrowia, szczególnie tego psychicznego. Myślę, że po tygodniu chłostę uznałyby za metodę terapii.

Tak więc ludziom trzeba założyć uzdy, żeby ich trzymać w  ryzach. A  doktor był woźnicą. Trzymał stadko babinek w  moresie, one się leczyły, a  on miał na swoje przyjemności.

Dopiero akcja sąsiadki Aliny zmieniła wszystko. W  rewolucji zawsze tymi co walczą są zwyczajni ludzie. I  tak było również tym razem. Oto kobieta prosta, ze wsi, silna od prac polowych i  obcowania z  krowami, wali postawnego mężczyznę w  twarz. I  nie robi tego ze względu na dobro Aliny, ale z  podświadomej zemsty. Nie ze względu na pęknięty wrzód i  zagrożenie życia, ale aby wyrzucić z  siebie te złe emocje. Była niepewna swojego chłopa, który jako kierowca ciężarówki jeździł po obcym dla niej świecie. Wyobrażała sobie te wszystkie okazje, o  których opowiadają między sobą kierowcy i  drętwiała z  zazdrości. Przez kolejne miesiące i  lata te złe emocje i  chora wyobraźnia wypełniły ją całą. Jestem przekonana, że podświadomie czekała na jakąś okazję, by je z  siebie wyrzucić, i  ta się nadarzyła. Ona, z  nieskomplikowanym ego, zakompleksiona i  zazdrosna o  wszystko i  wszystkich, przez chwilę poczuła moc. Zaatakowała i  na dodatek postraszyła mężczyznę prokuratorem. Biedny medyk, zaraz po zdarzeniu uciekł z  kliniki, a  potem doniósł na kobietę, ale nie znalazł się żaden świadek i  sprawę umorzono. Doktor wyprowadził się wkrótce. Owa Bożenka nigdy nie zdała sobie sprawy, że zniszczyła dobrze funkcjonujący układ, z  którego tak naprawdę wszyscy byli zadowoleni. Pacjentki miały poczucie, że ktoś, w  tym przypadku doktor o  nie dba, doktor miał dodatkowy grosz dla odreagowania. Głupota zawsze prowadzi do nieszczęścia.

 

ALINA

Do Warszawy

Z opieką Bożence nie bardzo wyszło. Dostała pracę na okres kampanii cukrowniczej i  dla mnie zabrakło jej czasu. Nadal miałam dość pieniędzy, żeby najmować ludzi do pracy. Nanosili węgla, porąbali drzewo na zapas, zaopatrzyli w  jedzenie, które trzymam w  lodówce i  niczego mi nie brakowało. Czułam się dość dobrze. W  tym okresie często chodziłam do Nowickiej, rzadziej ona przychodziła do mnie. Miałam przekroczone osiemdziesiąt lat i  przy Nowickiej czułam się stara. Byłam siwa i  włosy mi się bardzo przerzedziły, a  Nowicka choć też ma zmarszczki, to niezbyt głębokie, zaś włosy gęste i  długie, i  na dodatek żadnego siwego. Wszystkie czarne niczym smoła, i  nieufarbowane. Zazdroszczę jej tych włosów, ale ona tylko ręką macha. Po co jej na starość taka kita. Tylko kłopot z  tym ma. Trzeba rozczesywać, myć, znowu czesać. I  do fryzjera chodzić, żeby podcinać i  pielęgnować. Nie ma już na to siły, ale nie obetnie. Czasem plecie warkocz, ale częściej ma rozpuszczone. Sięgają aż do lędźwi. Chciałabym mieć taki kłopot na głowie. Ale nie mam i  gdy razem gdzieś szłyśmy, zawsze zakładałam na głowę przynajmniej beret.

Nowicka, dobra moja przyjaciółka, ale przecież nie do pomocy. Nie nadaje się, starsza w  końcu niż ja. A  Bożenka nie wie, w  co ręce włożyć. Zalatana i  zmęczona. Chce zarobić, bo i  potrzeby ma duże. Troje dzieci, mąż kierowca, który choć w  długie trasy jeździ, to nie zarabia za dużo. Nie dziwię się i  nie wymagam.

Jest mi coraz trudniej. Mam węgiel, drzewo, mam wodę w  mieszkaniu i  ubikację na korytarzu, swoją prywatną, ale powoli przestaję sobie radzić. Często staję na środku kuchni i  płaczę. Z  bezsilności. Niezbyt głośno, aby nikt nie usłyszał. Łzy lecą i  spływają rynienkami zmarszczek po policzkach. Zawsze jak sobie popłaczę, jest mi lepiej.

Pewnego dnia przyjechał Stasio. Na rozmowę. On miał wszystko przygotowane i  poukładane, bo przyjechał z  zamiarem zrobienia małej konferencji: dla mnie i  dla siebie. Ja byłam nieprzygotowana i  nie domyślałam się, o  czym będziemy mówić. Ale ze stolicy jest do mnie ponad sto kilometrów i  nie mogę kazać mu przyjeżdżać ponownie. Przenoszę się w  myślach do czasu naszej pogawędki. Nieraz wracałam do tego momentu, był to bowiem zwrot w  moim życiu. Ostatni duży zwrot. Częstokroć odtwarzam kolejne zdania, słowa i  gesty, jak w  teatralnej sztuce. Mówiliśmy o  mojej przyszłości, o  warunkach w  których egzystuję. Egzystuję – nie zaprzeczam, to słowo dobrze oddaje rzeczywistość. Są jednak rzeczy, na które i  tak się nie zgodzę. Nie zgadzam się zatem na opiekę społeczną. Tu gdzie mieszkam, nie. Wszyscy by mnie mieli na językach, że siwa, stara i  rady sobie nie daje. Nie chcę być tematem plotek. W  innym miejscu, wśród obcych ludzi, to inna rozmowa, ale nie tu. Nie zgadzam się, żeby Stasio płacił komukolwiek za pomoc – sama sobie poradzę. W  końcu najważniejsze, czyli to, z  czym przyjechał. Propozycja przeprowadzki do Warszawy. Był świadomy, że się nie zgodzę, więc próbował podejść mnie politycznie. Do tej pory dwa razy odmówiłam, to może teraz powinnam jednakże powiedzieć „tak”, żeby nie było, że stara i  uparta? Myślę… teoretycznie chce dobrze i  zaprzeczyć się temu nie da, ale nie potrafię się zgodzić. Nie ruszę się stąd. Jeszcze nie teraz. Nie przeprowadzę się do stolicy. Nie zwrócił uwagi na fakt, że mieszkanie wykupiła Bożenka i  jemu nic nie zostawię. Musiałam powtórzyć drugi raz. Odpowiedział, że nie przyjechał po posag, ale żeby mi pomóc. Kupił małe mieszkanko i  mogę zamieszkać niedaleko Stasia. Kusi… Będzie mnie odwiedzał. Są tam wszystkie wygody, nie tak jak tu, gdzie ubikacja na korytarzu. Zimą, pijacy wywarzają drzwi do korytarza, to i  woda w  tej ubikacji zamarza. Woda to i  w  ścianie zamarza, ale mu nic nie mówiłam. Pijacy zwykle zostawiają drzwi otwarte na oścież, często je wyjmują z  zawiasów, gdy są zamknięte na klucz. Ale nie wszystko opowiadam Stasiowi. Nie daj Boże poszedłby na policję albo przylał jakiemuś pijakowi. A  ma siłę. On by tych pijaków sam rozgonił. A  oni później mieliby do mnie pretensje. Milczenie to częstokroć złoto prawdziwe.

Powiedziałam, że nie przesadza się starych drzew. W  końcu ustąpił, ale zapowiedział, że przed zimą przyjedzie ponownie i  najlepiej, gdybym się szybko zastanowiła. I  niech Bożenka pomoże mi się spakować. Ciekawe kiedy? Kampania zaczyna się we wrześniu a  kończy w  styczniu. Przed zimą sąsiadka mi nie pomoże.

Stasio po raz drugi przyjechał na początku października. Nie chciał powiedzieć dlaczego, ale to Bożenka do niego zadzwoniła. Swoje wiem.

Wszystko przez brak czucia w  palcach. Zapomniałam się i  po zdjęciu czajnika z  czerwonej od gorąca blachy, oparłam się o  nią. Palce lewej ręki przytrzymałam na gorących fajerach. Dopiero smród spalenizny uświadomił mi, że coś jest nie tak. Było pełno dymu. Pamiętam moje przerażenie. Zamiast zdjęć rękę z  blachy, to się jej przyglądałam. Palce nie płonęły płomieniem tylko zamieniały się w  cuchnący dym. Oderwałam dłoń i  włożyłam do wiadra z  wodą. Bałam się ją obejrzeć.

Bożenka zaraz zapakowała mnie do samochodu i  zawiozła do miasta do szpitala. Tam mi rękę opatrzyli, dali jakiś zastrzyk i  odesłali do domu. Do tej pory mam u  lewej ręki nieco krótsze palce, takie do pół paznokcia. Ładnie się wygoiły, ale przecież nie odrosną.

Wiedziałam, że Stasio był zły, ale nie dał tego po sobie poznać. W  tym dniu zgodziłam się do niego pojechać, a  później także na jakiś czas zamieszkać w  Warszawie. Na próbę. Na dwa miesiące, przez zimę. Przewiózł moje rzeczy z  Borowic i  tak już zostało.

Widocznie można przesadzać i  stare drzewa, tylko trzeba pamiętać, aby je dobrze podlewać.

Pamięć to jednocześnie rzecz dobra i  zła. Dzięki pamięci możemy uczyć się różnych rzeczy. Przystosowania do warunków, systemów zachowań w  różnych okolicznościach, potrafimy przewidywać skutki naszych działań, czego możemy się spodziewać po ludziach i  tym podobne. Ale pamięć ma też swoją negatywną stronę. Powoduje uczucie wstydu. Wstyd przychodzi, bo często sobie przypominam swoje zachowania, które mówiąc krótko były niewłaściwe. Choćby to defilowanie w  nowym futrze, kiedy inne kobiety ledwie miały na chleb. To przez te pieniądze, których miałam więcej niż inni. Teraz przypominam sobie wszystko po kolei i  się wstydzę. Ciekawe, jak bym teraz spojrzała w  oczy tym kobietom… Wydawało mi się, że mam wyższą od innych pozycję społeczną i  że mnie podziwiają i  zazdroszczą mi. Byłam z  tego dumna. Co za bzdura. Kto tam mnie podziwiał. Na pewno pluły na mój widok. Przechodziły na drugą stronę ulicy, aby się ze mną nie przywitać i  nie rozmawiać z  „wielką damą”.

W Warszawie ponad połowę mojej emerytury pochłaniał czynsz. Płaciłam sama, honorowo. Pewnego dnia Stasio powiedział, że opłaty za mieszkanie zmalały. O  połowę. Mówił, że to dar Boży i  dzięki temu z  emerytury wystarczy mi na życie i  na lekarstwa. Kłamał, a  ja, choć wiedziałam, że kombinuje, słowem się nie odezwałam. Przypominam to sobie i  wstydzę się, że wykorzystywałam mojego siostrzeńca. Na policzkach pojawiają się wypieki. W  lustrze wyglądam lepiej, ale wewnątrz nie czuję się dobrze. Mam poczucie winy.

Ostatnio chciałam mu to wszystko wyjaśnić i  wrócić do uczciwego płacenia, to zaraz zmienił temat i  zaczął o  wiośnie. Na wierzbach puściły bazie, są pierwsze kwiaty na łąkach, a  na rozlewisku za Warszawą zakwitły całe łany żółtych kaczeńców. To ulubione kwiaty Stasia. Były też ulubione Marysi i  również są ulubione jednej z  córek mojego siostrzeńca. Stasio już jako dziecko lubił inne rzeczy niż jego rówieśnicy. Słodycze, lody, słoneczniki, owoce, w  tym się nie wyróżniał. Ale co do kolorów tak. Małe dzieci zawsze wybierają swoje ulubione kolory. Najczęściej był to niebieski lub czerwony. Rzadziej zielony. Stasio za to wybrał żółty. Zapytałam, czy taki żółty jak słoneczko, ale wyjaśnił, że słoneczko jest raczej białe, a  żółte są kaczeńce. Kiedyś, gdy siedział w  piaskownicy, powiedział mi, że piasek to po prostu ogromna ilość drobnych kamyków. Niby oczywiste dla nas, dorosłych. Ale Staś, dokonał swojego odkrycia mając pięć lat. Do tej pory nie wiem, co o  tym myśleć…

 

NOWICKA

Do Warszawy

Pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj. Do Borowic przyjechał Stasio, aby zabrać Alinę do siebie na Święta Bożego Narodzenia. Byłam świadkiem ich rozmowy. Przekonywał i  namawiał, a  ona uparcie odmawiała. Tak bardzo się przyzwyczaiła do swojej skorupy, że bała się z  niej wychylić.

Dopiero kiedy powiedziałam, że gdyby tak mnie ktoś zaprosił, to w  pięć minut gotowa bym była do drogi, zmiękła i  się zgodziła. Wróciła po trzech tygodniach, bo jak sama wyjaśniła, trochę się zasiedziała. Była na pasterce, w  kościele, w  odwiedzinach u  teściowej Stasia, na zakupach, u  optyka (przywiozła nowe okulary), a  nawet w  teatrze.

Minęło kilka dni i  wróciła do swojej starej skorupy.

Starość rodzi się w  głowie. Nie lepiej przyzwyczaić się do niedomagań i  nie bluźnić losowi za to, że nas tak, albo inaczej urządził? w  odróżnieniu od Aliny, sama muszę troszczyć się o  swój byt.

Alina straciła w  palcach czucie i  jesienią następnego roku upaliła sobie ich opuszki. Stasio przestał prowadzić z  nią negocjacje, tylko sam podjął decyzję i  zabrał ją na stałe do Warszawy. Już się o  nic nie pytał, tylko wydawał polecenia, a  ona słuchała. Przed tym, jak zwykle zresztą, porządziła się sama i  zapisała mieszkanie swojej sąsiadce myśląc, że ta jej będzie pomagała. To nieco podobne do sytuacji z  moim wnukiem, któremu obiecałam spadek.

Pewnego dnia dotarło do mnie, dlaczego zostałam pozbawiona pieca i  kuchni. Przed tym wnuk zabrał listy, które Leon pisał z  Anglii. Mówił, że to dowody, na podstawie których dostanę zasiłek, ale widocznie nie o  to chodziło. Zasiłku nie dostałam, a  w  listach z  wojny było o  tym, że Leon nas zabezpieczył do końca życia. Że zdobył coś wartościowego. Z  opisów można było wywnioskować, że to cenne, z  domysłów, że to zapewne złoto. Pisał niby szyfrem, przestawiał słowa i  litery, ale mając wszystkie listy można się było coś wywnioskować. Jestem ciekawa ile mój wnuk z  wojennych listów wyczytał i  czego się domyślił. Tak czy inaczej, zdecydował, że stanie się poszukiwaczem skarbów. Gdzie zdun zechce schować swój skarb? w  ten sposób zostały mi dwie dziury w  kominie. Modliłam się tylko, żeby z  wiosną nie zaczęła się rozbiórka całego domku, na przykład pod pretekstem jego odbudowania, bo bym musiała zbudować sobie jakiś szałas na lato i  wykopać ziemiankę na chłodniejsze dni.

Skończyło się tylko na zbadaniu ścian, na ile są mocne i  nie grożą zawaleniem, za pomocą aparatu o  okrągłym talerzu – czujniku. Metaldetektor – tak się nazywał ten sprzęt do badania ścian, sufitu i  podłogi. Piszczał przy metalowych futrynach, progu i  szafkach z  garnkami, ale nic nie wykrył w  ścianach i  to mnie uspokoiło, ale zasmuciło mojego wnuka.

Mój wnuk niewiele ma po mnie. To głupi i  zarozumiały młodzieniec. Jakby był mądry, to więcej by zyskał. Obydwoje bylibyśmy bogaci, a  tak, obydwoje klepiemy biedę. On skarbu nie znalazł, a  ja żyjąc w  zimnie, tyle z  tego mam, że przynajmniej się zahartowałam. Bytuję w  pełnej zagadek krainie zimna. Najpierw przedwojenna biżuteria, a  teraz skarb Leona.

 

ALINA

Logika

Dzisiaj odwiedził mnie Stasio. Tym razem nie wpadł na chwilę, ale rozsiadł się wygodnie w  fotelu i  został dłużej. Nie patrzyłam na zegarek, ale był u  mnie na pewno dłużej niż pół godziny. Pomyślałam, żeby go poczęstować koniaczkiem. Miałam to na końcu języka, aby zaproponować mu lampkę, gdy nagle uświadomiłam sobie, że nie mam koniaczku, tylko wódkę. Żołądkowa gorzka. Dawniej Stasio kupował mi koniaczek, który nazywał się winiak klubowy. Kiedyś zabrakło go w  pobliskim sklepie i  przyniósł ową gorzką, która mi posmakowała. Przyzwyczaiłam się do dobrego trunku.

Żołądkowa gorzka tak naprawdę ma słodki smak. Kto to wymyślił? Ludzie pijąc zwykłą wódkę, biorą kieliszek do ust i  później mówią brr, uff, pfu i  wypuszczają ze świstem powietrze. Niektórzy przed wypiciem nabierają dużo powietrza i  później świszczą. Zaraz po tym biorą do ust kawałek boczku albo szynki, by nie czuć na języku wódki. To pewnie dlatego wódkę nazwano gorzka, aby ludzie myśleli, że jest jak piołun, a  smak zrobili słodki, by nie wstrząsali się i  świszczeli po wypiciu. Na mój rozum to nielogiczne, ale reklama jest nowoczesnym wynalazkiem i  bywa pokrętna. Jednego ciągle nie pojmuję. Ludzie piją coś, co nie smakuje, to po co piją? a  po co niektóre kobiety piją niedobrą wódkę, jeśli wypijają jeden, dwa kieliszki. Po takiej małej porcji nie ma efektu a  smak zepsuty. Ja mam swoją leczniczą dawkę. Pani doktor, kierownik przychodni powiedziała, że jeden kieliszek na ciśnienie krwi, bo za małe. Stasio przyniósł mi kieliszek. Czterdzieści mililitrów. Stasia tym nie poczęstuję. To alkohol dla innych ludzi, takich pospolitych, nie dla niego. Waham się, może jednak zapytać?

W zeszłym tygodniu o  mało nie przewróciłam się. Przyszło mi do głowy, że mam za niskie ciśnienie i  wypiłam pełen kieliszek. Nie zmierzyłam ciśnienia i  nie sprawdziłam, czy po wypiciu wzrosło. Mam ciśnieniomierz, ale wyszła z  niego rurka i  gdy ją wkładałam, to się złamała i  teraz syczy i  nie pompuje powietrza tam, gdzie trzeba. Nic nie mówię, bo nie chcę, aby ktoś pomyślał, że jestem niezdarna. No, ale ciśnienie się czuje. Słabe było, to wypiłam drugi kieliszek i  zaczęło się. Skołowało mi się w  głowie i  całe szczęście, że udało mi się oprzeć o  ścianę. Później usiadłam na podłodze i  tak siedziałam z  kwadrans, a  może dłużej. Wszystko wokół wirowało. Pokój kręcił się w  kółko, a  ja w  jego środku. I  było całkiem przyjemnie, tyle tylko, że siedziałam na podłodze jak żaba. Gdyby ktoś mnie zobaczył, to by pomyślał, że stara pijaczka. A  zaraz po tym przyszło mi do głowy, że rzeczywiście ktoś zaraz przyjdzie. Na przykład Pocztarek, co przynosi mi emeryturę. Co prawda, na niego jeszcze nie pora, ale kto to wie, możliwe, że w  tym miesiącu dadzą wcześniej. A  drzwi są zamknięte od środka. Olśniło mnie, że nikt mnie w  takim upitym stanie nie zobaczy, bo nie wejdzie do mieszkania. Także i  Stasio, chociaż ma klucze, bo zamek od środka ma dodatkową zasuwkę. Zdenerwowałam się, bo obiecałam, że nie będę używała zasuwki, ale zapomniałam. Ciągle o  tym zapominam. Gdyby teraz przyszedł Pocztarek, nie odebrałabym pieniędzy. Gdy tylko usłyszy, że ktoś się w  środku rusza, ale nie podchodzi do drzwi, to jak nic pójdzie do ochrony, panowie zadzwonią do Stasia, a  ten każe im wyważyć drzwi. Zobaczą starą pijaczkę, która siedzi bez ruchu na podłodze i  nie ma siły, aby się ruszyć z  miejsca. Ale wstyd. I  zdenerwowałam się jeszcze bardziej. Właśnie wtedy zadzwonił dzwonek.

Wybełkotałam niewyraźnie – kto tam?… Ale ten, kto był na korytarzu, nic nie usłyszał, bo zadzwonił powtórnie, a  potem głośno zapukał. Myślałam, że oszaleję, że teraz to na pewno wyważą drzwi i  mnie zobaczą w  takim stanie…

Przed oczami pojawiły się jasne plamki, niby gwiazdy i  zasłabłam. Sygnały z  zewnętrznego środowiska przestały do mnie docierać. Nie dowiedziałam się kto dzwonił i  pukał, ale nie był to Pocztarek, bo emeryturę mi przyniósł trzy dni później. Kiedy się ocknęłam nikt już się do mnie nie dobijał. Jakimś cudem, powoli udało mi się doczłapać do pokoju. Położyłam się obok łóżka. Gdyby ktoś mnie tak zastał, to mógłby pomyśleć, że spadłam z  posłania. Zasnęłam.

Dopiero kilka dni później doznałam olśnienia. W  tym feralnym dniu od rana bolała mnie głowa. Połknęłam kilka pastylek z  krzyżykiem, później dodatkowo parę sztuk bez krzyżyka, ale ból nie przechodził. Na koniec wypiłam łyżkę nerwosolu, leku ziołowego, ostatecznie nieszkodliwego. Ból ustąpił. Zapomniałam o  lekach i  dla zdrowotności napiłam się żołądkowej. To mnie zgubiło. Na przyszłość muszę uważać.

Stasio przyszedł z  wizytą. Zapytałam go, czemu do mnie nie przyszedł wczoraj. Uwolniłby mnie od feralnego alkoholu. Przy nim pełnego kieliszka bym nie wypiła. Zaczął mi tłumaczyć, co robił poprzedniego dnia, ale było to dla mnie za trudne, więc zaczął jeszcze raz, od początku, tylko wolniej. Rano pojechał do sklepu, po zakupach do biura, z  biura ze swoim szefem na lotnisko, tam odprawa (nie dopytałam co to takiego – zrobię to przy najbliższej okazji). Po odprawie wsiedli do samolotu i  polecieli do Frankfurtu. Taki samolot to leci dziesięć kilometrów nad ziemią. Próbuję sobie wyobrazić, ile to jest. Do kościoła miałam dwa kilometry i  jako młoda i  silna kobieta szybkim krokiem szłam około pół godziny. A  więc pułap, na którym leci samolot to pięć takich tras do kościoła. Najszybciej bym doszła w  dwie i  pół godziny. Jako młódka, a  teraz? Ale gdzie tam, gdybym chciała iść tam, gdzie latają samoloty, to bym musiała iść pionowo – a  to by było wolniej… Ale głupia jestem, nie można przecież iść w  górę, na dodatek przez powietrze… Wyobraźnia, jak mówią mądrzy ludzie, to potęga, ale mnie zbyt mocno ponosi.

Wracam do Stasia i  jego dnia wczorajszego. We Frankfurcie złapali taksówkę i  pojechali do jakiegoś miasta, gdzie mieści się dyrekcja główna ich firmy. Tam mieli spotkanie, po którym znowu na lotnisko, po czym samolot przyleciał do Warszawy na dziesięciu kilometrach. Ja bym się chyba bała. Nie tego, że spadnę, ale że wszystko z  góry takie małe i  dalekie.

Po wylądowaniu okazało się, że zaginął bagaż i  szukali go prawie godzinę. Znaleźli na szczęście i  pojechali do biura. Tam zrobili naradę, by przygotować to, co kazali im zrobić na zebraniu w  centrali, po czym Stasio pojechał do domu. W  domu pilnował syna, Marka, by odrobił angielski, zjadł kolację i  poszedł spać.

Długi był ten dzień i  o starej ciotce zapomniał. Ale on mówi, że nie zapomniał, tylko, niestety nie miał ani możliwości, ani siły. A  to na skróty tylko pół kilometra. Ja skrótami nie chodzę, ale dla młodych to duża wygoda. Mógł przyjechać samochodem w  kilka minut. Mam pewność, że był zmęczony, ale fakty są takie, że zapomniał i  tyle.

Ale nie dlatego o  tym wspominam. Jestem dla Stasia pełna podziwu, że wczoraj, mając tyle różnych spraw, kolejność mu się nie pomyliła. Do interesów to trzeba mieć głowę.

 

NOWICKA

Logika

Raz jeden nadużyłam alkoholu. Mróz ścisnął i  aby nie zamarznąć, kupiłam butelkę wódki. Zatkałam dziurę od pieca w  kominie i  paliłam tylko w  otworze po kuchni. Ale kiedy temperatura spadła i  lód rozsadził szklankę, w  której zostawiłam trochę niedopitej herbaty, poszłam do monopolowego.

Podzieliłam zawartość butelki na dziesięć równych porcji, każda w  kieliszku po pięćdziesiąt mililitrów i  z  zegarkiem w  ręku piłam jedną porcję co pół godziny. Nad ranem to już miałam tak dobry humor, że zaczęłam śpiewać, ale nie mam talentu, to zaraz przestałam, żeby nie było wstyd. Wydawało mi się, że rozumiem wszystkich tych pijaków, którzy piją wódkę i  postanowiłam, że ja też będę wprowadzać się w  dobry humor, na ile oczywiście starczy mi emerytury.

Następnego dnia przyszła odwilż i  to co nazywają kacem. Natychmiast od postanowienia picia odstąpiłam. Kolejnego ranka stwierdziłam, że kac nadal trzyma i  nie wcale nie było mi wesoło. Nie mam Stasia, który by mnie ratował, zatem sama sobie muszę jakoś radzić.

Wstrzemięźliwość także może być przyczyną radości. Niedosyt jedzenia, lekkiego głodu, pragnienia, rezygnacja ze smakołyków. Wyraźnie czuję to w  swoich trzewiach. Chciałabym przygotować obfity obiad, napić się więcej słodkiej oranżady, zjeść kilka moich ulubionych krówek. Ale wówczas bym przegrała. Nie osiągnęłabym celu, który sobie zaplanowałam. A  cel jest dla mnie ważniejszy od sytości i  gęby pełnej słodyczy.

Zapytałam samą siebie, po co mi te cele i  po co je sobie wyznaczam w  wieku dziewięćdziesięciu lat? i  do tego takie ambitne, np. pójście do kościoła na piechotę. Dwa kilometry to półtorej godziny w  każdą stronę. Dobrze wiem, że bez celu życie zaraz ze mnie ucieknie. To tak jak przekłuć balon. Pęknie na strzępy i  zostanie sflaczała guma.

Ułożyłam plan dnia i  wprowadziłam go do kalendarza zajęć od kolejnego poranka, kiedy przestała mnie boleć głowa i  kacenjamer przestał wywoływać we mnie wymiotne odruchy.

Pobudka o  szóstej trzydzieści i  gimnastyka. Po tym toaleta. Kompletnie ubrana jem śniadanie i  idę po zakupy. Do trzech sklepów: najpierw spożywczy, następnie mięsny i  na koniec warzywniak, bo warzywa są ciężkie a  budka zlokalizowana najbliżej mojego domu. Robię obiad. Przed obiadem pół godziny relaksu. Oto siedzę w  bujanym fotelu z  zamkniętymi oczami, przy spokojnej muzyce i  nie myślę. Ależ wspaniale. Po obiedzie spacer. Później czytanie kobiecych pism i  rozwiązywanie krzyżówek, aż do kolacji. Po kolacji kolejny relaks; będę krzyżykami wyszywała obrazki. Do tego lampka wina, ale jedna i  trochę muzyki. Tak postanowiłam żyć. Planowo.

 

ALINA

Wzrok

Widzenie świata to ważna rzecz. Zaraz po widzeniu następne miejsce dałabym smakowi. Powonienie bez wątpienia ma równie duże znaczenie, a  słyszenie dźwięków, przynajmniej dla mnie, jest najmniej ważne. Zostaje dotyk oraz błędnik gwarantujący równowagę. Z  dotykaniem to sprawa ma się tak, że zależy czego się dotyka. Miłe są futerka, ale na przykład nie wyobrażam sobie w  domu kota. Chodziłby wszędzie, miauczał i  biegał, i  wszystko przewracał. Pies niby lepszy, ale z  psa sierść wyłazi, to i  sprzątać dodatkowo trzeba, no i  na spacery z  nim chodzić. Nie dla mnie na stare lata. Błędnik zaś mam zepsuty, a  już na pewno źle skalibrowany. Ciągle się kiwam i  wydaje mi się, że lecę w  jakąś przepaść. Kołuje mi się w  głowie, jakbym wypiła za dużo. Muszę szybko podeprzeć się na stole, drzwiach, oprzeć o  ścianę. Boję się, że kiedyś się przewrócę.

Stasio mówi, że te moje problemy wynikają z  zaćmy, która mi się zrobiła na oczach. Zasłania świat, niczym półprzezroczysta kurtyna, która sprawia, że widzę wszystko zacienione, a  kolory są zmieszane z  szarością. Ta zaćma to sprytna choroba. Najpierw wchodzi lekko na jedno oko i  człowiek patrzy drugim, potem wejdzie na drugie, wraca do pierwszego i  tak po kolei, co rok to gorzej. Na koniec to starałam się patrzeć lewym i  prawym jednocześnie, siłą woli koncentrując się na oglądanym obiekcie, a  i  tak widziałam bardzo niewyraźnie. Ponadto straciłam wyczucie odległości i  kształtów. Nie mogłabym być malarką i  malować krajobrazy, co najwyżej akty, czyli to, co mogę zobaczyć z  bliska. Ale tych drugich to chyba nie, bo niedowidząc, mogłabym źle przedstawić kształty. Z  chudej zrobić grubą, albo z  pulchnej kościstą. Uff. Malarką i  tak nie zostanę, bo nie mam talentu. W  latach młodości próbowałam, ale bez efektu. Śpiewać również nie potrafię. W  ogóle nie mam żadnego artystycznego talentu.

Stasiowi chodziło o  moje bezpieczeństwo. Żebym się nie przewróciła i  nie połamała. Poszliśmy do okulisty, a  później okazało się, że był to kolega mojego siostrzeńca ze szkoły średniej. Tłumaczył mi i  wyjaśniał, co będzie robione. Zwykły zabieg. Trzeba go jednak robić w  uśpieniu. Wyjmuje się mętną zaćmę i  montuje nowe soczewki. Podobnie do wymiany żarówek w  samochodzie – cóż w  tym może być skomplikowanego? Zgodziłam się od razu. Dobrze widzieć, to żyć na tym świecie, nie widzieć, to wegetować.

Najpierw zoperowano mi jedno, po trzech tygodniach drugie oko. Przejrzałam dobrze na obydwa i  przeraziłam się. Początkowo wszędzie widziałam tęczę. Byłam pełna obaw, ale okulista wyjaśnił, że to normalne, bo nowe soczewki przez pewien czas się rozprostowują. Światło się w  nich załamuje jak w  pryzmacie i  rozszczepia na różne kolory. Z  tych, które widziałam, najbardziej podobał mi się fioletowy. Był intensywny i  nie mieszał się z  szarością jak zielony czy pomarańczowy. Czerwony, który pojawiał się na drugiej stronie tęczy, też był całkiem ładny.

Minęło kilka dni i  tęcza znikła. Zobaczyłam, że mam brudne okna, że ubrania, które uważałam za fioletowe, tak naprawdę mają buraczkowy kolor. Inne zaś są zielone, a  nie beżowe. Prawie połowa bluzek i  spódnic do wyrzucenia. Ja w  takie kolory ubierać się nie zamierzam.

Najbardziej żałosnym i  bolesnym był obraz mojego ciała. Wiedziałam, że jestem stara i  pomarszczona, ale że aż tak… Na czole, na policzkach, wokół ust i  nawet na brodzie. Trochę pożałowałam, że zgodziłam się na ten zabieg. Rozpłakałam się.

A potem pomyślałam, że jestem taka jaka jestem i  tak mnie widzą inni. I  uśmiechają się do mnie i  rozmawiają ze mną. Nie jest więc tak źle.

Dzięki nowym oczom mniej się chwieję i  zaczynam dostrzegać piękno otaczającego mnie świata. Dobrze widzę park za oknem i  wspaniałą kopułę kościoła, ruch na ulicy, ludzi, kolory. Widzę wyraźnie. Ale teraz patrzę tylko w  okno, w  lustro nie.

Po kilku tygodniach przyzwyczaiłam się do swojej, można powiedzieć nowej twarzy.

Ludzie na wszystko narzekają. Niewątpliwie mają trochę racji, ale narzekać należy tyle, ile trzeba. Większość z  narzekaniami jednak przesadza. Czas przestawiają na letni, za krótki urlop, nie ma pracy, deszcz siąpi przez pół lata. A  jakby tak nie mieli wcale urlopu? Jak słyszałam, w  Chinach nie ma i  pracują codziennie. Człowiek, który w  ogóle nie ma pracy to ma prawo być przygnębiony, ale szukanie takiego zajęcia, gdzie się niewiele robi, a  dużo zarabia to samo w  sobie jest uciążliwą pracą i  wymaga nie lada wysiłku. Wszystkie te dobrze płatne fuchy są dawno obstawione. Wiele osób psioczy na pogodę, co można usłyszeć najczęściej. Znaczy, że mają za dobrze. Istnieje powszechne przekonanie, że czasy ciężkie, ale kiedyś nie były lżejsze. No tak, czasy są ciężkie, to choćby pogoda powinna być dobra. Czasem upał, czasem leje, czasem ciepło, a  kiedy indziej zimno i  jeszcze wiatr silny wieje. Pogody się nie przewidzi, można co najwyżej prognozować. Takie prognozy można zobaczyć w  telewizji. Mówią, że będzie słońce bądź deszcz, ciepło lub zimno. To, co pewne to data i  godzina, o  ile im zegarek dobrze chodzi. Reszta informacji to bujda. To znaczy pokazują to, co się zdarzyło, ale mówią jakby o  czymś innym. O  polityce i  o finansach, o  wojnach i  przestępstwach, o  trzęsieniach ziemi i  tsunami, o  powodziach i  suszach, głodzie, śmierci i  innych tragediach. O  dobrych rzeczach rzadko wspominają. Liczy się głównie sensacja. Sensacja przyciąga uwagę, a  gdy uwaga przyciągnięta to i  na reklamie zarobić można więcej. Ostatnio widziałam taką reklamę, której sceneria spodobała mi się. Kobieta stała przy budce z  piwem. Była odwrócona tyłem. Obok stało dwóch mężczyzn. Jak na komendę, wszyscy podnosili butelki z  piwem i  pili. Gdy kobieta odwróciła do kamery to tylko jej twarz było widać. Tak naprawdę to był mężczyzna, tylko z  utapirowanymi włosami, spryskanymi lakierem. Miał wąsy i  kilkudniowy zarost. Odważna reklama, zabawna, a  i  muzyka ciekawa. Scenka ładna i  tyle. Nie domyśliłam się, co było reklamowane: lakier do włosów czy piwo? Ja bym to załatwiła inaczej. Mam nawet kilka pomysłów. Chwytam w  lot te wszystkie zawiłości i  mogłabym być niezłym menadżerem od reklamy – tak mi się zdaje.

Wracając do narzekania. Ja nie narzekam. Mam mieszkanie, emeryturę, wspomnienia, telewizor, a  i  ubrań w  odpowiednich kolorach mi trochę zostało. Zasadniczo ciężko nie choruję, mam opiekę, Lucynka ma u  mnie obowiązki, Stasio przyjdzie. I  ten mój prywatny, wspaniały widok z  okna. Aleje i  stare drzewa. Niektóre są sporo starsze niż ja, co niektórym może wydawać się dziwne, ale to prawda. Drzewa są długowieczne.

Stasio powiedział, że niedługo nadejdzie kolej na poprawę słuchu, ale na to się nie zgodzę. Jak na moje potrzeby słyszę aż nadto dobrze. Wiem co do mnie mówią ludzie i  kojarzę to wszystko. Nie dociera za to do mnie harmider z  ulicy. Mogę szeroko otworzyć okno i  nie przeszkadza mi warkot samochodów ani krzyki dzieci na placu zabaw. A  gdy czegoś niedosłyszę, to trzeba mi powtórzyć. Tak naprawdę to źle słyszę, jeśli ktoś mówi niewyraźnie. Trzeba do mnie mówić głośno, wyraźnie i  powoli, to rozróżniam każde słowo. Na lewe ucho rzecz jasna – na prawe jestem całkiem głucha – to po szkarlatynie, którą przeszłam w  młodości. I  jeśli nie podoba mi się to, co słyszę, albo czegoś nie chcę usłyszeć, to mam wymówkę.

Wolałabym poprawić sobie zmysł powonienia. Mieć więcej tych wspaniałych receptorów. Istnieje tak dużo różnych, przyjemnych zapachów. To jednak niemożliwe. A  szkoda. Ostatecznie nie mogę narzekać, bo potrafię poczuć zapach konwalii, smażonego mięsa, truskawek i  pomarańczy.

Czas przyspiesza. Dni powszednie są niby mrugnięcie okiem, sobota i  niedziela to szybkie mrugnięcie. Dni zlewają się w  tygodnie, te w  miesiące. Starzeję się coraz bardziej w  tym pędzie. Cóż to dla mnie jeden dzień. Kiedyś, gdy miałam dwadzieścia lat, to dzień był relatywnie większą częścią mojego życia i  trwał odpowiednio dłużej. Jeżeli pożyję jeszcze trochę, to dni pomieszają się z  nocami. Jasność połączy się z  ciemnością. Wszystko stanie się szare, jak w  zaćmie.

 

NOWICKA

Wzrok

Kupiłam sobie wiatrówkę. Sprzedawca patrzył na mnie jakoś dziwnie, ale nie odezwał się słowem. Pozwolenia nikt nie wymaga, pełnoletnia stałam się kilka ładnych dekad temu, niech sprawdzi w  moim dowodzie, i  mam gotówkę. Wybrałam opcję z  długą lufą, zbiornikiem na sprężone powietrze, aby jej ręcznie nie naciągać, lekką i  łatwą w  obsłudze. Kosztowała pół emerytury, ale nie żałowałam tego wydatku. Wszystko przez mój wzrok.

Alina miała operację na oczy. Zadzwoniła do mojej sąsiadki, żeby się pochwalić, a  ta poprosiła mnie do telefonu. Opowiedziała całą historię i  dowiedziałam się wielu innych rzeczy. Na przykład, że przez pewien okres widziała tęczowe odblaski na wszystkich świecących powierzchniach, że ubrania jej nagle zmieniły kolor, że drzewa są bardziej zielone niż kiedyś.

Wystraszyłam się, że z  moim wzrokiem może być coś nie tak, ale do przychodni nie mam zamiaru pójść. Skierują mnie do okulisty, wizytę wyznaczą mi za pół roku i  przez kolejne tygodnie będę się zamartwiała, że coś w  badaniu źle wyjdzie. Doszłam do wniosku, że zbadam się sama. Wiatrówką. O  ile będę strzelała celnie, to znaczy, że wzrok mam nadal dobry, a  jeśli będę miała problem z  trafieniem do tarczy, dopiero wówczas zacznę się martwić.

Po tygodniu ćwiczeń strzelałam lepiej niż niejeden snajper, pod warunkiem, że wokół panował idealny spokój. Problem pojawił się, gdy pijacy wybrali sobie latarnię stojącą najbliżej mojego domu na popijawy. Przynieśli mały stolik, rozkładane taborety i  zaczęli imprezować. Swoimi idiotycznymi dyskusjami burzyli mój zorganizowany porządek dnia począwszy od kolacji, aż do później nocy. Nie mogłam tego tolerować. Do sumienia nie zamierzałam im przemawiać, bo sumienia i  co z  tego wynika, poszanowania bliźniego, nie mieli za grosz. Szukałam innej sposobności. Myślałam, myślałam, aż nagle pojawił się pomysł, który ostatecznie wdrożyłam w  życie.

Kupiłam statyw do wiatrówki, aby nie poruszała się w  trakcie strzelania i  rozpoczęłam płoszenie amatorów wódki. Pierwsza ołowiana kulka trafiła w  latarnię. Żarówka pękła na wiele kawałków, które spadły na opojów. Niestety elektryk wymienił żarówkę następnego dnia rano. Nie pozostało mi nic innego, tylko kontynuować.

Pijacy wynieśli się po trzech dniach, a  następnego ranka do moich drzwi zapukał policjant, nasz Kaźmirek. Stojąc w  drzwiach powiedział, że musimy udać się na komendę, żeby spisać zeznanie, bo przecież muszę się przyznać do tego, co zrobiłam. Zdziwiłam się, że będąc zaraz przed emeryturą wykazuje się taką nadgorliwością, ale cóż było robić.

W zeznaniu ma się rozumieć nic nie wspomniałam, że mam rewolwer sprzed wojny, zamurowany za futryną drzwi wejściowych. Dość, że na temat mojej pneumatycznej strzelby rozpisał się na trzy strony.

 

ALINA

Lektura

Minęły jakieś dwa miesiące od dnia, w  którym Stasio przyniósł mi do czytania kolejną książkę. Zanim mi ją przyniósł, powinien do niej zajrzeć i  zapoznać się z  treścią, choć pobieżnie. Od razu wiedziałby, że to nie dla mnie. Za trudna. Święty Jan od Krzyża. Średniowieczna filozofia o  szukaniu Boga. Napisał ją człowiek głęboko wierzący i  znający się na rzeczy. Nie jakaś tam dewotka, a  filozof.

Stasio zadzwonił po kilku dniach, a  ja, zamiast powiedzieć, że to nie dla mnie, to skłamałam, że sporo czytam i  że mi się podoba. Ale wtedy nie mogłam powiedzieć, że to nie dla mnie, bo do książki jakoś nie zajrzałam. Narozrabiałam. Tym samym zmuszona byłam ją przeczytać.

Po wstępie i  pierwszych dwóch rozdziałach resztka moich włosów stanęła mi dęba na głowie. Prawie niczego nie zdołałam zapamiętać, a  tym bardziej zrozumieć.

Nie miałam okazji, aby zdobyć wykształcenie. Skończyłam przedwojenną szkołę powszechną w  Borowicach i  na tym koniec. Takie były czasy. Nauczono mnie czytać, pisać, rachować, dużo było historii o  drodze naszej ojczyzny do niepodległości, nieco geografii i  przyrody. Można inaczej: dużo było historii, czytania i  pisania, i  raczej mało matematyki. Filozofii jakiejkolwiek nie było wcale. Jeden z  nauczycieli, co prawda wyglądał na filozofa. Nosił długą brodę, miał mocne szkła w  okularach, grube jak denka butelek i  palił fajkę. Nauczyciel ten, o  ile pamiętam, uczył chłopców robót ręcznych. Była też religia, ale ta skupiała się głównie na nauce na pamięć modlitw.

Chłopcy kształcili się dłużej. Niektórzy szli do szkół uczących zawodu: na maszynistę (tak zrobił Kazik), na elektryka (młodszy brat mamy, Mietek), na rachmistrza (jak Leon, brat Kazika i  mąż Nowickiej). Na rachmistrza to trzeba było dodatkowe kursy mieć, zaś edukacja zarezerwowana była dla garstki najzdolniejszych. Leonowi do kursów dopłaciła cukrownia. Chłopcy z  biedniejszych rodzin szli do terminu i  uczyli się na szewca, kowala, rymarza, masarza, a  co niektórzy w  ekskluzywnym zawodzie krawca. Niektórzy zostawali woźnicą, i  to też im wystarczało.

Skłamałam i  aby się to nie wydało, musiałam czytać. Dlaczego nie przyszło mi do głowy, aby po przeczytaniu pierwszych, niezrozumiałych rozdziałów, powiedzieć to Stasiowi? Ale nie przyszło.

Wertowałam rozdział po rozdziale, raz, drugi, trzeci, piąty… w  końcu powoli co nieco zaczęło do mnie docierać. Chociaż były rzeczy, których nigdy nie pojęłam. Trudno mi bowiem zinterpretować zdanie: „Aby dojść do poznania wszystkiego, nie chciej poznawać czegoś w  niczym.” Albo (też o  poznawaniu, bo mistyk pisze jeszcze o  innych rzeczach): „Aby dojść do tego, czego nie poznajesz, powinieneś iść przez to, czego nie poznajesz”. Ciekawe, czy Stasio by wiedział? Nie zapytałam go jednak. Nie chciałam rozpoczynać ze swoim siostrzeńcem filozoficznej dyskusji. Musiałam cierpieć. Skończyłam pierwszą część dzieła, przeczytałam drugą, która wydała mi się nieco łatwiejsza i  chociaż nadal nie wszystko rozumiałam, zdaje się, że stałam się po trosze filozofem. Niepodobna do nauczyciela od prac ręcznych, ale oczytana w  filozoficznych tekstach mistyka, filozofa i  reformatora Kościoła.

Szkoda tylko, że już z  nikim nigdy o  tym nie będę mogła porozmawiać. Nie mam z  kim, kto by się na tym znał, a  moje dni są policzone, więc nie zdążę zapoznać innego filozofa. Ale co wiem, to wiem.

Nieustająca analiza mistycznych tekstów zaczęła mnie męczyć. Muszę zaznaczyć, że nadeszły takie dni, w  których nie mogłam się opanować, aby nie wziąć książki do ręki. Kiedy nie potrafiłam czegoś sama sobie wyjaśnić, to nie mogłam zasnąć i  nawet nerwosol w  większych dawkach nie pomagał. Brałam się za czytanie. Bywało, że zasypiałam, ale po godzinie albo dwóch budziłam się zlana potem, nie mogąc we śnie znaleźć odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. We śnie wszystko się miesza. Nie kontrolowałam swojej w  takim trudzie zdobytej wiedzy, tego, co miałam poukładane na jawie, bądź sama sobie zadawałam dziwaczne pytania, a  potem bezskutecznie szukałam na nie odpowiedzi. Ależ się namęczyłam. Potu więcej niż po aspirynie i  na dodatek spore, śliwkowego koloru sińce pod oczami. Zaczęłam wyglądać jak upiór.

Po kolejnej nieprzespanej nocy postanowiłam zakończyć swoją przygodę z  mistykiem, świętym Janem od Krzyża. W  pierwszym odruchu chciałam cisnąć dziełem o  ścianę, a  potem wyrzucić księgę przez okno. Zdążyłam w  porę się opanować. Po pierwsze, jeżeli Stasio zapyta o  książkę, to co mu powiem? Już raz skłamałam. Po drugie, to byłby chyba grzech, żeby takie mądre dzieło zniszczyć. I  po trzecie, jeszcze ktoś by zobaczył, że stara baba wyrzuca opasły tom przez okno i  wygląda, gdzie poleciał (na pewno bym wyjrzała). Ale byłby wstyd.

Doszłam do wniosku, że jedyną rzeczą, którą mogę zrobić, to oddać książkę Stasiowi. Oddać i  sprawę pominąć milczeniem. Będzie o  coś pytał, to zaproponuję, by sam przeczytał, to porozmawiamy. Stasio bezustannie zalatany, nie będzie miał okazji, aby wziąć dzieła świętego do ręki. I  problem z  głowy.

Ubrałam się, a  książkę włożyłam do reklamówki, którą przywiązałam do balkonika. Dzień był słoneczny, bezwietrzny i  ciepły. Do przejścia prawie kilometr, bo na skróty mogłabym nie dać rady. Nie muszę się śpieszyć. Kostucha nie przychodzi, to muszę robić coś więcej niż siedzenie w  domu. Przez głowę przemknęła mi myśl, że wcześniej powinnam była do Stasia zadzwonić. Sprawdzić, czy zastanę kogoś w  domu, a  może i  poprosić o  podwiezienie, zamiast się męczyć. Ale myśl przemknęła za szybko i  zapomniałam o  niej. Poza tym wycieczka straciłaby swój urok. Samochodem jeździć nie lubię, zanim się do pojazdu wgramolę, muszę się bardzo mocno namęczyć, wytężyć wszystkie siły, po czym dyszę jak parowóz.

Mniej więcej w  połowie drogi, na obrzeżu parku jacyś dobrzy ludzie postawili ławkę. To dobrze, że droga biegnie wzdłuż parku. Przechodnie pomyślą, że wyszłam na spacer. Na ławce siedziałam dobre pół godziny. Nieco odpoczęłam i  chciałam ruszać w  drogę, gdy zaczepiła mnie pani w  średnim wieku. Zaproponowała pomoc. Zaoferowała się mnie odprowadzić, albo nawet podwieźć, bo ma samochód. Popatrzyłam w  jej ładne oczy, na włosy od fryzjera, ładny płaszczyk, na pierścionek na palcu i  bransoletkę na przegubie ręki, i  buciki na obcasie. Stanęła mi przed oczami młodość i  żeby nie zacząć płakać, zacisnęłam oczy. Opanowałam się i  ładnie podziękowałam. Powiedziała mi, że gdybym potrzebowała pomocy to mam się nie krępować, tylko prosić o  pomoc każdego napotkanego człowieka. To żaden wstyd, a  ludzie mi pomogą. Miała rację, ludzie by mi pewnie pomogli, ale czy to żaden wstyd dla potrzebującego? Ja bym tak tego nie ujęła.

Wytrwale dążyłam do celu. Po półgodzinnej wędrówce byłam wyczerpana. Ledwie żyłam. Ochroniarz pomógł mi wejść do klatki, podprowadził mnie pod drzwi mieszkania siostrzeńca i  zadzwonił. Dotarłam.

Do tej pory mam ten obraz przed oczami. Żona Stasia kiwa głową, śmieje się i  tłumaczy to, co z  czego doskonale zdaję sobie sprawę. Trzeba było zadzwonić. Mamy samochód. Stasio jeszcze w  biurze, ale ona pracuje w  domu, jedna z  moich siostrzenic także ma prawo jazdy. Wiem, wiem, wiem. Doskonale wiem, że muszę tego wysłuchać, i  nic nie mówić. Zatem słucham i  uśmiecham się. Potem tłumaczę, że chciałam się przejść, ale spacer okazał się zbyt ambitny, czego nie przewidziałam.

Zamykam oczy i  widzę całą sytuację. I  takich, zapamiętanych obrazów z  wiekiem jest coraz więcej. Wracam do nich i  analizuję, analizuję, analizuję bez końca. Sama nie wiem w  jakim celu.

Posadzono mnie w  fotelu. Naprzeciwko obydwie siostrzenice: Asia i  Kasia. Stasio po drodze z  biura robił zakupy, a  jego żona zamknęła się w  kuchni, żeby gastronomiczne zapachy nie przedostawały się do salonu.

Będąc z  młodzieżą sam na sam, zaczynam rozmowę. Mówią mi, że widziały mnie idącą ulicą. Chciały wyjść po mnie, ale znają mnie zbyt dobrze. Wyczuły, że chciałam dojść tu sama.

Podziękowałam im za to. To dochodzenie z  balkonikiem, ten romans, to godzina wysiłku, sapania, ale i  radości, że udało mi się. Moje kochane siostrzenice, gdy tylko skończyłam opowiadać, jakim cudem dotarłam do nich, wybuchły śmiechem i  za nic nie mogły się opanować.

Opowieść moja, zdaje się lepsza była od fragmentów z  mistycyzmu Jana. Ja, balkonik, policzki w  pąsach, oddech szybki, oczy rozbiegane, czułe słówka, spełnienie… Dochodzenie z  balkonikiem.

Dołączyłam do moich przyszywanych wnuczek, śmiejąc się wraz nimi do łez. Jak już udało nam się opanować, to wystarczyło tylko jedno spojrzenie na siebie i  zaczynałyśmy od początku.

Żona Stasia stała w  drzwiach kuchni i  przyglądała nam się z  zainteresowaniem. Wrócił mój siostrzeniec, a  my wciąż się chichrałyśmy. Zapytał, co takiego po drodze się wydarzyło. Odpowiedziałam, że ot efekt lektury książki, którą właśnie mu przyniosłam… nie dokończyłam, ponownie zaczęłyśmy się śmiać.

 

NOWICKA

Lektura

Pewnego dnia na zupełnie prostej drodze skręciłam nogę w  kostce. Stopa mi się zaplątała. Sąsiadka podwiozła mnie do szpitala. Najpierw czekałam kilka godzin na swoją kolej, po czym chirurg zlecił prześwietlenie i  znów czekałam na swoją kolej. Tak, jakby nie mogli od razu mi nogi prześwietlić, skoro i  tak było wiadomo z  czym przychodzę. To się nazywa procedury medyczne i  napisał je jakiś dureń.

Ostatecznie stopę włożono mi w  gips i  byłam wolna. Nikt nie pomyślał o  tym, by odwieźć mnie do domu karetką. Sąsiadka nie mogła tyle czekać i  dawno już odjechała. Kuśtykając na kulach, szłam w  stronę przystanku autobusowego. Odległość z  miasta do Borowic wynosi ponad dziesięć kilometrów i  jedzie się autobusem ponad dwadzieścia minut. A  później, do domu dodatkowo kilkaset metrów od przystanku piechotą. Kiedy dotarłam do domu byłam bez życia.

Gips zmusił mnie do pozostawania w  domu, a  nadmiar czasu do czytania. Z  dwóch powodów. Po pierwsze, aby zapomnieć o  swoim inwalidztwie, po drugie zaś ze względu na to, że czytanie zawsze sprawiało mi przyjemność. Lubiłam kolorowe magazyny dla kobiet, ich lektura wydawała mi się bardzo interesująca – znajdowałam dużo informacji o  sławnych ludziach, tak zwanych celebrytach. Wstyd się przyznać, ale z  niektórymi się utożsamiałam.

Piątego dnia zrezygnowałam z  kolorowych czasopism i  wzięłam do ręki Pismo Święte. Zaczęłam od samego początku. Stworzenie świata: woda, ziemia, niebo, rośliny, zwierzęta, lepienie ludzi: Adama i  Ewę, wypędzenie z  raju, przygody Noego z  potopem i  inne historie starożytnych ludzi. Ciekawsze od kryminału.

Losy Józefa, którego bracia sprzedali do Egiptu przeczytałam trzy razy. Świetna historia. Skończyłam ten trzeci raz i  olśniło mnie, że Józef zrobił coś, co funkcjonuje po dziś dzień. W  Egipcie nastały lata suszy i  nieurodzaju. Chłopi, aby nie pomrzeć z  głodu, musieli dostać ziarno od faraona, który miał spore zapasy, jak to król – był bogaty. Józef, swoim żydowskim rozumem wymyślił, że za ziarno chłopi muszą oddać posiadaną przez siebie ziemię swojemu władcy. Będą mogli ją dalej uprawiać, ale będą musieli za to oddawać część zbiorów, bydła i  wszystkiego innego co im rola da. Józef, spryciarz wymyślił i  wprowadził podatki. Prawdziwy cwaniak. Do tej pory widzę na kartce, którą dostaję razem z  rentą, linię o  nazwie podatek. Ciekawe, czy gdyby nie ta akcja ze starożytności, to moja renta byłaby wyższa?

 

ALINA

Kolęda

Obecnie mamy kolędę, „przedkolędę” i  „pokolędzie”. U  mnie po kolędzie przyszedł ksiądz w  październiku, to niby przed kolędą. Kolędy się śpiewa po Bożym Narodzeniu. Wszędzie mamy czasy nowoczesne: na ulicy, w  domach, w  szkole, to i  w  Kościele zwyczaje się zmieniły.

Najpierw była kartka w  drzwiach z  terminem wizyty duszpasterza, żebym mogła się przygotować. Czekałam w  tym październikowym dniu na księdza i  doczekałam się. Był zaraz po piątej. Przyszedł sam Proboszcz, postawny mężczyzna zaraz po pięćdziesiątce.

Gdybym mogła wrócić do dni, gdy miałam pięćdziesiąt lat… to bym sobie użyła życia. Nie tak, jak je przeżyłam. Dalej cofać bym się nie chciała. Oczywiście musiałabym mieszkać w  Warszawie i  mieć pieniądze z  najmu pola dla cukrowni i  na dodatek rentę po Kaziku. Zaczęłam zastanawiać się, co wówczas bym zrobiła.

Po pierwsze zapisałabym się na kurs jakiegoś ognistego tańca typu samba. Chodziłabym do kina raz w  tygodniu. W  ładną pogodę na spacery do parku. W  deszczową do restauracji. Za każdym razem do innej. Do teatru raz na miesiąc i  do opery, i  na wystawy, i  do muzeów. A  raz na kwartał planowałabym wycieczki, po kraju i  za granicę. Pojechałabym do Wilna, do Jerozolimy, do Rzymu i  do Paryża. W  Paryżu poszłabym na spektakl do Moulin Rouge. I  pojechałabym do Las Vegas zagrać w  kasynie. A  jeśli by mi wystarczyło pieniędzy, to bym pojechała na wakacje do Hiszpanii, najlepiej na Majorkę, albo na Wyspy Kanaryjskie.

Miałabym przyjaciół i  dobrze bawiłabym się. Och, gdybym miała pięćdziesiąt lat. Teraz już za późno.

Przyglądam się ludziom po pięćdziesiątce, którzy żyją wokół mnie, to widzę samych wymęczonych półemerytów. Niektórzy z  nich mogliby żyć tak, jak ja bym chciała, ale żyją inaczej. Praca, dom, obowiązki, telewizja, kolacja i  spać. Sami sobie wyznaczają rytm bylejakości, to i  nie mają okazji zaznać przyjemności. Wyszło do rymu, ale wiersza nie będę próbowała pisać, jeszcze tylko tego brakowało.

Przy najbliższej okazji porozmawiam ze Stasiem. Za kilka lat dziewczynki wyjdą z  domu i  będzie miał więcej czasu dla siebie, to powinien zacząć tak żyć, jak mi się marzy. Musiałby zacząć za jakieś pięć, dziesięć lat, aby zdążyć, dopóki będzie miał siły, póki będzie mu się chciało i  zdrowie będzie dopisywało. Powiem mu to wszystko, choć nie wierzę, że zaufa mojemu doświadczeniu, bo kto się słucha starej ciotki?

Co do wieku Proboszcza nie mam zastrzeżeń prócz tego, że przydałoby mi się mieć jego wiek i  tego, że on sam, jako ksiądz ma mniejsze możliwości używania świata. I  tu znowu nie chodzi o  jakieś grzeszne wybryki. Kolęda od października do połowy lutego, a  nierzadko i  dłużej. Tyle teraz ludzi mieszka w  parafii. Już samo to nie pozwala mu na robienie innych rzeczy. Co prawda, od biedy, mógłby zapisać się na kurs samby, ale nie wiem, czy księdzu przystoi. Ponadto, to trudny taniec i  trzeba dużo ćwiczyć. Nie będę przecież pytała duchownego o  takie rzeczy.

Proboszcz, wielkie chłopisko. Wyglądam przy nim niczym pokurczony manekin. Pomodliliśmy się i  zaprosiłam go, by usiadł. Wybrał plastikowe krzesełko ogrodowe. Później przeczytałam na etykiecie, że mebel ma nośność do osiemdziesięciu kilogramów. Pod postawnym mężczyzną nie wytrzymał. Najpierw zgięły się, po czym z  trzaskiem popękały nogi. Wszystkie cztery na raz. A  potem oparcie. Duszpasterz niespodziewanie znalazł się na podłodze.

Przeraziłam się, że ja, stara, słaba i  chora nie zdołam mu pomóc, ale na szczęście nie było potrzeba. Sam się podniósł, uśmiechnął i  wskazał na stojącą na środku pokoju ławę. Leżąc na podłodze podejrzał, że deski pod blatem się rozeszły i  trzeba je poskręcać, bo niedługo mebel się rozleci. Ciągle na nim się opieram, to i  nie wytrzymał.

Kapłan dodał, że runął specjalnie po to, aby od spodu zobaczyć ławę. Taki dopust Boży, aby uchronić mnie przed wypadkiem. Co racja, to racja, z  góry, mając dwa metry wzrostu, za nic by tego nie zobaczył.

Ksiądz to ma nielekkie życie. Od rana do wieczora pracuje jak w  kieracie. Pamiętam dwóch młodych księży w  mojej starej parafii w  Borowicach. Byli grzeczni, ale od starszych kobiet stronili, jakby się wstydzili albo krępowali. Kiedy zbierało się Koło Przyjaciół Parafii, zawsze gdzieś znikali. W  ten sposób pojawiła się plotka, że jeden zagląda do kieliszka, a  drugi niewątpliwie pociesza jakąś zmartwioną grzesznicę. Pogłoska zaczęła zataczać coraz szersze kręgi.

Żadnego z  nich nigdy nie przyłapano na gorącym uczynku, za to stare baby miały o  czym gadać. Jakby swoich problemów nie miały. Chodziły do Proboszcza i  tak mu zatruwały życie, że w  końcu obydwaj zostali odwołani, po uprzedniej zgodzie biskupa. Dobrze, że sprawa nie oparła się o  Prymasa, a  ostatecznie i  o Watykan, tak ją zdołały upublicznić.

Dalsza część historii to wprost sensacyjna opowieść. Decyzja biskupa była ostateczna i  nie można się było od niej odwołać. Kiedy wszyscy usłyszeli ogłoszenie, że młodzi kapłani zostaną przeniesieni do innej parafii, owe kościelne kobiety natychmiast podjęły kolejną akcję. Znów się zbuntowały i  poszły z  wizytą do Proboszcza, a  później napisały petycję do biskupa, żeby księży jednak nie odwoływał. Głupie, zamiast napisać, że te wcześniejsze oskarżenia były wyssane z  palca, to napisały, że istnieją tylko przypuszczenia, że młodzi prowadzili się trochę niemoralnie, że na pewno się poprawią i  że są sympatyczni, powszechnie lubiani. Tryb przypuszczający, a  nie twierdzący pewnik skazał apelację na fiasko. Gwóźdź do trumny wbity przez dewotki – inaczej tej zgrai prostaczek nie nazwę. Zrobiły komuś krzywdę, a  same udawały święte. Już się wami zajmą odpowiedni przedstawiciele z  szarej strefy, jak tylko przeniesiecie się na tamten świat. Oj, dostaniecie do wiwatu.

Dobrze, że już tam nie mieszkam, bo ja też bym była jedną z  podejrzanych o  tą całą robotę z  donosicielstwem na wikarych. Gdybym nadal była w  tej grupie, to zgodnie z  przysłowiem krakałabym jak pozostałe wrony. Owszem krakałabym, kto wie, czy nie najgłośniej. Krakałabym i  pluła jadem.

Ludzie osądzają innych na podstawie własnych doświadczeń i  zbyt emocjonalnie do tego podchodzą. Przypomina mi się historia o  owocu zakazanych. Pokory i  pychy. Jako silna grupa modlitewna, chyba najbardziej transparentna w  całej parafii, czułyśmy się pewnie i  wymuszałyśmy na naszym duszpasterzu różne rzeczy. Pieśni na piątkową mszę, kto ma prowadzić różaniec, modlitwy, a  nawet to, czy koronka ma być mówiona, czy śpiewana.

Pamiętam ustalenia: trzy części mówione, dwie śpiewane. Ksiądz chciał, abyśmy czuły się ważne i  posadziwszy nas na krzesłach polecił, aby w  sprawie, z  którą przyszłyśmy pomodlić się, a  później wysłuchał czego chcemy. Pytał dlaczego. Uzasadniałyśmy jedna przez drugą, że będzie bardziej uroczyście i  w  końcu, po namyśle, wyraził zgodę.

Byłyśmy zadowolone ze swojego zwycięstwa. Bardziej zadowolone, że postawiłyśmy na swoim. Ochrypłe stare głosy miały prawo do zawodzenia. Teraz, z  perspektywy tylu już lat widzę, że Proboszczowi zupełnie nie zależało, czy koronka będzie mówiona, śpiewana, a  może trochę mówiona i  trochę śpiewana. Dowartościował nasz roszczeniowy zespół i  miał święty spokój na jakieś dwa, trzy miesiące. Później zaczęły się rozmowy na temat wystroju kościoła, w  tym jednego z  witraży. Ustaliłyśmy, że trzeba go wymienić, bo stracił kolory. Głupie byłyśmy i  ślepe.

A teraz nowocześni i  wykształceni ludzie, czyż oni czasem nie postępują podobnie jak nasza modlitewna grupa? Muszą mieć coś do załatwienia, bo jak nie, to nie wiedzą co ze sobą robić. I  dziwią się, że mają tyle obowiązków. Podatki do policzenia, do zapłaty abonamenty i  inne rzeczy, wybory, przepisy, demonstracje, wszystko jest po to, by się czymś zajęli. Jakby mieli więcej wolnego to nic, tylko telewizja i  komputer. Marnotrawstwo czasu. Do kościoła teraz mniej ludzi chodzi i  jego rolę przejęły urzędy.

 

NOWICKA

Kolęda

Czternastego stycznia o  piątej po południu przyszedł ksiądz po kolędzie. Odwiedził mnie sam Proboszcz. Wszedł do domku zasapany, czerwony na twarzy i  zmarznięty. Ale u  mnie niełatwo się rozgrzać. Mróz na dworze, a  moje palenisko tylko w  dziurze od komina. Od razu wiedział, że długo nie zabawi, wszystko robił bowiem w  pośpiechu. Najpierw wypytał o  szczegóły dotyczące braku kuchni i  pieca, po czym zaczął swoją duszpasterską posługę. Tak jak przypuszczałam trwała krótko.

 

Pomodliliśmy się wspólnie, po czym wręczyłam mu kopertę z  ofiarą. Wziął ją do ręki, otworzył, a  następnie z  kieszeni wyjął kilka banknotów, włożył je do mojej koperty i  mi oddał. Oto stał się cud. Nasz przewodnik duchowy, który wciąż potrzebował pieniędzy, dał mi zapomogę. Czyżby nie trzeba było poprawiać dachu, oświetlenia, witraży, ogrodzenia na cmentarzu, budować nowego śmietnika i  tak dalej i  tak dalej?

Stałam jak sparaliżowana. Usta mi zdrętwiały. Może to i  lepiej, bo nie wiedziałam, co powiedzieć. Powinnam była odmówić, chociaż podziękować, lecz nie zrobiłam nic. Wyobrażam sobie, że tak musi wyglądać figura woskowa przedstawiająca jakąś postać. Blada, znieruchomiała i  od razu widać, że bez życia.

Ksiądz nie zastanawiał się czy pozostawia mnie żywą czy nie. Zrobił znak krzyża i  wyszedł. Ocknęłam się z  odrętwienia i  zajrzałam do koperty. Przeliczyłam pieniądze – blisko połowa mojej emerytury. Dużo pieniędzy. Dla mnie to bardzo dużo.

Teraz, z  perspektywy kilku lat jestem przekonana, że to anioł kazał księdzu wspomóc starą, biedną kobietę bez kuchni i  pieca. I  to na dodatek nie chodziło o  mnie, bo jakoś dawałam sobie radę, paląc ogień w  otworach kominowych. To chodziło o  niego. Anioł to misja. On na pewno mieszkał w  duchownym. I  ujawnił się, dając mi kopertę z  pieniędzmi. Pozostałe byty mieszkające w  doświadczonym przewodniku parafii na moment przestały funkcjonować. Gdy wróciły do swoich zwyczajów, wyrzuciły dobrego ducha i  w  ten właśnie sposób jedyna, dana Proboszczowi szansa na poznanie anioła zniknęła bezpowrotnie. Co do tego mam pewność, w  końcu z  Proboszczem zetknęłam się później wielokrotnie.

 

ALINA

Nadzieja

Patrzę przez okno na ulicę. Sznury samochodów w  jednym i  w  drugim kierunku. Nie jadą tylko pełzną. Jestem pod wrażeniem, że każdy w  swoją stronę jedzie i  każdy w  tym ludzkim mrowisku potrafi odnaleźć drogę.

Dwadzieścia po szóstej wieczorem. Do domów wracają ci, którzy długo pracują, czyli Stasio i  jemu podobni. Siostrzeniec zapewne cierpliwie jedzie w  jakimś korku. Korzysta z  okazji i  dzwoni z  samochodu do swoich współpracowników. Ma możliwość, by spokojnie porozmawiać – tak mi powiedział. Ale co to za spokojny czas? w  takim ścisku, tłoku, trzeba uważać, aby na nikogo nie najechać. I  aż dziw bierze, że trąbią tak rzadko. Przyzwyczaili się. Mnie to by dawno trafił szlag. Zapewne kilka razy pod rząd.

Obserwuję ten samochodowy ścisk i  nie dziwię się, że Stasio, kiedy już dotrze do domu, a  po tym zje na kolację obiad, to mu się nie chce do starej ciotki przychodzić. Mnie by się nie chciało.

Ruszają, przyspieszają i  nagle hamują. Mają nadzieję, że w  ten sposób szybciej dojadą. Nadzieja na przekór rozsądkowi. Nadzieja to fałsz, pochodzący z  ciemnej strony czasu. Na pewno nie z  jasnej.

Myślę, że kiedyś, gdy ludzie żyli w  ciężkich warunkach, aby przetrwać, musieli żyć nadzieją, nie poddawali się łatwo, tylko do końca walczyli o  swoje. Dzięki temu zostawiali potomstwo. Dlatego prawie wszyscy potomkowie żyjących nadzieją, też ją teraz mają i  nie zastanawiają się nad tym, że zostali przez nią oszukani tyle razy. Oto mój dowód na istnienie ewolucji. Niezbity dowód. Przewaga bytowa związana z  nadzieją pozwoliła przetrwać i  rozsiać tę cechę tak doskonale, że teraz występuje u  wszystkich. Powiedzmy prawie u  wszystkich. Zawsze są jakieś wyjątki. Ale te wyjątki, jeśli na przykład nie skoczą z  mostu, ewentualnie nie otrują się (bo brak nadziei to prowadzi na pewno do samobójstwa), to leczą się u  specjalistów i  dostają otumaniające leki. I  po co takie życie? z  pewnością nie pozostawią po sobie potomstwa. W  ten sposób nadzieja się wzmocni, będzie jej więcej i  więcej, oszustki jednej.

Za kilka lat korki na drogach będą takie olbrzymie, że tylko ci z  nadzieją je przetrwają. Pozostali powyskakują ze swoich pojazdów i  nie dotrą do domów. Zostaną odesłani na leczenie i  tak się to skończy. Ta era przyśpieszy ewolucję.

Szkoda, że nie mam dzieci, bo po mnie miałyby dużo nadziei. Wystarczy, że ktoś wchodzi po schodach, albo wychodzi z  windy, serce mi łomocze. Fantazja podpowiada różne obrazy. Pocztarek z  jakimś listem idzie, bądź zapomogę mi przysłali z  Niemiec, czy to może Stasio? Chociaż często godzina nie taka, czekam i  liczę kroki.

Ostatnio doznałam wielkiego zawodu. Ktoś wchodził po schodach, coś majstrował na korytarzu, a  po tym usłyszałam pukanie. Cała w  nerwach złapałam balkonik i  tak jak mogłam najszybciej podeszłam do przedpokoju. – Kto tam? – krzyknęłam. Czekałam dłuższą chwilę. Z  nadzieją. I  nadzieja mnie zwiodła. Wmawiałam sobie, że to coś ważnego. List, wezwanie na pocztę po cokolwiek, może ktoś zawitał do mnie w  odwiedziny, ale nic z  tych rzeczy. Pukał ochroniarz z  pytaniem, czy wszystko w  porządku i  czy przypadkiem nie trzeba mi zrobić zakupów, bo deszcz pada, a  on idzie do sklepu. Głupia nadzieja.

Otworzyłam drzwi. Na korytarzu stał uśmiechnięty mężczyzna. Zaoferował pomoc, a  ja o  mało w  swojej złośliwości nie byłam niegrzeczna i  to tylko dlatego, że chciałam spodziewać się kogoś innego.

Poprosiłam, aby kupił mi najlepszą kawę i  krakersy, moje ulubione. Po kilku zaledwie minutach wrócił ze sklepu. Zaprosiłam go na kawę. Początkowo odmówił, zasłaniając się obowiązkami, ale ostatecznie zaproszenie przyjął.

Zapach kawy był kuszący a  ochroniarz rozmowny. Mała emerytura, a  siły jeszcze sporo. Nie ma innego zajęcia i  w  ten sposób chroni mieszkańców osiedla, w  którym mieszkam. Co drugi dzień ma służbę i  przyjeżdża do Warszawy z  miejscowości oddalonej o  kilkadziesiąt kilometrów. Pociągiem, wygodnie i  szybko. Ma małe gospodarstwo, a  w  nim kury, kaczki i  gęsi.

Nastała moja kolej. W  skrócie opowiedziałam o  sobie, o  życiu w  Borowicach, o  Kaziku, o  Nowickiej i  o Stasiu, o  przyjeździe do Warszawy i  o starości.

Potem wyszedł na obchód. Rozpalona obrazem sielskiego, małego gospodarstwa, zamówiłam wiejskie jajka i  kurę. Obiecał, że przywiezie.

Jajka zostawię sobie, a  kurę dam Stasiowi na rosół. Muszę mu powiedzieć, że chowany na wsi ptak jest twardy i  łykowaty. Musi dodać wołowiny, najlepiej kawałek giczy, alternatywnie szpondra i  dużo warzyw. Gotować trzeba długo i  na kurce mięsa niewiele, ale za to jaki będzie rosół. Palce lizać. Na samą myśl zgłodniałam.

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam z  tą kurą. Żona mojego siostrzeńca może nie chcieć gotować rosołu z  takiego żylastego ptaka, bo dziewczynkom przyzwyczajonym do miejskiego jedzenia, taka zupa nie będzie smakowała.

Za późno. Niby mogłabym zaczepić ochroniarza i  odmówić, ale pomyślałby, że stara baba sama nie wie czego chce. Dołożę się do jego małej emerytury i  marnej pensji. I  będzie uczta, jak dawniej. Mój siostrzeniec mnie w  tym poprze. On jeden.

Ponownie usłyszałam kroki na schodach. Kroki przybliżyły się do moich drzwi i  usłyszałam pukanie.

Wystraszyłam się. A  jeśli to ochroniarz z  kurą? To dobry i  przezorny gospodarz, i  nie zdziwiłabym się, gdyby miał jedną w  zapasie i  teraz mi ją przyniósł. Niedobrze. Nie zdążyłam podzielić się pomysłem ze Stasiem. Nie mogłam udać, że mnie nie ma, bo przecież ochroniarz wie, że nigdzie z  domu nie wyszłam. I  znów ta nadzieja, że przyniesie tylko jajka.

Pukanie do drzwi powtórzyło się. Stoję i  wyobrażam sobie owinięte w  papier zwłoki ptaka i  dwa mendle jajek. Znów pukanie i  głos za drzwiami – listonosz. Błogostan. Jakbym wypiła całą butelkę nerwosolu. Ucieszyłam się, że to nie ta kura. Jak tak dalej pójdzie to znienawidzę cały drób i  rosół przestanie mi smakować.

Dostałam trzy listy. Jeden z  urzędu – w  szarej kopercie informacje o  podatku gruntowym. To dla Stasia. Ja podatkami się nie zajmuję. Zapisana cała kartka. Stasio mówi, że ważna z  tej kartki jest tylko jedna liczba – ile trzeba zapłacić. Drugi to podziękowanie od zakonników, którzy prowadzą schronisko dla bezdomnych. Wysłałam im parę groszy. Nie było tego dużo i  wcale nie musieli dziękować. Ale skoro tacy mili, to gdy już dostanę emeryturę, wyślę im kolejny datek. Bo pewnie o  to chodzi. Trzeci… o, od Nowickiej. A  to niespodzianka.

 

NOWICKA

Nadzieja

Każdy człowiek to inna historia i  inna osobowość. Siedziałam na ławce przed domkiem, grzejąc stare kości i  obserwowałam przechodniów.

Zróżnicowanie wśród ludzi stało się ekstremalnie duże. Znacznie większe w  porównaniu z  innymi gatunkami. Weźmy takie wrony albo wróble, to wszystkie są takie same. Konie różnią się więcej, psy także są zróżnicowane, ale ludzie najbardziej.

Ja mam gęste, czarne włosy. Alina na przykład ma rzadkie i  całkiem siwe. Kilku mężczyzn, którzy przechodzili obok mnie było prawie łysych. Niektórzy młodzi byli całkiem łysi – włosy im wyszły za młodu, bądź ogolili zupełnie. To taka nowa moda? Muszę to sprawdzić.

Wieczorem słońce zaczęło chować się za drzewa i  ławka stanęła w  cieniu. Wtedy zauważyłam, że ludzie są tak różni, bo każdy został przeznaczony do czego innego. Taki maszynista powinien być silny, postawny z  mocnym głosem – wzorem może być mój brat Kazik. Inaczej wyglądać powinien urzędnik – ten powinien posiadać długie, chwytne palce do noszenia papierów, siły nie musi mieć dużo, ale wzrok dobry. Pocztarek to dobry rowerzysta. Kaźmirek nigdy nie da się przekonać pijakom, kiedy się pobiją i  musi ich zamknąć. Proboszcz, wiadomo – musi być lekko otyły i  cierpliwy w  ciągłym powtarzaniu na co to jeszcze potrzebuje funduszy. Jakby był chudy i  ascetyczny to ludzie dawaliby mniej. Do takiego chudego jest mniejsze zaufanie.

Każdy został stworzony do czegoś innego i  każdy bezustannie stara się doskonalić w  swoim fachu. Nie tylko ze względu na rywalizację, ale i  ze względu na wewnętrzną chęć otrzymywania coraz to większych nagród.

Ludzie są tacy zapędzeni. Siedziałam na ławce ponad cztery godziny i  wyzywająco gapiłam się na przechodniów. Nikt do mnie nie podszedł, nikt na mnie nie spojrzał, choćby przelotnie. Nikt nie uśmiechnął się, nie kiwnął głową. Prawie, że uwierzyłam, iż stałam się niewidzialna. Miałabym szanse na wyrównanie rachunków. Poszłabym do pobliskiego sklepu i  pomachała sklepowej przed oczami kawałkiem białego sera. Ser wisi w  powietrzu i  macha do sklepowej. A  ona przerażona krzyczy i  ucieka. Za to ja mam niezły ubaw. I  to by mi wystarczyło za te wszystkie uszczypliwe uwagi względem mojej osoby, nieporadnie robiącej zakupy. Co ją obchodzi moja fryzura (że nieuczesane mam włosy), ubranie (że nieuprasowana bluzka), portfel (że lekko podarty i  pieniądze mogą wypaść). I  te jej niby dobre, w  rzeczywistości zaś szydercze rady, że powinnam się cieplej ubierać i  nosić buty z  cholewką już od jesieni, i  wiele innych. To zołza i  nie byłoby mi jej szkoda. Dlatego oprócz sera, dodatkowo zrobiłabym numer z  mlekiem. Oto litrowa butelka mleka otwiera się nad ondulacją zołzy i  biały płyn z  nastroszonej fryzury robi mokry placek. Na tym zamierzałam swoją zemstę zakończyć. Nic jednak nie zrobiłam, bo ostatecznie stwierdziłam, że egzystuję widzialna, tylko niedostrzegana przez przechodniów, a  to dość duża różnica. Może przyjdzie taki dzień i  zechcę być zauważona. Mam świetny pomysł. Mogę pójść do sklepu i  narozrabiać. Następnym razem, gdy robiłam zakupy postanowiłam sprawdzić, czy może jednak, choć na chwilę stałam się niewidzialna, ale jak zaczęłam machać serem, od razu wszyscy w  sklepie zaczęli się na mnie gapić.

 

ALINA

List

W odpowiedzi na moją widokówkę otrzymałam szarą kopertę ze znaczkiem, na którym widniał okrągły stempel poczty w  Borowicach. Z  listu od Nowickiej dowiedziałem się, ile to zmian zaszło w  miasteczku. Dawno nie pisała, to i  zmian dużo. Poza tym w  poprzednich listach nie rozpisywała się o  lokalnej społeczności, koncentrowała się raczej na sobie.

Dni przemijają niezauważalnie. Monotonne i  tak bardzo do siebie podobne. Od rana do wieczora, od poniedziałku do niedzieli i  od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Nawet gdybym nie miała kalendarza, to miesięczny cykl wyznacza wizyta Pocztarka z  emeryturą.

Człowiek młody ma dużo różnych rzeczy do załatwienia. Dobrym przykładem może być Stasio. Mówi, że musi wybierać co ma robić lub załatwić, bo wszystkiego i  tak nie zdąży. Zazdroszczę mu. Dzień się kończy, a  tu tyle zrobione, załatwione, poukładane. A  u starego człowieka to dni pozornie mijają wolno, ciągną się, bo i  zegar chodzi wolno, ale tak naprawdę, wciąż to samo się robi i  trudno to zauważyć, co w  konsekwencji daje uczucie, że czas uciekł.

Nowicka ma kilka nowych siwych włosów. To razem z  tymi starymi ma nie więcej niż dwadzieścia. Przez całe pięć ostatnich lat przybyło jej tylko tyle siwizny. Ma możliwość, aby je ufarbować, ale chyba tylko pojedynczo, aby nie osłabiać pozostałych, tych kruczoczarnych, a  to nie takie proste. Za dużo roboty. Powinna je wyrwać, a  i  tak nikt nie zauważy. Innym rozwiązaniem może być pozostawienie ich licząc na to, że w  końcu pojawi się więcej. Będzie więcej, to i  farbowanie ma sens.

Cukrownia została sprzedana jakiemuś Francuzowi, ale nie uruchomił produkcji i  wszystko stoi. Ludzie nie mają pracy, a  do ochrony wynajęto obcą firmę, która nikogo z  Borowic nie zatrudnia. Co to za polityka? Tyle silnych miejscowych chłopów się marnuje. Obiecywano pracę dla kilkunastu mężczyzn przy rozbiórce komina, ale nie wiadomo od kiedy. Komin fabryczny zbudowany został ze specjalnej cegły na wysokość sześćdziesięciu metrów. Prawie pod chmury. Ponoć zaznaczono go na mapach jako punkt orientacyjny. Pracować na takiej wysokości to sztuka przeznaczona tylko dla doświadczonego fachowca. Już na samą myśl o  tym, że siedzę na fabrycznym kominie zakręciło mi się w  głowie. Cały świat zawirował i  o mało się nie przewróciłam.

Co za myśli mi przychodzą do głowy… Siedzę na kominie, sześćdziesiąt metrów nad ziemią. Widzę panoramę miasteczka i  wszystko stało się takie niepozorne. Co za widok. Co za widok! i  co za widok z  dołu. Jakby ktoś wypatrzył mnie siedzącą na kominie, to dopiero miałby ubaw. Zaraz zebrałaby się grupa gapiów i  pokazywaliby mnie sobie palcami. Stara ciotka na kominie. Ale byłoby śmiechu tam, na dole. Miałabym tylko jedno pragnienie. Spadochron. Najlepiej takie latające skrzydło. Stanęłabym na rancie, rozłożyłabym ręce jak ptak i  poleciałabym niesiona wiatrem w  stronę Wisły. I  dobrze by było, gdyby zaraz po moim skoku komin wypuścił kłąb dymu. Taki znak, że skoczyłam.

Na dole machaliby mi rękami i  biliby brawo, ale nie takie jak na przedstawieniu, ale takie jak bohaterowi.

Popłakałam się ze śmiechu. Ależ to zabawne. Zawroty głowy się nasiliły, więc usiadłam w  fotelu i  dalej się śmiałam. Łzy kapały na list i  trochę zamazały kulfony Nowickiej.

I jeszcze na dodatek obraz staruszki lecącej na spadochronie. Siwe włosy gnane wiatrem i  spódnica szarpana pędem, wydająca charakterystyczny odgłos: wrrr, wrrr, wrrr. Następny atak śmiechu i  kolejny. Nie mogę przestać. Na dobrą sprawę, nie obchodzi mnie, że ktoś usłyszy i  co sobie o  starej kobiecie pomyśli.

W końcu, w  myślach rzecz jasna, wylądowałam. To mnie nieco uspokoiło. Muszę trzymać się za brzuch, bo od tego rechotu zaczęły mnie boleć mięśnie.

Po pół godzinie ponownie zabrałam się za list. Fabryka nie wyprodukowała ani jednego kilograma cukru. To podstawowa przyczyna lokalnego bezrobocia. Robotnicy na zasiłku. Zmienili miejsce spotkań, bo jest ich więcej niż kiedyś i  na winklu nie wszyscy się mieszczą. Stoją teraz na rogu dojazdowej ulicy, niedaleko bramy cukrowni i  popijają piwo. Zasiłek im się skończy przed połową miesiąca, to może wówczas któryś się skusi i  Nowickiej zrobi lepsze ogrzewanie. Na razie nikt nie chce wziąć się do takiej roboty. Nic dziwnego. Taki robotnik, cały w  sadzy, to tylko kłopot dla żony, bo musi uprać i  posprzątać. A  i  dla Malchowskiej, która mimo emerytalnego wieku, prowadzi kiosk spożywczy. Wejdzie taki brudas do sklepiku po piwo i  nabrudzi. A  sadze są trudne do zmycia.

Drugim ważnym i  przy tym bardzo negatywnym aspektem bezczynności fabryki jest lokalna młodzież. Zima była jak się patrzy, wszędzie śnieg i  mróz, a  łąka Raczka niezalana wodą. Darmowe lodowisko samoistnie nie powstało.

Fabryczny staw rokrocznie gromadził wodę potrzebną do obróbki buraków. Mała rzeczka dostarczała czystej wody. Zapora to po prostu grube deski zakotwiczone w  metalowych prowadnicach w  miejscu, w  którym woda wypływała ze stawu do koryta rzeczki. Poziom wody w  stawie wzrastał, a  przy okazji zalewało okoliczne łąki, w  tym Raczkowiznę, czyli łąkę Raczka. Bezpieczne, długie na kilkaset i  szerokie na kilkadziesiąt metrów lodowisko. Raj dla dzieci.

Tak sobie myślę, że w  tym fatalnym w  skutkach dla całych Borowic przypadku braku kampanii, ktoś powinien włożyć te kilka desek na swoje miejsce i  zrobić zaporę. Mężczyźni oderwaliby się od stania na ulicy i  wykonali to, co trzeba, gdyby im ktoś zlecił, kazał albo poprosił. W  innym wypadku nie ruszą się z  miejsca – sami nigdy na to nie wpadną. I  nie mieliby oporów, to nie robota z  sadzami.

Szkoda, że dyrekcja szkoły nie miała takiego pomysłu. Trzeba by mieć zgodę Francuza, nowego właściciela, lecz po francusku nikt nie umie mówić. No to i  mam prawdopodobną odpowiedź, dlaczego fabryka splajtowała. Właściciel Francuz, robotnicy mówią tylko po polsku, to się nie dogadali. I  kto by pomyślał, taka wieża Babel u  nas, w  Borowicach.

Nowicka pisała jeszcze o  tym, że traci pamięć. Zapomina po co idzie do sklepu, a  i  do kościoła nie wybrała się w  niedzielę, bo dni jej się pomyliły. Zapomniała, gdzie schowała ciepły sweter, taki z  wełny robiony na drutach, przez co zmarzła i  zachorowała. Doktor przyszedł do niej na prośbę sąsiadki, przepisał lekarstwa i  zalecił leżenie w  łóżku. W  cieple. Sama do przychodni przecież nie poszła. Nowicka ma nadzieję że wystarczy jej te kilka elektrycznych grzejników. Dziury w  kominie pozatykała gazetami.

Moja pamięć za to ma się dobrze, można powiedzieć, że bardzo dobrze. Pamiętam wszystko. Powiedzmy inaczej – pamiętam co pamiętam, a  nie pamiętam tego, o  czym zapomniałam. Przy czym nie wiem dokładnie, czy o  czymś zapominam, bo tego nie pamiętam. Nie mogą to być sprawy ważne, bo sprawami ważnymi nie zajmuję się ja, tylko mój siostrzeniec.

Stasio zrobił mi krótki wykład na temat pamięci i  zapamiętywania. Było o  pamięci krótkiej, trwałej, starej, nowej, o  podświadomości i  oddzielny referat o  mózgu. Nigdy bym nie pomyślała, że mam trzy mózgi. Tak zwany stary, jak u  żaby. Drugi małpi i  trzeci ludzki, z  szarymi komórkami.

Ten pierwszy czuwa nad moim oddychaniem, ruchem jelit, głodem i  pragnieniem. Teraz już wiem, dlaczego na niektóre kobiety mówi się – ty żabo, ty ropucho, ty żmijo. Nie ze względu na jad, chociaż to nie mniej ważne, ale ze względu na ów gadzi mózg, który od czasu do czasu dochodzi do głosu. Na mężczyzn powinno się mówić – ty żółwiu (na tych leniwych), – ty kameleonie (na tych, co kłamią).

Z drugim mózgiem sprawa wydaje się prosta. Z  niektórych ludzi niekiedy wychodzi świnia albo małpa. Jako rasa ludzka musimy mieć bliżej do świni i  małpy niż na przykład do konia lub nosorożca. Takich epitetów się nie słyszy. No, ale są jeszcze osły, muły, jak również krety. Można doszukać się dużej liczby podobieństw.

A teraz mózg trzeci, czyli mój własny, ten ze świadomością. Stasio mówił, że komórki nerwowe w  mózgu nie odradzają się. A  nawet jeżeli niektóre potrafią się regenerować, to więcej ich ginie niż przyrasta, na co dowodem może być zmniejszająca się z  wiekiem waga tego ważnego narządu.

U mnie pewnie waży teraz połowę tego co kiedyś. I  bardzo dobrze. Nie ma w  nim miejsca na głupoty. Starość ma jednak swoje zalety. Ostatnio stwierdziłam, że wszystko jest dla mnie jasne i  zrozumiałe, choć nie potrafię tego wszystkiego wytłumaczyć innym. Nie znam tylu mądrych słów. To na pewno z  powodu tych komórek nerwowych, które częściowo wyzdychały. Pocieszające jest to, że teraz zostały tylko te najlepsze.

Wśród czaszkowych tworów jest jeszcze kilka innych, a  wśród nich hipokamp do orientowania się w  terenie, ale ten mam nieco uwsteczniony, w  związku z  czym uczęszczam tylko znanymi drogami i  nie oddalam się za daleko od domu. Zresztą za daleko i  tak bym nie poszła, to i  hipokamp mi nie za bardzo potrzebny.

Cała reszta listu od Nowickiej to narzekania na zdrowie, plotki o  sąsiadkach i  więcej nic szczególnego. Postanowiłam, że wyślę do niej kolejną kolorową kartkę z  widokiem Warszawy. Chcę, żeby jej Pocztarek zobaczył, skąd dostała pozdrowienia. Listu jak wiadomo pisała nie będę.

 

NOWICKA

List

Zamiast palić w  kominowych dziurach, kupiłam kilka elektrycznych grzejników, a  ziejące sadzą otwory pozatykałam gazetami. To już druga zima bez kuchni i  pieca.

Dostałam od Aliny kartkę z  życzeniami z  Warszawy. Tak bez okazji. „Najserdeczniejsze życzenia z  Warszawy śle Alina.” i  PS. „Jak zdrowie, czy się poprawiło?” „Co jeszcze u  ciebie, bo u  mnie jak zwykle byle jak, ale żyć trzeba…”.

U mnie za to było wspaniale. Dwie dziury w  kominie, szron na ścianach, ja bez higieny osobistej drugi tydzień, kilka dni w  łóżku z  temperaturą, wnuk zniknął, kafle porozrzucane po całym mieszkaniu. Wspaniale.

Zabrałam się do pisania listu. To mi pomaga. Zapominam o  udrękach i  skupiam się na tym, co piszę i  jak piszę: co prawda nie równo, ale czytelnie i  bez błędów. Dla odbiorcy list musi być długą, konkretną i  ciekawą relacją. Opisem sytuacji. Zeszło mi cały dzień. Napisałam, że choroba minęła i  czuję się świetnie, o  dziurach w  kominie, o  próbie z  alkoholem, bo w  poprzednim liście o  tym na pewno nie pisałam, o  tym o  czym myślę, o  zmianach na osiedlu i  w  miejscowości. O  wszystkim, o  czym chciałam i  co uważałam za interesujące. Sądzę, że niektóre rzeczy powtórzyłam z  poprzedniego listu, ale nie mam jego kopii i  nie mogę porównać.

Najważniejsze było to, że cukrownia została sprzedana, a  nowy właściciel nie rozpoczął kampanii i  nie uruchomił produkcji cukru. Mężczyźni są bez pracy, ale dostali zasiłki i  póki co, dość wesoło się bawią. Kobiety zbierają się po domach i  sądzą, że radzą, ale tak naprawdę to tylko narzekają. Rolnicy, nazywani w  obecnej dobie plantatorami, a  dawniej chłopami, muszą wozić swoje buraki do zakładu oddalonego o  kilkadziesiąt kilometrów. Nikt nie jest zadowolony. Ksiądz na kazaniu mówił, że bezrobocie to prawie klęska żywiołowa. Znalazł chwytny temat. Do konfesjonału kolejka dwa razy dłuższa niż zwykle – prawie same kobiety, a  i  remont ogrodzenia się przeciągnie, bo wierni są biedni. Jeśli tak dalej pójdzie, to Proboszcz zacznie dla biednych zupę gotować. Oczywiście nie sam, bo by smaku nie złapał, ale ponoć od razu znalazły się pierwsze trzy ochotniczki. Póki co jednakże garkuchnia nie została otwarta.

Kilka razy przeczytałam list i  zaniosłam go na pocztę. W  tym dniu byłam z  siebie zadowolona. Później musiałam pomóc trochę grzejnikom i  napalić w  jednej z  dziur w  kominie. Ziała czernią i  chłodem, i  to mi trochę zepsuło nastrój.

 

ALINA

Lekarstwa

Czasami, gdy biorę lekarstwa, przypomina mi się ta niefortunna żołądkowa historia. Teraz już uważam. Biorę tyle, ile zaleciła mi lekarka, nazywana przeze mnie doktórką. Doskonale wiem, że lekarz i  doktor to dwie różne nazwy, ale u  nas zawsze był doktor i  felczer, to na starość nie będę się przyzwyczajała do nowej nazwy. Od czasu do czasu mówię lekarz, ale to jakieś mniej ważne określenie, przynajmniej tak to odbieram.

Pastylki łykam ja przysłowiowy indyk, tylko z  nitrogliceryną mi nie wychodzi. Kiedy poczuję, że serce mi słabnie, powinnam psiknąć pod język jedną porcję. Nitrogliceryna znajduje się w  opakowaniu ciśnieniowym i  nieco przypomina lakier do włosów, tylko w  mniejszej tubie. Biorę pojemnik w  swoje niezgrabne dłonie i  nie mogę dość silnie nacisnąć, aby lek wyprysnął pod język. Ostatnio przy próbie z  nitrogliceryną, wypadła mi górna szczęka. Zastukała o  podłogę, pokazując sztuczne zęby w  szyderczym uśmiechu. Tak się zirytowałam, że serce od razu zaczęło lepiej pracować. Innym razem nacisnęłam za mocno i  popryskałam się czymś lepkim po całej twarzy. Rzecz jasna natychmiast się zezłościłam. Nie będę więcej używała nitrogliceryny. Wystarczy, że o  niej pomyślę, zaraz się denerwuję i  praca serca się polepsza. A  mówią, że nerwy źle wpływają na serce. I  stąd są zawały. Ale moje podrażnione wali niby młotem i  nie jest wcale słabe. Zaraz piję nerwosol i  to mnie uspokaja. Muszę powiedzieć to wszystko doktórce.

Z lekami to zawsze mam różne przygody. Ostatnio pojawiał się problem z  przewodem pokarmowym. Apetyt mi dopisywał, ale gorzej z  trawieniem. Wchodziło dobrze, ale za nic nie chciało wyjść. Straszna męka. Jelita nie przesuwają jedzenia dalej i  człowiek puchnie. Tak to sobie wyobrażam. Nie widziałam, żebym mocno spuchła, ale i  tak znowu się zezłościłam. Siedem dni i  nic. Zioła nie były skuteczne. Podobno w  takim przypadku do ciała wchodzą trucizny z  niestrawionych resztek pokarmowych. Od razu poczułam się podtruta, ale moje nerwy nic tu nie pomogły. Widocznie mam dobre połączenie nerwów z  sercem, a  z  jelitem nieco gorsze. To musiała być doraźna dysfunkcja, bo na co dzień mój przewód pokarmowy funkcjonuje poprawnie, tylko tym razem zastrajkował. A  może nerwy się poplątały?

Pozostała mi ostatnia deska ratunku – olej rycynowy. Stwierdziłam, że dawka wydrukowana na opakowaniu będzie za mała, a  poza tym komu by się chciało liczyć kropelki. Ścisnęłam i  poszło. Wpadło wszystko. Połknęłam. Poczułam ulgę i  nadzieję, że wkrótce się zacznie. Zaczęło się… i  nie chciało skończyć. Odsiedziałam w  łazience swoje.

Unerwienie mojego jelita jednak nie jest takie złe. Wrażliwe na olej rycynowy. Przy założeniu, że nastąpiła silna stymulacja, nerwy poruszyły jelito tak, jakby brało udział w  zawodach.

Skurcze ustąpiły po czterech godzinach. Byłam całkiem wyczyszczona i  wycieńczona. Znów mogłam jeść, ale nie miałam na to siły.

Stasio tylko kręcił głową. O  dziwo, nie zirytował się. Widziałam, że ukradkiem się uśmiecha. I  z  czego tu się śmiać?

Stwierdził, że zostałam lekomanką. Dwa razy nie musi powtarzać, zrozumiałam. To nie prawda. Nie nadużywam lekarstw. Biorę tyle, ile mam zaordynowane – ile razy mam mu to tłumaczyć? Pokazałam kartę, na której mam wszystko wypisane. Nie wliczam tu przeciwbólowych i  ziołowych. Przeciwbólowych trzeba wziąć tyle, aby ból ustąpił – do tego służą. A  ziołowe wszakże nie szkodzą. Od tylu lat łykam pastylki i  nic złego się nie dzieje. Co innego, gdy się je zmiesza z  żołądkową lub przedawkuje olej rycynowy…

A Stasio na to, że dawno się uodporniłam, i  że małe dawki na mnie nie działają. Powinnam odstawić przeciwbólowe i  zioła na kilka tygodni… Dobre sobie. Kiwam powoli głową i  mówię, że nie wiem, czy dam radę. On zaś, że chyba trzeba by porozmawiać z  psychologiem. Z  psychologiem mam rozmawiać, jakbym sama nie mogła zrozumieć trapiących mnie problemów.

Stasio mówi, że normalni ludzie też rozmawiają z  psychologiem. Jest taki specjalny psycholog od uzależnień. Zanim to powiedział, to ponad kwadrans tłumaczył, że to całkiem normalne, że ludzie chodzą do poradni psychologicznych. Kiedy mają problemy z  samym sobą, depresję i  inne dolegliwości. A  potem wypalił o  uzależnieniach. I  dodał, że często człowiek staje się uzależniony, ale nie zdaje sobie z  tego sprawy. I  to może się pogłębić, a  wówczas często koniecznością staje się terapia farmakologiczna, znaczy się lekarstwami. Nic z  tego nie mogę pojąć. Nie wiadomo kiedy zostałam narkomanką lekową i  jak dalej będę łykała pastylki, to trzeba mnie będzie leczyć pastylkami? Tyle, że innymi? w  ten sposób zaraz wpadnę w  nową lekomanię. A  wszystko przez to, że opowiedziałam siostrzeńcowi o  mojej dłoni bez czucia, przez co wylałam na język całe opakowanie rycyny zamiast kilkunastu kropli. Zaczęło się od szczerego wyznania, a  skończyło na uzależnieniu odporności na leki. W  zasadzie całe moje ciało to nasycona lekami gąbka i  jakby mnie coś ugryzło, to niechybnie zdechnie.

Straszliwie mnie to rozdrażniło. Głównie dlatego, że jeżeli uzależniłam się od tabletek na ból głowy, to i  tak nie przestanę ich łykać. Wolę być lekomanką, niż mieć pękniętą czaszkę.

Stasio zamiast mówić o  czymś miłym, znowu zrobił mi wykład. Potwierdziłam, że wiem czym zajmuje się psychiatra, który leczy wariatów, a  czym psycholog, który zajmuje się terapią dla normalnych ludzi. Nie mogłam wyjawić, że doskonale rozróżniam psychologa od psychiatry i  że w  swojej młodości miałam mocne starcie w  szpitalu dla nerwowo chorych, gdzie układałam pasjanse. Młodzi nie powinni się o  tym dowiedzieć. Mogliby sobie robić ze mnie głupie żarty.

Pojawiła się konkluzja, że ludzie uzależnieni, skoro aż tak wyraźnie odstają od przeciętności, nie są do końca normalni. Mnie to nie dotyczy, bo moje ciało tworzy zbiór starych i  uodpornionych tkanek, i  nic nie może mi zaszkodzić. Osobnikom rasy ludzkiej najbardziej szkodzi przeciętność, co dawniej nie bez przyczyny, nazywaną szarą masą.

Kiedyś bardzo mocno przywiązywałam wagę do pozorów. Wygląd musiał być odpowiedni. Chodziłam do fryzjera, ubrania dopasowane do figury, buty wyczyszczone lśniąco. W  mieszkaniu poukładane, posprzątane, okna pomyte. Teraz mi już wszystko jedno. Myślę że dodatkowo mogłabym spróbować papierosów, ale to odpada, bo śmierdzą.

Nagle przypomniałam sobie o  pewnym zdarzeniu. Na początku jesieni próbowałam wypędzić za okno pszczołę, ale przycisnęłam ją do parapetu, a  ta mnie użądliła. No i  po co przyszła z  dworu, gdzie panuje piękna słoneczna pogoda i  kwitną pełne słodkiego nektaru kwiaty? Połasiła się na cukier. Moje niezgrabne ręce zgniotły ją nieco, a  ona w  rewanżu mnie dziabnęła. Pszczoła z  bzykiem odleciała w  kierunku szyby, ale zaraz spadła na parapet. Poruszyła trochę skrzydłami i  zdechła. Może rzeczywiście moje ciało jest tak przesycone lekami, że aż trujące?

Na dodatek na nic nie choruję. Ani na grypę, ani na przeziębienie, i  prawie nigdy nie miewam kataru. Ostatecznie doszłam do wniosku, że moje ciało pozostaje w  najlepszym porządku. Dzięki lekom nic się mnie nie ima. Tylko pszczoły trochę szkoda…

Na koniec wykładu było o  tym, że olej rycynowy otrzymywany jest z  trującej rośliny, która nazywa się rycyna. Była ponoć używana jako broń chemiczna. Przy produkcji oleju rycynowego sama rycyna, na szczęście się z  nim nie miesza. Na szczęście. Pomyśleć tylko, że jakbym dodatkowo miała rycynę w  sobie, to bez wątpienia cała byłabym mocno trująca.

 

NOWICKA

Lekarstwa

Pewnego dnia naszły mnie myśli, że nikomu do niczego nie jestem już potrzebna. Zrobiło mi się przykro i  zachciało mi się płakać. Usiadłam w  rogu pokoju na krześle i  płakałam w  milczeniu. Łzy spływały mi po policzkach. Niektóre zatrzymywały się na krótko na brodzie i  kapały na podłogę, niektóre trafiały wprost do moich ust. Były słone.

Po co mam dalej żyć? Ani niczego dobrego nie zrobię, nie jestem do niczego potrzebna synowi i  wnukowi, ani nikomu innemu. Wręcz odwrotnie. Czuję się bezużyteczna, ciężarem i  pasożytem, co do tego nie mam cienia wątpliwości. Trzeba by odejść z  tego padołu i  uwolnić się od wszystkich trosk. Nie słyszałam jednak, żeby ktoś zapłakał się na śmierć. Mazanie się nie rozwiązywało problemu. Wstałam, otarłam łzy, umyłam twarz i  wybrałam się do apteki.

Na moje pytanie, co mogę dostać bez recepty na skołatane nerwy, pani w  okienku odwróciła się na pięcie i  poszła na zaplecze. Wybór był dość duży: od ziołowych tabletek, poprzez krople, aż po cukierki z  melisy. Kupiłam dwie duże butelki ziołowego nerwosolu i  cukierki z  melisą. Te ostatnie, aby przedłużyć działanie kropli. Nerwosol to ulubione lekarstwo Aliny. Wielokrotnie mi mówiła, że bez niego nie dałaby rady żyć. Ja potrzebowałam raczej pocieszenia, nie lekarstwa, ale skoro pocieszenia nie było, pozostawała uspokajająca nalewka ziołowa i  cukierki z  melisą.

Krople były śmierdzące. Wzięłam głęboki wdech, zatkałam palcami nos i  wlałam płyn do gardła. Ohyda. Czułam jak mój przełyk staje w  ogniu. Musiałam popić wodą by pieczenie minęło. Alina popija coś takiego. Podziwiam jej samozaparcie.

Nie chciało mi się więcej płakać i  na dobrą sprawę wkrótce było mi zupełnie wszystko jedno. Zasnęłam. Obudziłam się w  środku nocy. Miałam sucho w  gardle i  nieprzyjemny posmak w  ustach. Biedna Alina, ona ma coś takiego na co dzień. To już lepiej płakać. Kiedyś zły nastrój musi wszakże minąć. Człowiek ma ograniczoną ilość łez i  sporo mniejszą rozpuszczonej w  nich soli. Łzy są słone, później mniej słone i  jeszcze mniej. W  końcu człowiek popłakuje, ale łzy stają się niby woda – prawie, że nie mają w  sobie soli. Inaczej być nie może, ponieważ na słony smak mam bardzo wrażliwy język. Wtedy robi się lepiej. I  nie przeszkadza samotność i  dziura w  kominie nie wygląda tak strasznie.

Niewiele mi życia zostało i  nie będę się więcej smucić, pić ziołowych specyfików na nerwy, ani jeść innych lekarstw. Chcę się tylko nacieszyć życiem i  zrobię to. Płakałam, bo musiałam odnaleźć te pozytywne strony mojego bytu.

 

ALINA

Obce geny

Nie wiem skąd mi to przyszło, ale po raz kolejny zaczęłam rozmyślać o  tym, kim jestem i  dlaczego zachowuję się tak a  nie inaczej. Co do mojego zachowania, to nie można mieć pretensji, poza kilkoma wyjątkami, ale to tylko potwierdza regułę. Jeden zdarzył mi się niestety ostatnio. A  wszystko przez moje ciało migdałowate, część mózgu pierwszego, gadziego, która odpowiada za emocje – tak mówi Stasio i  nie mam podstaw, aby mu nie wierzyć. Nie mam największej głowy, ale to ciało muszę mieć spore, schowane gdzieś głęboko, że go nie widać na pierwszy rzut oka.

Człowiek jest bombardowany dziesiątkami informacji. Nie dziesiątkami, ale setkami i  tysiącami w  ciągu każdej godziny, tyle tylko że ze względu na ograniczoność swojej natury odbiera dziesiątki. Segreguje je. Z  dziesiątek wybiera te mniej ważne i  je odrzuca. Ostatecznie dopuszcza do siebie zazwyczaj jedną, tą najważniejszą.

W tym fatalnym dniu, o  feralnej godzinie jedenastej przed południem przyszła do mnie moja opiekunka, Lucynka. Osoba z  opieki społecznej, małomówna i  niekwapiąca się do zażyłości. Powiedziała mi, że uważa, by nie zaprzyjaźniać się ze swoimi podopiecznymi, bo nie dałaby rady. Emocjonalnie. Oni umierają, a  ona zostaje. Nie chodzi też na ich pogrzeby.

Tego dnia przyszła godzinę wcześniej niż zwykle. Bez zapowiedzi, ale ona nigdy się nie zapowiada. Od kilku tygodni ma swoje klucze, więc otwiera drzwi i  wchodzi. Nie dzwoni, nie puka, tylko wchodzi.

Weszła i  stanęła jak posąg. A  ja siedziałam przy stoliku i  mnie również zamurowało. Zorientowałam się, że ona widzi, co ja robię i  doznałam paraliżu. Nie mogłam ruszyć ręką ani nogą. Wzroku nie mogłam od niej oderwać. A  dopuściłam się małego grzeszku. Niby mały, ale w  tym wieku to już wstyd. Ocknęłam się z  odrętwienia, wzięłam duży wdech i  uśmiechając się, zaprosiłam Lucynkę do stołu. W  końcu nie powinnam czuć się winna, bo winna nie byłam. Opiekunka usiadła obok mnie i  atmosfera się rozluźniła. Sięgnęłam po drugi kieliszek i  nalałam do pełna. Słodycz z  żołądkowej gorzkiej wypełniła usta i  podążyła dalej do krwi. Nalałam po kolejnym kieliszku, tym razem do połowy, i  zakręciłam butelkę. W  pierwszym odruchu chciałam się wytłumaczyć, że to doktórka kazała i  że to dla poprawy krążenia, ale po chwili wahania zrezygnowałam z  tłumaczenia się. Jako osoba dorosła mogę robić co mi się podoba. Żadna z  nas nie powiedziała ani słowa na temat żołądkowej. Jakby jej nie było. Obydwie zachowałyśmy się z  godnością.

Patrzę na ludzi młodych, silnych, przed którymi szmat życia i  czuję się gorsza. Mała, pokurczona, zreumatyzowana, chora prawie na wszystko po trochu. Jak porównam się do silnej Lucynki, to tak, jakby obok tygrysa postawić kota dachowca. Nie zamierzam się oszukiwać. Doskonale znam swój wygląd i  codziennie czuję swoje niedomagania i  bolączki. Nie daje mi to spokoju i  bezustannie do tego wracam. Do swojej koślawej postury i  wszechobecnych zmarszczek. Mam swoje lata i  w  życiu sporo przeszłam. Mam prawo być niedołężna, słaba, ograniczona przez moje niemoce. Pomyślałam, że nie jestem gorsza, tylko inna. Nieco zużyta, ale człowiek to nie bateria, zużyty nie znaczy gorszy.

Stasio wyjaśnił mi, że każdy człowiek ma inne geny, a  są również ludzie, którzy mają w  sobie geny typowe dla Neandertalczyka. Trudno ten osobnik się nazywał. Stasio napisał mi na kartce i  po kilku próbach, zapamiętałam tą nazwę, która brzmi jak jakieś zagraniczne nazwisko.

Kiedy miałam zobaczyć rysunek przedstawiający Neandertalczyka, byłam pewna, że zobaczę małpoluda, a  tu masz, niespodzianka. Dość podobny do jednego z  wozaków, którzy pracowali w  cukrowni przed wojną. Owłosiony, długie ręce, mocne brwi, potężna żuchwa. Jakiś jeden przeżył do dwudziestego wieku i  nauczył się powozić? Niby dowód mam, ale bez dodatkowych dociekań nie jest on do końca pewny. Stasio wyjaśnił, że prace badawcze zawieszono, aby zapobiec ewentualnej dyskryminacji rasowej. Co ci ludzie teraz nie wymyślą. Jakiej dyskryminacji? Ten wozak to był normalny człowiek. Dla mnie, to on lepiej wyglądał od innych, mniej owłosionych i  z  krótszymi rękami. Właściciel fabryki go szanował, bo był to dobry pracownik. Powoził furą, którą ciągnęły dwa ogromne konie. Każdy taki koń ważył tonę, to i  wozak musiał się nieźle namęczyć, aby je ujarzmić. Nie mógł być prymitywny. Normalny człowiek, tylko z  inną informacją dziedziczną.

Obecnie przeszczepiają geny z  bakterii do innych organizmów i  wszystko w  porządku? Kiedyś cechy Neandertalczyków musiały się dostać do populacji człowieka w  wyniku przytulania się. Czyli naturalnie. W  tamtym czasie zresztą nie wynaleziono jeszcze strzykawek, żeby cokolwiek można było pobrać i  przeszczepić. Badania zaniechano, bo taki z  obcym genem to ma być gorszy? To był naturalny proces rozrodu w  wyniku kopulacji, nazywając rzeczy po imieniu.

Postęp przyśpiesza z  każdym rokiem coraz bardziej. Ludzie się doskonalą. Szybciej od ludzi doskonalona jest technika. Najpierw, owszem robione są dobre rzeczy. Na przykład protezy, które funkcjonują doskonale i  zastępują rękę czy nogę. Aparaty słuchowe i  rozruszniki podtrzymujące pracę serca. Wprowadzane są nowoczesne metody leczenia chorób. Nauka daje pole do popisu. Ale zaraz po tym ludzie sami zechcą się ulepszać. Zaczną wszczepiać sobie geny, aby być ładniejszym, silniejszym, wytrzymalszym, czyli ogólnie lepszym. Ale tego będzie mało i  zastosują elektronikę, aby lepiej myśleć. Po co chodzić do szkoły, skoro można sobie malutki element zainstalować w  mózgu i  przekopiować ze trzy encyklopedie? Aż nadejdzie taka era, w  której w  człowieku nie będzie człowieka, tylko elektronika, silniki, siłowniki, sztuczna pamięć i  ciało ze sztucznego materiału. I  z  rozmnażania niewiele, bo wszystko da się zrobić w  fabryce. A  gdy coś nawali, to części zamienne będą w  każdym sklepiku.

Straszne lata nadchodzą. Dobrze, że ich nie doczekam. Zamiast kupować chleb i  masło, zaczęłabym zbierać pieniądze na sztuczne ciało. Żeby nie chodzić do sklepu, Pocztarek mógłby mi przynosić części zamienne razem z  emeryturą.

Cywilizacja na pewno idzie w  kierunku zatracenia, co wiąże się z  wypieraniem tego, co naturalne. Już teraz moje sztuczne szczęki są idealnie dopasowane, dzięki czemu mogę jeść prawie wszystko. Dentysta powiedział, że moje zęby są zrobione z  tak mocnego tworzywa, że można pogryźć twarde kości, tylko po co? Nigdy nie próbowałam, nawet mając swoje zdrowe zęby. Czas spróbować? Zrobić doświadczenie wykazujące wyższość sztucznego uzębienia nad częścią szkieletu zwierzęcia hodowlanego. Ten dentysta, być może miał jakieś cechy naszych praprzodków i  jak nikt nie widział, od czasu do czasu gryzł kości, no to i  mnie zachęcał. Wyglądał lalusiowato, ale teraz to i  płci często nie mogę rozpoznać, więc kto go tam wie.

Osobiście sądzę, że kilka genów typowych dla ludzi pierwotnych znajduje się w  moim ciele. Nie mam futra, a  owłosienie raczej rzadkie, ale ręce mam długie, a  teraz w  podeszłym wieku, wyciągnęły mi się prawie aż do kolan. Na starość zmalałam, a  ręce są długie jak były, lecz efekt taki jakby urosły i  wrażenie, że sylwetka zrobiła się podobna do małpoluda.

Stasio mi mówił, że istnieje teoria, iż w  okresie epoki lodowcowej nie było dość jedzenia i  ludzie napadali na Neandertalczyków w  celach konsumpcyjnych. Zjedli ich i  to cała tajemnica ich wyginięcia. Przy okazji, na pewno łączyli się w  pary i  produkowali pomieszane genetycznie pokolenia, nie mogło być inaczej.

Jeżeli ludzie pierwotni zjadali swoich pobratymców, to znaczy, że człowiek jest potencjalnym kanibalem.

Ciekawe, czy Lucynka nie miała czasem konszachtów z  Neandertalczykiem. Oczywiście kilkaset pokoleń temu. Dysponuje ogromną siłą, potrafi mnie niczym lalkę włożyć do wanny, wyjąć i  wytrzeć, zanieść na łóżko i  się przy tym nie zasapie. Ma zarośnięte ciemnymi włosami ręce do samych łokci, gęste brwi i  lekko się garbi. Gdyby niefarbowane, czesane w  kok włosy i  cywilizowane ubranie, można by się dopatrzyć cech Neandertalczyka. Gdyby taki ją spotkał, to na pewno spodobałaby mu się i  nowe geny rozpowszechniłyby się ponownie. A  tak Lucynka pozostaje starą panną, nie podoba się żadnemu mężczyźnie. A  to dlatego, że teraz są same chuchra, a  ci mężczyźni, którzy mają bicepsy, to nie od zmagania z  przeciwnościami. Nie powstały od roboty, ale od dźwigania żelastwa na siłowni i  sterydów.

Postanowiłam, że powiem Stasiowi o  tym, że geny Neandertalczyka by się jednak przydały w  większej ilości. Szkoda, że gatunek wymarł, a  wozak samotny, nie pozostawił po sobie potomstwa. Jakby się jakiś osobnik jednakże znalazł, to bym go zaprosiła do siebie. Usiedlibyśmy we trójkę, razem z  Lucynką przy żołądkowej. Oj, byłoby na co popatrzeć.

 

NOWICKA

Obce geny

Na problemy z  ciśnieniem krwi podobno najlepszy jest koniaczek. To informacja od Aliny. Przestałam pić od pamiętnego dnia, w  którym rozgrzewałam się wódką w  mroźny dzień. Nie mogłam więc podjąć decyzji o  zakupie koniaczku, choć ledwie chodziłam. Wszystko przez niskie ciśnienie. Tego ranka nie gimnastykowałam się, bo nie miałam siły.

Zmusiłam się do wyjścia z  domu. Na rogu, jak zwykle stało kilku mężczyzn, czekających na jakąś lokalną sensację. Spojrzałam na nich, a  oni odkłonili się niemal równocześnie. Odpowiedziałam dzień dobry i  poszłam dalej.

Szłam szurając zelówkami po betonowych płytach chodnika i  nic nie wskazywało na to, że ciśnienie podniesie mi się bez koniaczku, bądź innego lekarstwa. Nastolatek pojawił się nie wiadomo skąd, podbiegł do mnie, wyrwał mi z  ręki torebkę i  zaczął uciekać. Pechowo obrał zły kierunek. Od razu można było poznać, że był zamiejscowy. Nie zdążyłam krzyknąć – łapać złodzieja! a  już był złapany. Na rogu. Silne męskie ręce trzymały go za gardło tak, że nie mógł wydobyć z  siebie głosu. Więc i  nie mógł odpowiadać na zadawane mu natarczywie pytania. Brak odpowiedzi zezłościł mężczyznę, który ściskać zaczął coraz mocniej. Podeszłam do złodzieja. Ciśnienie mi się wyrównało, a  i  emocje zdążyły się uspokoić. Robotnik, który trzymał, puścił gardło chłopaka i  wykręcił mu tym razem rękę. Złapałam swoją torebkę, wyjęłam z  portmonetki zielony banknot i  wręczyłam mężczyznom w  nagrodę za odzyskaną własność. Nie chcieli wziąć. Dopiero, gdy powiedziałam, że będę się źle czuła, jeśli nie wezmą, banknot zniknął w  kieszeni kurtki. Złodziej, wykorzystując chwilę nieuwagi, wyrwał się i  zaczął uciekać. Czyli stało się to, co chciałam. Jego ucieczka była najlepszym rozwiązaniem. Uniknęliśmy spisywania zeznań na posterunku, a  i  kara była surowa – musiał się nieźle wystraszyć.

Cywilizacja. Jej „Elementy” stoją na rogu ulicy i  czekają na sensację. Kolejny element, czyli ja, szuram po chodniku, idąc bez celu. Zarówno robotnicy bez pracy, jak i  niedołężna, stara kobieta, nie za bardzo pasują do założeń współczesnej cywilizacji. Nie można się tu doszukać nawet cienia sukcesu. Tylko chłopak miał jakąś przyszłość przed sobą. Gdyby nie potencjalnie łatwy łup, czyli ja, nie miałby pokusy na wyrwanie torebki, ale w  takim wypadku, nie przeszedłby szkoły przetrwania. Doszłam do wniosku, że jednak przydaliśmy się na coś obcemu młodzieńcowi, a  on mnie, bo moje ciśnienie wróciło do normy.

 

ALINA

Emocje

Wspominałam o  ludziach, którym nadzieja dawała szansę na przetrwanie. Ale większą od nadziei siłę dawała pycha. Pewien silny pyszałek zostawiał najwięcej potomstwa, w  konsekwencji czego, także ja noszę w  sobie jego cechy.

Najpierw się przeraziłam, że mam za mały zapas nerwosolu i  zaczęłam być zła na siebie, że wcześniej nie sprawdziłam i  nie poprosiłam Lucynki, aby mi dokupiła. Proszę Lucynkę, bo Stasio kupuje najmniejsze butelki (dla mojego dobra jak mi wyjaśnia), które wystarczają mi najwyżej na dwa dni. Tak mocno się zezłościłam, że aby się uspokoić wypiłam to, co zostało. Widok pustej butelki sprawił, że mój wewnętrzny niepokój urósł do granic wytrzymałości. Do przyjścia opiekunki pozostawało kilka godzin i  żadnych szans na jakąkolwiek pomoc. Zaczęłam gorączkowo myśleć, co teraz zrobię. Myślenie ma to do siebie, że do głowy przychodzą różne rozwiązania, niekoniecznie najmądrzejsze. Wymyśliłam, że uchylę wyjściowe drzwi i  powieszę na klamce ściereczkę. Ochroniarz na obchodzie zobaczy znak i  zapuka. Poproszę go, aby poszedł do apteki. To tylko sto metrów. Jednocześnie na służbie jest dwóch pracowników, no to nie będzie kłopotu. Wzięłam ściereczkę i  udałam się w  kierunku drzwi. Cała w  nerwach. Szłam za szybko, bez balkonika na trzęsących się nogach. No i  stało się. Zawadziłam stopą o  próg i  całym ciałem poczułam twardą podłogę w  przedpokoju. Pojawił się ostry ból w  prawym biodrze, klatce piersiowej i  w  głowie. Największy w  biodrze.

Leżałam na plecach ze ściereczką w  ręku. Jedyne co mogłam zrobić, to pomachać szmatką, pytanie tylko komu… Podnieść się nie mogłam, uniosłam tylko głowę i  tułów, podpierając się na łokciach. Prawa noga była bezwładna. Próba poruszenia nią powodowała ból nie do zniesienia. Nie pozostawało mi nic innego, tylko czekać aż usłyszę kroki ochroniarza i  wołać o  pomoc.

Uzbrojenie się w  cierpliwość dla człowieka z  natury niecierpliwego, nawet całkiem zdrowego, to koszmar. Zdrowego. A  ja na dodatek byłam unieruchomiona, obolała i  wystraszona. Na myśl, że będę tak leżeć przez następne kilka godzin, bardzo się przestraszyłam, bo przecież nie będę mogła załatwić potrzeb fizjologicznych. Pastylki, które biorę na wyrównanie ciśnienia krwi są moczopędne. Nie wytrzymam długo.

Nie mam pojęcia, ile czasu tak leżałam. Ból zaczął się nasilać. Przychodził, stopniowo się zwiększał, osiągał swoje apogeum i  zmniejszał się nieco. Pulsował przy tym, jakby skakał na niewidzialnej sprężynie. Momenty, kiedy bolało tylko troszkę stawały się coraz krótsze, aż w  końcu silny ból utrzymywał się bez przerwy. Wobec ogromnego cierpienia było mi wszystko jedno, załatwię się pod siebie czy nie.

Zaczęłam wołać o  pomoc. Początkowo niezbyt głośno, a  potem na cały głos, ile tylko miałam sił. Pomoc jednakże nie nadchodziła. Ból wzmógł się do granic wytrzymałości. Pomyślałam, że dobrze by było stracić przytomność. Ale skoro nie straciłam, to zaczęłam krzyczeć, a  następnie drzeć się na całe gardło i  wyć. Wyłam głośniej od wilka. Z  bólu, rozpaczy, ze strachu. Płakałam. W  końcu zjawił się ochroniarz.

Przez długie lata nie płakałam w  ogóle. Zdarzały się przykre sytuacje, ale te wspomnienia chowałam w  sobie. Nie wiedziałam, że je gromadzę. Ubijałam gdzieś, pakowałam i  ubijałam, aby zmieściło się więcej i  więcej. Ale to nie był magazyn z  gumy. Kiedyś musiało to ze mnie wyjść.

Wyszło ze mnie pierwszego maja, w  trakcie pochodu. Pochód był obowiązkowy. Na początku szła orkiestra strażacka, w  której na ogromnym bębnie grał Pan Franek, a  na trąbce Kazik. Ubrani w  galowe mundury szli typowym dla orkiestry krokiem i  grali. Za nimi aktywiści partyjni niosący transparenty, na których było napisane, że razem idziemy do lepszego życia, że chcemy zaprowadzać pokój i  kształcić przyszłe pokolenia. Wszyscy byli odświętnie ubrani. Chcę dodać, że eleganckie ubranie, oczywiście jak na tamte czasy, było tradycją również w  niedzielę, nie tylko w  święta wyższej rangi. Mężczyźni zakładali białe koszule „non iron”, kobiety ładne sukienki i  wszyscy spacerowali ulicą Czarną, wzdłuż stawu, gdzie była duża wnęka w  budynku z  miejscem dla orkiestry, nazwana Muszlą. W  pochodzie, prawie na samym końcu, szła Nowicka. Nagle, z  pobliskich krzaków wyskoczyło kilku wyrostków i  z  procy zaczęli strzelać do pochodu. Czarne, długie i  gęste włosy Nowickiej były najlepszym celem. A  strzelali z  gumy do żucia, którą można było kupić tylko za dolary. Z  zużytej gumy robili kulki i  strzelali. Dlaczego rodzice, a  potem szkoła ich nie wychowała? i  gdzie podział się Kaźmirek? w  końcu to nie tylko wyczyn chuligański, ale i  polityczna zniewaga – atakować społeczne wystąpienie, a  jako amunicji używać kapitalistycznego produktu. Powinien pilnować porządku. Dla mnie najważniejsze były włosy Nowickiej, które guma poskleja i  możliwe, że będzie zmuszona je ściąć. Na myśl o  tym wpadłam w  amok. Wyzwałam chuliganów od chamów, na co oni, że cham to taki, co pochodzi ze wsi i  to obraza duża i  że gdyby nie to, że jestem kobietą, to by mi pokazali. Stał obok mnie Henio. O  pół głowy niższy od łobuzów, ale mimo to postawny. Wszyscy mówili, że Henio powinien być sportowcem, ale chyba mu się nie chciało. Do polityki miał duży dystans, mówiąc szczerze bardzo duży. Śmiał się z  demokracji ludowej i  mówił, że to wszystko lipa. Zaraz po mnie, Henio wyzwał intruzów od chamów i  zapytał, z  której wsi przyjechali i  co to za słoma im z  butów wystaje, żytnia czy owsiana. To wystarczyło. Natarli na nas. Pierwszych dwóch złapałam za włosy i  kilka razy zderzyłam ich głowami, zanim dotarli do Henia. Puściłam ich i  bezwładnie upadli na ziemię. Trzeci otrzymał cios w  brzuch, a  później w  twarz. Od mojego brata. Czwarty chciał się już tylko bronić. Podniósł rękę, ale nie zdążył. Dołączył do kolegów. Piąty zaczął uciekać, ale ruszył zbyt szybko i  potknął się o  krawężnik.

Ten jeden raz zobaczyłam jakiej wprawy nabrał Henio na wiejskich zabawach. Mówili, że rozrabia, a  potężny Piotr, jego przyjaciel, później go broni. Rzeczywistość musiała być trochę inna. Na pochodzie Piotra nie było i  mój brat nie mógł liczyć na jego pomoc. Skutkiem naszych działań było pięć ofiar.

Pochód zatrzymał się, orkiestra odłożyła instrumenty. Zrobiło się straszne zamieszanie. Obok nas zjawił się Kazik, Pan Franek i  maszynista z  lokomotywy numer pięć, Bolek, chłop masywniejszy od Piotra i  od wozaka Antoniego. Pozbierali łobuzów. Bolek dwóch poniósł na komisariat, resztą zajęli się inni. Wtedy dotarło do mnie, że z  mojej winy przerwano pochód. Zakłóciłam wydarzenie polityczne – Święto Robotnicze. Zepsułam całą uroczystość. Sparaliżowała mnie nagła myśl, że za karę będę sama musiała zorganizować drugi pochód. Kaźmirek spisał zeznania i  chłopaków aresztował. Sprawa rzeczywiście zrobiła się polityczna. Przyjechała policja z  powiatu. Ostatecznie łobuzerka została skazana przez kolegium. Jako świadkowie zeznaliśmy, że był to tak zwany wyczyn chuligański, niezagrażający ideowo władzy ludowej.

Okazało się, że guma z  włosów Nowickiej zeszła, a  mnie chcieli przyznać odznaczenie za obywatelską postawę, ale odmówiłam. Heniowi nie proponowali, znali go za dobrze.

Najgorsze w  tym wszystkim było to, że większość tych złych emocji została w  moim magazynie nienaruszona. Musiałam coś z  tym zrobić. Było niedopuszczalne, szczególnie dawniej, w  połowie zeszłego wieku, aby kobieta wdawała się w  bijatyki. Z  braku innego wyjścia nauczyłam się płakać. To lepsze niż spisywanie zeznań na komisariacie.

Dopiero teraz, na starość zrozumiałam, że człowiek powinien, w  miarę swoich możliwości, zachowywać się naturalnie i  panować nad sobą, bo z  emocjami to nie ma żartów. Zrozumieć a  urzeczywistnić, to dwie różne sprawy, ale starać się trzeba.

Pogotowie wiozło mnie na sygnale. Tak szybko, że zaczęłam się bać. Ze strachu zapomniałam o  bólu. Później zaczęły działać podawane mi w  kroplówce leki i  zasnęłam.

Po siedmiu dniach od operacji, Stasio odważył się zobaczyć bliznę na moim biodrze. Nie mógł wyjść z  podziwu, że wszystko tak ładnie się zagoiło. Tylko co w  tym dziwnego, że goi się na mnie jak na psie? w  końcu wyłam nie najgorzej.

 

NOWICKA

Emocje

Alina złamała nogę w  biodrze. Gdyby kózka nie skakała, to by nóżki nie złamała. Ponadto szwagierka uwierzyła w  ewolucję, co do końca pozostawało dla mnie nieodgadnione. Ona nigdy nie miała dostatecznego zasobu wiedzy, aby udowodnić sobie istnienie doboru naturalnego, mutacji, przewagi bytowej, selekcji. No tak, ale ona nie udowadniała sobie istnienia ewolucji – ona w  nią uwierzyła. To tak, jakby patrząc na obraz Pana Jezusa uwierzyć w  Boga. Pastelowe kolory uspokajają, spokojne oczy mówią prawdę, skupiona twarz daje nadzieję na przebaczenie i  zbawienie. A  obraz, to tylko obraz, namalowany przez artystę.

W okresie, gdy Alina spowodowała zamęt na pochodzie z  okazji Święta Pracy, gdzieś na południu Polski, pewien przedsiębiorczy Góral, prawdopodobnie niezaangażowany ideologicznie, włamał się do powiatowego biura Partii Robotniczej i  ukradł kilkaset portretów Marksa. Były to czarno-białe wydruki, więc łatwo było dodać trochę niebieskiego, domalować lśniącą aureolkę i  sprzedawać po wsiach jako świętego Józefa. Ponoć sprzedał prawie wszystkie, ale niestety, po libacji w  knajpie został schwytany. Wygadał się. Kilkaset Marksów udających ojca Pana Jezusa na pewno do dzisiaj wisi w  chałupach i  ludzie do niego się modlą. Ostatecznie nie wiem, czy jest w  tym coś złego. Żadne dzieło, nawet najwybitniejszego malarza, nie przedstawia rzeczywistego wizerunku Świętego, nikt bowiem nie wie, jak Józef wyglądał naprawdę.

Pewnego dnia naszła mnie natrętna myśl, której nie mogłam od siebie odpędzić: to Alina wymyśliła ewolucję i  dlatego ona dla mnie zaistniała. Rzecz jasna jako znak zapytania, ale też jako temat do przemyśleń. Była lub też nie… Po raz kolejny obserwowałam ludzi. To fascynujące. Tym razem spacerując po ulicach. Z  pozycji dynamicznej widzę więcej. To nie tylko fascynujące, ale i  podniecające. Muszę uważać, żeby nikt nie zauważył, że się na niego gapię. Jak tylko nasz wzrok się spotyka, zaraz odwracam głowę. To, że każdy jest inny widzą wszyscy. Ale dlaczego? Jakby wszyscy pochodzili od jednego ojca i  matki, to wszyscy byliby tacy sami, a  przynajmniej podobni. A  nie są. Nie są, bo zmutowali. Można to próbować wyjaśniać zatruciem środowiska, ale niegdyś nie było zatrucia, a  zróżnicowanie ludzi było mimo to duże. Porównajmy Murzyna i  Chińczyka, zupełnie różnią się od siebie. To niewytłumaczalne. Aby ułatwić sobie życie, powinnam, przyznać Alinie rację, że ewolucja jest faktem.

Pozostaje tylko pytanie, a  raczej zagadka, w  jaki sposób w  drodze dziedziczenia powstał mój wnuk. Jeżeli ma połowę genów po mnie i  Leonie, to choć w  połowie powinien być uczciwym i  solidnym człowiekiem. Czyli, że powinien rozebrać tylko piec albo tylko kuchnię, bądź obydwa te kaflowe meble do połowy. A  rozmontował je kompletnie. I  to oba naraz.

 

ALINA

Film

Stasio przywiózł nowy telewizor. Całkiem płaski. Zamiast postawić go na stoliku, zawiesił na ścianie. Podłączył kilka kabli, po czym uczył mnie obsługi pilota. Funkcjonowanie zdalnej obsługi pojęłam w  mig. Włączyć, zmienić kanał, wyregulować głośność. Nic trudnego. Pojawił się inny problem. Miałam teraz do wyboru nie kilka, a  kilkadziesiąt kanałów. Za duży wybór. Jak ja się teraz w  tym wszystkim połapię?

Stasio ustawił moje ulubione programy i  ponumerował je od jednego do pięciu. Reszta to inne przyciski. Trochę się uspokoiłam. Wiedziałam dobrze, że uspokoję się zupełnie, gdy sama wszystko przećwiczę. Ale do tego muszę być w  domu sama.

Miałam zabawę przez dobrą godzinę. Na kartce pozapisywałam programy, które mi się spodobały. Nie tylko tych moich pięć, ale także kilka przyrodniczych i  dodatkowo trzy z  wiadomościami i  pogodą. Jeden pstryk i  mam inny program. Kolejny pstryk i  jeszcze jeden. O  każdej porze można znaleźć coś interesującego. Połapałam się.

Włączyłam telewizor. Spotkanie trzech polityków, zdaje się, że z  różnych partii. Skakali sobie do oczu, przerywali sobie nawzajem, mówili podniesionym głosem i  wszelkimi sposobami starali się nie dopuścić do głosu przeciwników. Pani redaktor próbowała towarzystwo uciszyć, ale się nie dało. Audycja się skończyła i  w  tej samej sekundzie zły duch wystąpił z  nich i  podali sobie ręce na pożegnanie. To takie dziwne. Nie będę próbowała sobie tego wyjaśnić. Tego tylko brakowało, abym się zaczęła zastanawiać nad polityką. Trzeba mieć nie lada talent, by tak dużo mówić o  niczym. Niby o  konkretnych rzeczach, ale tak naprawdę to sporo wody leją. Obiecują, że naprawią wszystkie błędy, a  jakoś tego nie widać. Starego wróbla na plewy nie wezmą. Nie będę oglądała takich prostackich audycji.

Pamiętam nasz pierwszy telewizor. To był dopiero ładny mebel. Ekran o  przekątnej dziesięć, a  może dwanaście cali. Obudowa lakierowana na wysoki połysk, ekran za szybą, dwa duże kremowe pokrętła, jedno do głosu, a  drugie do zmiany kanałów. To był początek lat sześćdziesiątych. Program nadawano przez kilka godzin dziennie, na jednym kanale. Cała reszta była na zapas. Na bliżej nieokreśloną przyszłość. Na dachu ogromna antena, kabel biegnący po ścianie i  przez dziurę w  futrynie, aż do pokoju. W  całym budynku było kilka odbiorników. Na wieczorny teatr i  na film schodzili się sąsiedzi. To było naturalne. W  czwartki była „Kobra” i  gościliśmy kilkanaście osób. Takie lokalne święto, jakby w  małym kinie. Wszyscy cichutko siedzieli i  oglądali program.

Na starość zrobiłam się nowoczesna. Nie dość, że mam swoje ulubione seriale, to od samego rana oglądam programy informacyjne. Bardzo rzadko pojawia się jakaś pozytywna zapowiedź. Cała reszta, to znaczy prawie wszystkie informacje dotyczą złych rzeczy. Wypadki, wojny, morderstwa, kłótnie i  cała reszta okrucieństwa i  bezeceństw. Przez zaledwie kilka dni można jeszcze wytrzymać, ale nie dłużej. Zaczęłam być bardziej nerwowa i  miałam jakieś straszne sny. Postanowiłam zatem nie oglądać wiadomości. Na to miejsce najlepiej wprowadzić film. Nie serial, ale cały film, który postanowiłam obejrzeć od początku do końca. Większość filmów nadawana jest wieczorem, więc zmieniłam porę oglądania telewizji. Popołudniowe seriale, a  później na dobranoc film. To powinno dobrze zrobić przed snem. Tak myślałam.

Pierwszy eksperyment zrobiłam około jedenastej w  nocy. Niestety, w  większości obrazów jakie zobaczyłam na moim płaskim ekranie była przemoc. Prawie to samo co w  wiadomościach: strzelanina, wojna, kłótnie i  tym podobne. Mając tak dużo kanałów, zdecydowałam szukać dalej. W  końcu znalazłam, ale pilot wypadł z  trzęsących się rąk na podłogę i  baterie, uwolnione ze swojego miejsca, jedna za drugą potoczyły się pod moje łóżko. Byłam skazana na oglądanie filmu.

Ładny ogród, dwie młode, ładne kobiety i  ich znajomy. Estetyka na najwyższym poziomie. Wszyscy uśmiechnięci i  dobrze do siebie nastawieni. Odłożyłam pilot i  zaraz potem zaczęło się. Jedna kobieta zdjęła z  drugiej ubranie, mężczyzna sam się rozebrał i  zabrali się do dzieła. Na początku się zdenerwowałam tak, że musiałam łyknąć nieco z  nerwosolu, ale zaraz po tym mnie uspokoiło. Przecież mam pilot i  wyłączę ten diabelski sprzęt. Pilota jednak znaleźć nie mogłam, a  bez niego nie potrafiłam nic zrobić z  telewizorem. Trochę udawałam, że nie patrzę, chciałam nakryć ekran ręcznikiem, ale bałam się, żeby czegoś nie zepsuć. Z  konieczności obejrzałam nieudaną ekranizację do końca. Pornograficzny. Trochę się zawstydziłam, gdy pomyślałam, że odgłosy z  pornosa roznoszą się po całym budynku, ale na to nie było rady. Wkrótce ogarnął mnie błogostan. To pewnie przez działanie nerwosolu – łyk, który wzięłam był spory.

Tyle słyszałam o  pornografii, ale to, co zobaczyłam, trzeba przyznać było kiepskie. Uprawiali seks jakoś dziwnie. Samo stwierdzenie – uprawiać seks – jest dziwne. Grządki się uprawia, a  te rzeczy to się robi inaczej. Na obejrzanym filmie nie było nic, co mogłoby mnie zachwycić. Co to za erotyka, w  której nie pokazano mężczyzny w  całej okazałości. I  te teatralne, sztuczne ruchy. Nic dziwnego, że obecne pokolenie ma do spraw seksu dość płytkie, wyświechtane przez mass media podejście. Po prostu nie było na co patrzeć. Za grosz fantazji. Program o  chodzących na golasa tubylcach z  dżungli, który oglądałam jakiś czas temu był lepszy, bardziej podniecający.

W czasach, kiedy miałam dwadzieścia lat do kina chodziło się raz na kwartał, a  w  gazetach prawie nie było reklam. Nikt się ze swoimi intymnymi sprawami nie afiszował. Nasza cywilizacja była lepsza. Dzisiaj czym człowiek stoi wyżej w  hierarchii tym więcej bierze, a  mniej daje. Wystarczy, że wyjdę na spacer i  widzę, że bytowanie we współczesnym mieście prowadzi do nienormalnego zachowania. Ostatnio spotkałam kota prowadzonego na smyczy, poprzednio szczura, który siedział na ramieniu młodej dziewczyny. Ależ ozdoba. Niby cywilizacja, a  ludzie dziczeją.

To może dlatego ten pornos, który widziałam był taki mdły? Są pewnie przepisy wskazujące co wolno pokazać, a  czego nie wolno. Z  normalnego seksu robi się jakąś dziwną farsę. Dwie kobiety – to ma działać na wyobraźnię, ale po tym mdło, mdło i  jeszcze raz mdło. Te przepisy wymyśla zapewne jakiś zgrzybiały staruszek? Ciekawe czy ja bym takie normy zdołała opracować? Mogłabym wymyśleć dużo ciekawszą fabułę takiej ekranizacji. Opracować i  spisać. Ale gdyby ktoś to przeczytał, na przykład moja opiekunka, to bym się ze wstydu spaliła. I  co z  tego, że historia byłaby lepsza od tej, którą widziałam. Każdy wiek ma swoje prawa, a  mój wiek to przeżyć te ostatnie dni bez głupot. Tyle tylko, że jakoś mi się nie udaje.

Muszę poprosić Stasia, by mnie zawiózł do kościoła do spowiedzi. Nie można tak tego zostawić. Najpierw będę musiała przemóc swój wstyd, aby powiedzieć księdzu, co mi się przytrafiło. Przemogłam się po trzech dniach. Weszłam do pustej świątyni. Stasio podprowadził mnie do konfesjonału. Księdza w  nim nie było i  mój siostrzeniec poszedł szukać kapłana. Dygotałam w  środku niczym przysłowiowa osika. Całe trzy dni przyzwyczajania się do tej chwili, a  tu wszystko diabli wzięli, bo zapomniałam co mam powiedzieć. W  pierwszym odruchu postanowiłam uciec. Do drzwi było daleko. Z  moją kondycją i  balkonikiem to nie był dobry pomysł. Poczułam się jak w  pułapce. I  jak na złość nie miałam przy sobie mojego nerwosolu.

Zamarłam, gdy usłyszałam kroki. Miałam wrażenie, że uderzenia mego serca słychać było w  całym kościele.

Ksiądz miał nie więcej niż trzydzieści lat. Uśmiechnął się życzliwie i  spytał, czy nie chcę spowiadać się na siedząco, bo w  konfesjonale będzie mi niewygodnie. A  ja głupia bałam się, że usłyszę od niego, że zawracam mu głowę i  zabieram czas, bo przecież taka stara kobieta jak ja w  ogóle nie powinna grzeszyć. Ale nic takiego nie usłyszałam. Grzech to grzech. Oglądanie erotycznego filmu, brak postawy katolika i  wymagania wszystkiego od wszystkich. Od Stasia, żeby ze mną przesiadywał, od Lucynki, żeby więcej sprzątała i  szybciej mnie myła, od ochroniarzy, żeby byli zawsze na miejscu kiedy mi czegoś trzeba, od Nowickiej, żeby pisała listy na które nie odpisuję, od Pocztarka, żeby przynosił mi emeryturę bez opóźnień. Od wszystkich.

Wyciszyłam się zupełnie. Przypomniałam sobie grzechy i  pomyślałam, niech się dzieje co chce. Spowiednik podszedł do moich występków w  sposób taki, w  jaki powinien podejść. Poważnie.

 

NOWICKA

Film

Sąsiadka zaprosiła mnie na herbatkę. Pokazała mi swój nowy telewizor. Płaski i  duży ekran w  srebrnym obramowaniu. Kiedyś można było sobie wyobrazić, że w  pudle telewizora są miniaturowi ludzie i  budynki, ale w  takim płaskim to tylko dwuwymiarowe płaszczaki mogłyby mieszkać.

Wzięła do ręki pilot i  zaczęła zmieniać programy. Kilkaset różnych obrazów. Przesyłane są z  satelity przez okrągły talerz anteny umocowany na dachu. I  po co jej taki złodziej czasu? Żeby tylko sprawdzić, co nadawane jest na którym kanale, potrzeba kwadransa. Wytłumaczyła mi, że programy są posegregowane tematycznie. Wiadomości, programy filmowe, przyrodnicze, edukacyjne, rozrywkowe i  inne.

Skończyłyśmy pić herbatę. Sąsiadka musiała pójść po zakupy. Zaproponowała mi, żebym została i  obejrzała coś w  telewizji. Niby skrytykowałam pożeracz czasu, ale na propozycję przystałam nie wiedzieć dlaczego chętnie.

Wciskałam na pilocie kolejne klawisze i  pojawiały się kolejne programy. W  końcu trafiłam na film po tytułem „Obcy, ósmy pasażer…” czegoś tam – nie pamiętam nazwy, ale chodziło o  statek kosmiczny. Na nieznanej planecie z  ogromnych jaj lęgły się smoki, które zjadały ludzi. Miały dużo zębów, dwie, trzy szczęki, zamiast śliny kwas. Dostały się do statku kosmicznego i  po kolei łapały ludzi. Jednego robota zżarły do połowy tak, że pozostał sam tułów, który dalej był żywy. Przerażające. Chciałam wyłączyć, przełączyć, choćby przyciszyć, ale nie udało mi się. Pilot przestał działać. Wystraszyłam się, sama oko w  oko z  kosmicznym smokiem. Minęły trzy kwadranse i  już tylko jedna kobieta walczyła z  owym obcym. W  końcu go pokonała i  w  tym samym momencie weszła moja wybawicielka. Uratowała mnie. Po wyłączeniu telewizora długo siedziałam w  fotelu jak sparaliżowana. Przejęta i  bez żadnego ruchu. Gdzie filmowcy znaleźli takiego smoka?

Sąsiadka powiedziała mi, że są i  inne programy, do których starsi ludzie nie są przyzwyczajeni. Na przykład pokazują seks, a  nawet są programy dla innych orientacji. Mając dziewięć krzyżyków na karku nie bardzo obchodził mnie seks, tym bardziej inne orientacje. Pomyślałam, że może Alina, jako że bardziej niż ja nowoczesna, byłaby zainteresowana.

Po powrocie do domu sprawdziłam dziury w  kominie. Nie znalazłam śladów bytności żadnego, dużego, czy małego smoka i  ponownie zatkawszy je gazetami, nadal roztrzęsiona, poszłam spać.

 

ALINA

Nerwy

Zaczęłam zastanawiać się, co mnie najbardziej denerwuje. Kiedy do tego dojdę, to jest nadzieja, że będę mogła zostać tylko przy nerwosolu. Muszę dodać, że po ostatniej wizycie w  przychodni mam specjalne pastylki na uspokojenie, a  to jeszcze jeden, dodatkowy lek do codziennego użytku.

Wszystko zaczęło się w  zeszłym tygodniu. Zapukały do moich drzwi dwie młode dziewczyny i  zaproponowały pomoc. Na to ja, że mam zagwarantowaną pomoc i, że Lucynka przychodzi do mnie w  każdy dzień powszedni na bite dwie godziny, a  często zostaje na dłużej. One na to, że są z  organizacji charytatywnej, której nazwy nie zapamiętałam i  chcą zrobić dobry uczynek. Mają taką zasadę, że każdego dnia muszą zrobić choć jeden dobry uczynek. W  każdą środę pomagają starszym, a  że była akurat środa, to przyszły do mnie. Nie pytałam skąd wiedzą, gdzie mieszkam, ani dlaczego akurat mnie wybrały. Nie miałam do tego głowy. Pomyślałam, co by tu im dać do zrobienia. Postanowiłam poprosić, żeby dokładnie odkurzyły pokój i  zmyły podłogę. Lucynka nie lubi tej roboty, to i  podłoga, chociaż umyta, nie lśni jak lustro, a  mogłaby.

Wręczyłam jednej odkurzacz a  drugiej mopa oraz płyn do czyszczenia podłóg, a  sama poszłam do kuchni. Jedna z  dziewczyn poprosiła o  herbatę. Zawstydziłam się, że sama nie zaproponowałam. Herbatę wypiły razem ze mną w  kuchni, pożegnały się i  wyszły.

Podłoga wyschła i  poszłam do pokoju. Wszystko lśniło. Nie było ani jednego pyłku kurzu a  w  portfelu, który trzymam w  bieliźniarce ani jednego banknotu, ale to zauważyłam później. Obrobiły mnie prawie doszczętnie. Z  emerytury zostały mi tylko pieniądze odłożone na czynsz, schowane w  garsonce.

Nie muszę dodawać, że nerwy zaczęły mnie trząść i  połknęłam tabletki uspokajające w  dawce adekwatnej do mojego roztrzęsienia, popiłam to wszystko nerwosolem, ale nie do końca pomogło. Tyle historii słyszałam o  złodziejach okradających emerytów. Dlaczego byłam taka ufna? Życie niczego mnie nie nauczyło.

Przespałam całe popołudnie, noc i  następny ranek, aż obudziła mnie Lucynka. W  sumie czułam się nie najgorzej i  zachciało mi się jeść, a  zaraz potem spać. Gdy dyżur Lucynki się skończył, od razu skierowałam się do łóżka, gdzie pozostałam aż do następnego przedpołudnia.

Nie mogłam nosić w  sercu tej całej historii, bo moje nerwy by tego nie wytrzymały. W  ten sposób załatwiłam sobie domową wizytę pani psycholog. W  ten sposób u  Stasia zdobyłam jeden duży punkt.

Pani psycholog na zakończenie naszej długiej pogawędki stwierdziła, że moja psychika jest w  normie, standardowa. Żeby ograniczyć leki uspokajające muszę najpierw wiedzieć, co mnie denerwuje, a  potem dlaczego. Być może wówczas będzie mniej stresów i  mniej leków. Pani psycholog była tak miła, że zaraz jak tylko wyszła, zaczęłam się zastanawiać, co tak naprawdę mnie wyprowadza z  równowagi. Ponadto, jeśli ja jestem zupełnie normalna, to współczuję tym, którzy normalni do końca nie są; skoro ja tak często nie mogę się opanować, to oni…

Najbardziej mnie denerwują ludzie, którzy dorwali się do władzy i  zamiast pomagać innym, to głównie dbają o  siebie. Nie znam osobiście nikogo takiego, ale pełno wokół afer, a  to znak, że wśród rządzących są cwaniaki. Starają się wykorzystać władzę i  napchać kabzę. Bezwstydnicy. I  to dotyczy nie tylko naszego kraju, tak jest na całym świecie.

Bardzo denerwują mnie obietnice bez pokrycia. Wielokrotnie słyszałam, że coś się zrobi, coś załatwi, ale nigdy się nie zrobiło ani nie załatwiło. Samo się nie zrobi. I  po co tu gadać takie dyrdymały, zapewne tylko po to, żeby się przypodobać innym i  żeby poczuć się ważnym. Machnąć ręką z  góry na dół i  wyrzec – niech się pani nie martwi, to się załatwi. Tak, samo się załatwi…

Bardzo denerwuje mnie głupota i  bezmyślność. Ktoś coś usłyszy i  bezmyślnie powtarza. Zrobiłam pewne doświadczenie. W  windzie spotkałam sąsiadkę, tą która się rozwiodła. W  ostatnich miesiącach zrobiła się jeszcze bardziej wyniosła. Zdaje się, że ma nową pracę i  teraz jest wielką panią dyrektor. Odpowiada na pozdrowienia i  sama czasem mówi dzień dobry, ale nic poza tym. Nie wdaje się nawet w  krótkie pogawędki. Zapewne chodzi do jakiegoś innego wróża, odgadującego rzeczy przyszłe jasnowidza, który załatwił jej, a  raczej wyczarował nową posadę. Z  wyczarowaniem stanowiska, to chyba zapędziłam się za daleko we własnej fantazji, choć i  to jest możliwe. W  każdym razie na co dzień potrzebuje mężczyzny. To da się wyczuć. Z  poprzednim rozstała się z  wielkim hukiem. W  całym budynku było słychać ich kłótnie. Wyobrażałam sobie dwie postacie, które gestykulując zawzięcie wykrzykują swoje racje. Jej musiały być ważniejsze, bo wróż się wyprowadził.

Zapytałam, czy dobrze działa jej pilot do garażu i  dodałam, że Stasio ma nowy. Byłam ciekawa, czy powstanie z  tego jakiś kłopot. Zmieszała się, ale nic nie odrzekła. Zrobiła się czerwona na twarzy i  tylko pokiwała głową. Wywołałam reakcję i  czekałam co będzie dalej. Ledwie wyszłyśmy z  windy, a  ona szybkim krokiem podeszła do tablicy informacyjnej i  zaczęła gdzieś dzwonić i  mówić podniesionym głosem. Później krzyczeć do telefonu. Przypuszczalnie ktoś nie wytrzymał wrzasków i  pewnie rzucił słuchawką, bo przestała. Jak można coś takiego zrobić pani dyrektor? Nie wymienić jej pilota, a  Stasiowi wymienili, choć nie obnosi się, że ma dobre stanowisko. Głupia i  nadęta baba. Głupia tym bardziej, że Stasiowi wymienili pilot, bo stary przypadkiem upuścił na posadzkę i  zepsuł. Ponadto musiał za niego zapłacić. Kodów nie zmienili. To przez moje niedopowiedzenie kobieta się zdenerwowała, ale nigdzie nie ma napisane, że wszystko musiałam dokładnie powiedzieć. Jeżeli zaczęłaby rozmowę na ten temat, to bym jej wytłumaczyła, a  mogła, bo w  windzie byłyśmy prawie minutę. W  zaistniałym przypadku nie miałam obowiązku wyjaśniać szczegółów i  mogę być usprawiedliwiona. Poza tym mam zadyszkę i  muszę uważać, aby za dużo nie gadać.

Byłam ciekawa, czy załatwiła sprawę. Spytałam ją o  to, ale nie odpowiedziała, machnęła tylko ręką i  tupiąc po lastryko wysokimi obcasami, poszła schodami do garażu. Wyszłam na dwór i  usiadłam na ławce, ale sąsiadka z  garażu długo nie wyjeżdżała. Po kilku minutach ukazała się rozjuszona i  znów krzycząca do telefonu. Pewnie zepsuł jej się pilot, a  najpewniej go upuściła, jak Stasio i  przez to nerwy jej puściły. Wiem coś o  tym. A  ona zdaje się nie wie o  nerwosolu, a  ja, jak wspomniałam, nie mam obowiązku wszystkiego wyjaśniać.

Najgorsze w  tym wszystkim było to, że nie było mi wstyd, że w  sumie, choć nie powiedziałam nieprawdy, to jednak posunęłam się za daleko w  swojej wstrzemięźliwości. Ciekawe czy zrobiłam to z  zemsty, bo paniusia taka ważna, czy żeby sprawdzić, jaka jest głupia. A  wszystko dlatego, że nie spoczywa na mnie obowiązek tablicy ogłoszeniowej.

Znowu zaczęłam zadawać sobie pytanie co mną kieruje. I  drugie pytanie, kto kim lub czym kieruje, rozum popędami, które potrafią w  nerwach wymknąć się spod kontroli, ale to można jeszcze zaakceptować i  wybaczyć, czy też popędy rozumem. Moje popędy ponownie zmusiły mnie do robienia głupstw. Popędy starej kobiety. Coś w  końcu mnie przy życiu wszakże trzyma. Takie to buty…

To wszystko sprawka Popielatego, który choć nie ma władzy nad człowiekiem to podpowiada mu różne głupie pomysły, a  później się śmieje. Zły duch tkwi głęboko we mnie i  nie sprawiam mu zbyt dużych trudności w  urządzaniu komedii. On się cieszy, a  mnie wstyd. Och, gdybym mogła go dostać w  swoje krzywe od reumatyzmu palce, to bym chyba nie puściła.

Denerwuje mnie srodze brak poszanowania dla ludzkiego czasu. Szczególnie kiedy ktoś przemawia albo nawet głosi kazanie z  ambony. Gada i  gada, i  nie obchodzi go, że słuchacze mają dość tego monologu. Takie długie wystąpienia przynoszą odwrotny skutek, bo ludzie przestają słuchać i  wyłączają się. Zamykają się w  sobie.

I jeszcze na dodatek denerwuje mnie bylejakość i  bezmyślność. Ostatnio był u  mnie taki fachowiec, który poprawiał mi zlew. Źle skręcił jedną ze śrub i  woda ciekła po ścianie. Przez tą jego bylejakość musiałam zawołać Stasia, który śrubkę dokręcił, ale specjalnie musiał po to przyjść do mnie przed północą. Tyle dobrego, że znów go zobaczyłam i  trochę z  nim pogadałam. Ale fachowiec z  tamtego marny. Jeśli ponownie przyjdzie do mnie, to go nie wpuszczę. Powiem, że źle się czuję, bo nie będę tłumaczyła o  śrubce i  o bylejakości.

Jeszcze inne rzeczy i  inne zachowania ludzkie mnie denerwują. Kiedyś denerwowała mnie Pszenna. Niby daleka rodzina, ale prawie się nie znałyśmy. Aż do dnia śmierci jej męża. Pszenny umarł nagle. Podobno miał w  głowie tętniaka, który pękł. Nie mógł powiedzieć jak się czuje, bo był niemową. Pokazywał różne znaki, które rozróżniali nieliczni, ale na migi nie da się dokładnie określić swojego samopoczucia. Po pogrzebie Pszenna zaczęła do mnie przychodzić. Zawsze koło czwartej po południu. Na herbatę i  nigdy z  pustą ręką. Przynosiła ciasta, ciasteczka, cukierki, ja robiłam herbatę i  rozmawiałyśmy. Ona mówiła dużo, a  ja trochę. Siedziała najmarniej godzinę, po czym się zbierała. Jakby nie wiedziała, że mam dużo obowiązków. Świnie czekały na swój posiłek, bez wątpienia kwiczały i  gryzły się nawzajem wredne, a  ja musiałam rozmawiać z  Pszenną. Widocznie zrobiła się taka gadatliwa, bo przez te lata przeżyte z  Pszennym tylko machała rękami i  niewiele mówiła. Język migowy ma swoje ograniczenia. Jedyną jego dobrą stroną jest to, że niemowa i  jego rozmówca od rana do wieczora trochę się gimnastykują. Trzeba uszanować innego człowieka i  ja starałam się ją uszanować. Ale nie miałam widocznie dość cierpliwości. Jednego razu, zamiast podać herbatę zaproponowałam, że razem pójdziemy nakarmić świniaki. Bez słowa ruszyła mi do pomocy, ale więcej już do mnie nie przyszła. Niewątpliwie wygadała się i  opróżniła swój pojemnik z  żalów…

Dopiero po latach zrozumiałam, że przychodziła do mnie, bo trudno jej było znieść samotność. Z  drugiej strony nie mogę mieć wyrzutów sumienia, bo świnie to żywe stworzenia i  muszą na czas dostać jedzenie.

 

NOWICKA

Nerwy

Alina zawsze była nerwowa. Wiele rzeczy nie dawało jej spokoju a  jeszcze więcej wyprowadzało ją z  równowagi. Ze mną jest zupełnie inaczej.

Poszłam na pocztę, bowiem Pocztarek zostawił w  furtce awizo. Nie wszedł do domu, tylko wetknął między pręty w  furtce. Gdybym miała złego psa, to byłoby do wybaczenia, ale nie miałam.

Na poczcie kręciło się kilka osób. Nadeszła moja kolej. Z  uśmiechem na twarzy podałam karteczkę z  wezwaniem, lecz spotkał mnie zawód. Zostałam poproszona o  dokument, ale przy sobie nigdy nie nosiłam dowodu, więc paczki mi nie wydano. Powinno być na tym awizo napisane, że mam zgłosić się z  dowodem. Nie przeczę, że nie było, ale tam są różne rzeczy napisane takim drobnym makiem, że nie zdołałam odczytać. Dopytałam się, czy jeszcze coś będzie potrzebne. A  na to pani z  okienka, że co na przykład? No to ja, że może na przykład akt chrztu, akt własności domu, ostatecznie legitymacja bojowników wojennych, mam też odznaczenie za walkę z  okupantem. Kobieta w  okienku wzięła moje gadanie za żarty i  roześmiała się, no to i  ja się roześmiałam. Wróciłam do domu i  zaraz znów na pocztę. Tym razem kolejki nie było. Stanęłam wyprostowana, podałam papierek i  dowód. Odznaczenie błyszczało na mojej piersi. Byłam urzędowa w  urzędzie.

Pani w  okienku zrobiła dziwną minę, po czym wyjaśniła, że awizo przyniesione zostało niedawno, co oznacza, że przesyłkę nadal ma przy sobie Pocztarek. Przyniesie ją na pocztę po skończonym obchodzie i  wówczas mogę ją odebrać. Po osiemnastej. Nie poinformowała mnie o  tym fakcie za pierwszym razem, ale to przemilczałam. Zapytałam, czemu listonosz zamiast dać mi przesyłkę, zostawił tylko karteczkę. Odpowiedziała, nadal z  przyklejonym do ust uśmiechem, że owe karteczki są na wypadek, gdyby nie było nikogo w  domu. Ale ja byłam w  domu, a  Pocztarek do mnie nie przyszedł. Odpowiedziała, że mogę napisać skargę. Nie zrobiłam tego. Będą mnie ciągać po urzędach, a  Miąsko mógłby mieć nieprzyjemności. Postanowiłam sprawę wziąć we własne ręce.

Najpierw musiałam wyjaśnić dlaczego zamiast przesyłki znalazłam awizo. Ruszyłam na poszukiwania winnego całego zamieszania. Spotkaliśmy się niedaleko Wisełki. W  restauracji było prawie pusto. Byłam zadowolona, że nie będzie widowni. Pocztarek wzruszył ramionami i  zeznał, że furtka była zamknięta. Przy ogrodzeniu nie ma dzwonka, to i  nie mógł mnie zawiadomić. Dodał, że teraz mi nie wyda przesyłki, bo awizo zostało wypisane, a  w  takim wypadku tylko poczta ma prawo mi ją wydać.

Poczułam, że związane w  kok włosy stają dęba, zaczynają mi się jeżyć. Aby zapobiec utracie fryzury, szybko podniosłam do góry ręce. Zbyt szybko. Roznosiciel listów wystraszył się, zachwiał i  runął do rowu, a  motorower za nim. Pomogłam mu pozbierać rozrzucone w  rowie listy i  paczuszki. Znalazłam przesyłkę zaadresowaną na Nowicka. Wymieniłam się z  Pocztarkiem na awizo. Tym razem nic nie powiedział.

To była dość opasła koperta. Pochodziła z  niemieckiej fundacji dbającej o  weteranów – poszkodowanych w  okresie wojny. Po otwarciu znalazłam list z  życzeniami i  kalendarz do powieszenia na ścianie oraz przekaz na równowartość stu euro.

Trochę się wzdrygnęłam, gdy pomyślałam, że znowu muszę pójść na pocztę, tym razem po pieniądze, ale nie taki w  końcu diabeł straszny jak go malują.

W tym dniu, tak naprawdę to zdenerwowałam się tylko raz, kiedy wykipiało mi mleko. Nie tyle żal mleka, kłopot w  smrodzie spalenizny.

 

ALINA

Wizyta

Człowiek to nie worek kartofli. Nie można go przerzucać z  miejsca na miejsce, nie można za niego decydować i  zmuszać do robienia tego, czego robić nie chce. Człowiek powinien być wolny.

W naszym świecie panują inne prawa. Człowiek nie znaczy więcej niż worek kartofli. Urzędnicy zmieniają przepisy, bogacze wywołują konflikty, ci z  góry piramidy mają za nic tych z  dołu. Wszyscy są zmuszani do robienia tego, co dla nich zaplanowano, począwszy od przedszkola a  skończywszy na emerytach. Niby nikt nikomu nie rozkazuje, ale zrób inaczej, to albo złamiesz prawo, albo nie dadzą ci czegoś. Jeżeli nie daj Boże nie zapłacisz podatków, to jesteś załatwiony. Na tym polega współczesna demokracja.

Siedziałam wczoraj w  fotelu i  zdałam sobie sprawę, że wkrótce będę wolna. Zupełnie wolna i  żadne prawa i  przepisy nie będą mnie dotyczyć.

Naprzeciwko, w  fotelu w  którym zawsze siada Stasio, dostrzegłam szarą półprzezroczystą kobiecą postać. Patrzyła na mnie. Nie wiedziałam co robić. Chciałam się odezwać, ale bałam się, że jak tylko mój głos zabrzmi, postać zniknie. Więc siedziałam bez ruchu, wytężając wzrok. Powinna mieć trupio chudą twarz, wystające kości policzkowe, siwe włosy i  kosę. Powinna, bo tak się utarło w  legendach i  baśniach. Ale nie miała…

Postać powoli zgęstniała i  widać ją było lepiej. Szczupła ja deska, z  mizernym biustem, ręce trzymała na kolanach złożone niby do modlitwy. Co do kolorów, to nic się nie zmieniło. Nadal szara…

Musiała to być ta sama szkieletowa baba, która już kiedyś u  mnie była.

Przyszła po mnie. Zabierze mnie gdzieś… Myślę, że przygotowałam się do drogi w  nieznane. Od dłuższego czasu czekałam na ten dzień. Prawie codziennie powtarzam sobie, że nie ma ze mnie pożytku na tym świecie, tylko same kłopoty. A  i  ja nie czerpię przyjemności z  takiego życia…

Okazało się, że donikąd mnie nie zabrała. Dotarło do mnie nieco później, że kostucha nie mogła mnie zabrać., bowiem nie nadeszła jeszcze moja godzina. Przeświadczenie, które ma solidne podstawy. Trzymam się kurczowo wszystkiego, co jest na tym świecie. Najbardziej przyzwyczajeń. Nie chcę odpuścić. Ciągle mam jakąś nadzieję i  chcę żyć. A  więc jeszcze nie teraz. To po co przyszła?

Uniosła głowę i  spojrzała mi w  oczy. Uśmiechała się. Czekałam… prawie nie oddychając na ciąg dalszy.

Całe życie, podobnie jak przyśpieszony film zaczęło przebiegać przed moimi oczyma. Dzieciństwo, szkoła, wojna, Kazik i  nasze małżeństwo, Nowicka, chów świń, parowóz z  dymiącym kominem i  usmolona twarz śmiejącego się od ucha do ucha Kazika. Kazik w  niedzielnej białej koszuli, Pan Franek rąbiący drzewo na równe kawałki, mama wałkująca ciasto na kluski, Henio, Marysia i  w  końcu Stasio.

Przez kilka lat Stasio wychowywał się u  mnie. Podświadomie czekałam, aż kiedyś powie do mnie „mamo”, ale nigdy tego nie zrobił. Teraz, z  perspektywy lat sądzę, że Stasio był zamknięty w  sobie, taki trochę autystyczny. Potem wyrósł z  tego.

Stasio w  wieku dwunastu lat często wracał ze szkoły ubrudzony ziemią. Tłumaczył mi, że walczył z  Leonem. Leon to syn rolnika, dwa lata starszy od Stasia i  dwa razy silniejszy, chociaż o  pół głowy niższy. Po co więc się siłować, skoro od razu wiadomo, że sprawa będzie przegrana?

Właśnie wtedy chłopiec wyjaśnił, że chce poznać swoją wartość. Chce dorównać Leonowi. Było to dla mnie niepojęte. Prosiłam tylko, żeby do tych bójek przebierał się w  dresy.

Trwało to do końca ósmej klasy. Mój siostrzeniec zatriumfował. Pokonał Leona i  wszystkich innych chłopaków z  całej gminy na zawodach. W  biegu na czterysta metrów. Mam schowane gdzieś zdjęcie, na którym młody zwycięzca stoi na podium. W  jednym ręku trzyma dyplom a  w  drugim nagrodę – zestaw do kometki. Już więcej się nie siłowali z  Leonem. Stasio poszedł do kolejnej szkoły a  Leon na gospodarkę.

Później przyszły kolejne sukcesy sportowe Stasia. Był mistrzem w  biegach na krótkie dystanse. Mam podstawy przypuszczać, że niezgorszym, skoro jeździł na zawody po całym kraju. Dostawał dyplomy, medale, a  także puchar – taki kryształ oprawiony w  mosiądz.

Kiedyś przyszedł do mnie z  wszystkimi swoimi medalami i  pucharami, i  zostawił je u  mnie. Dyplomów nie zostawił, używał ich jako uszczelek przy remoncie motocykla. Powiedział, że nigdy nie będzie sportowcem i  nie chce zostawiać sobie pamiątek.

Przeleciały kolejne lata, wyprowadzka z  Borowic, Warszawa, i  tak dalej. Wszystko, aż do dnia dzisiejszego.

Poczułam, że słabnę. Serce zwolniło, oczy zaszły mgłą. Nie czułam rąk ani nóg, a  zaraz potem w  ogóle straciłam czucie. Myślałam, że zobaczę ciemny tunel ze światełkiem w  oddali, ale niczego takiego nie zobaczyłam. Słabłam, z  każdą chwilą coraz bardziej…

Po czym siły cudownie do mnie wróciły. Ocknęłam się. Serce biło mocno i  równo. Po co była ta próba? Przygotowałam się i  chciałam nagadać postaci, ale nie zdążyłam, bo weszła Lucynka. Zdziwiona podbiegła do mnie, aby sprawdzić, czy nic mi się nie stało. Nad sąsiednim fotelem unosił się kłąb dymu. Jakbym paliła papierosa albo i  cygaro. Koniaczek z  łatwością mogłam wytłumaczyć względami zdrowotnymi, ale na cygaro to nie miałabym pomysłu. Nic nie powiedziałam i  Lucyna pewnie pomyślała, że to zwid, bo zaledwie po kilku sekundach niczego już nie było w  powietrzu. A  może to naprawdę był zwid?

Lucynka zrobiła co trzeba i  poszła do kolejnej staruszki. Obiecała, że zamówi dla mnie lekarza. Tylko po co? Prócz tego, że mogę zaraz umrzeć, co byłoby zupełnie naturalne i  nie zdziwiło nikogo, ponadto nic nowego mi nie dolega, a  stare sprawy są spisane w  mojej karcie w  przychodni.

Ponownie usiadłam w  fotelu i  zaczęłam wypatrywać postaci, ale bezskutecznie. Straciłam swoją szansę, a  raczej sama się wycofałam. Z  drugiej strony, gdybym tak miała żyć przez kolejne lata, to byłaby to chyba najgorsza pokuta za te moje wszystkie grzechy. Przy kolejnej okazji nie mogę o  tym zapomnieć i  muszę mieć więcej odwagi.

Postanowiłam, że wszystkie moje dyplomy, które zostały spalę, medale wyrzucę, a  z  pucharu zrobię cukiernicę. Oczywiście te wszystkie nagrody mam tylko w  głowie. Przywiązania, takie podpórki, żeby było po co żyć. Przyjdzie taki dzień w  którym się poodwiązuję i  zobaczę, co się wydarzy.

 

NOWICKA

Wizyta

Szara postać przykucnęła w  rogu. Wyglądała, jakby zbudowana była z  dymu uwięzionego w  kształcie staruchy. Pomyślałam, że wleciała kominem. Tak łatwiej, niż przenikać przez ściany. Stanęłam naprzeciwko niej. Patrzyłam na jej niewyraźną twarz, a  ona pewnie na moją. Po co tu przybyłaś? – zapytałam, ale ona nie zareagowała.

Przyszła w  odwiedziny, pomyślałam. Herbatki, kawy, ciasteczko? Nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Doszłam do wniosku, że postać to szpieg. Przyszła, aby sprawdzić co u  mnie się dzieje. Mam dość woli walki, czy może już po mnie? i  to mnie rozdrażniło. Przychodzi taki duch i  straszy. Przekręciłam kontakt, licząc że światło rozproszy dymną postać, ale żarówka nie zadziałała. Szarówka przeszła w  półmrok, a  potem w  ciemność. Postać zaczęła fosforyzować. Stopień mojej irytacji wzrósł natychmiast niewspółmiernie w  porównaniu do mojej cierpliwości. Wystraszyć starą i  sama się podda. Nie z  Nowicką takie numery.

Przypomniałam sobie, że w  przedpokoju mam kilka rac, które kiedyś kupił mój wnuk, a  potem o  nich zapomniał. Miały być na Sylwestra. Podpaliłam lont. Gdy się dopalał położyłam je postaci na dłoniach. O  dziwo, nie upadły na podłogę…

Najpierw usłyszałam głośne syczenie, po czym nastąpił wybuch. Miałam przygotowane wiadro z  wodą, aby gasić pożar, ale nie było potrzebne. Postać rozżarzyła się i  unosząc ze sobą strzelającą kolorowymi iskrami racę, przecisnęła się przez dziurę po piecu i  uleciała kominem.

Nagromadzone przez lata sadze mają swoje łatwopalne prawa. To ponoć czysty węgiel. Reakcja zapoczątkowana przez racę rozprzestrzeniła się błyskawicznie. Wybiegłam przed domek. Z  komina, niczym z  armaty skierowanej w  niebo wystrzeliła jarząca się wieloma kolorami postać. Zaraz za postacią buchnął z  komina wysoki na kilkanaście metrów słup ognia. Trochę żarzących się sadzy spadło na ogródek i  przedstawienie skończyło się.

Od straży pożarnej otrzymałam pouczenie, że nie wolno samowolnie wypalać sadzy w  kominie i  powinnam była wezwać kominiarza. Ciekawe, jakby zareagował kominiarz, gdyby czyszcząc komin wyciągnął z  niego ducha? Przepisy, przepisami, ale niektóre rzeczy trzeba wziąć w  swoje ręce – dopóki pozostało trochę sił.

 

ALINA

Dywan

„Znoszę ciężary o  jakich nie myślał żaden Cezar świata, a  wszystko ulata…” – słowa wiersza Witkacego śpiewane przez Grechutę zawierają cały sens mojego życia. Wystarczy, że dowiem się o  jakimś nieszczęściu, to strasznie się przejmuję. To dlatego przestałam oglądać telewizję, która nastawiona jest na pokazywanie ludzkich dramatów. Nowy odbiornik, ten z  płaskim ekranem mam od kilku miesięcy, ale zupełnie przestał mnie cieszyć. Nie czytam gazet, a  nawet czasopism. Każda negatywna informacja rozpala moją wyobraźnię. Wraz z  ofiarami przeżywam tragedie. Utożsamiam się z  nimi i  wielokrotnie powracam do traumatycznych chwil. Bardzo przy tym cierpię. W  konsekwencji nadużywam nerwosolu, który sprawia, że mój żołądek zaczyna się buntować nadmiarem ziół.

Człowiek to drapieżnik. Przykładem jestem ja, pomimo, że staruszka bez zębów, to jestem stuprocentowym drapieżnikiem. Sztuczna szczęka zastępuje mi zęby. Ale nie o  takiego drapieżnika chodzi. Chodzi o  nasz egoizm. Relaksując się, staram się myśleć, ale to mi się nie udaje. Właśnie wtedy pojawiają się poważne rozważania. Ciągle wracam do jedynej prawdziwej teorii doboru, czyli podstaw ewolucji. Wracam do tego w  różnych aspektach bytu. Dla własnego świętego spokoju próbuję tą świecką teorię podważyć, ale tego zrobić się nie da. W  epoce prehistorycznej, w  niesprzyjających warunkach środowiska, przetrwali ludzie najbardziej bezwzględni. Ci, którzy byli ulegli, nie dali rady. Dotyczy to mężczyzn, bo to oni są zarozumiali i  pchają się do rządzenia. Kobiety uległe, ulegały i  dzięki temu przetrwały. Ale są kraje, gdzie warunki były bardzo trudne i  tam kobiety przestały być uległe i  stały się myśliwymi. W  tych regionach nierzadko niełatwo rozróżnić płeć. Wszyscy są do siebie podobni. A  raczej kobiety są podobne do mężczyzn, ponieważ noszą takie same ubrania. Tak jest u  Eskimosów, w  jakimś północnym kraju, którego nazwy nie pamiętam.

Postanowiłam porozmawiać o  tym ze Stasiem. Opowiedział mi o  ciekawym eksperymencie w  Rosji. Segregowano lisy hodowane na futra. Do dalszej hodowli zostawiano tylko te łagodne. Po kilkudziesięciu pokoleniach lisy zatraciły agresję. Gdyby je wypuszczono na wolność, to nie przeżyłyby. Ja z  radością poddałabym się takiej selekcji. Może byłabym szczęśliwsza i  nie wydawałabym tyle na uspokajające specyfiki, ale z  drugiej strony, co to za szczęście być taką maskotką? i  Stasio miałby problem, bo musiałby ciągle przychodzić i  mnie głaskać. Gorzej byłoby z  Lucynką, bo ona to raczej fachowiec i  do pieszczot się nie nadaje.

Każdy drapieżca lubi sensację, która sprawia, że podświadomie łaknący krwi ludzie gapią się w  ekran i  natężają słuch. Cieszą się, że to nieszczęście spotyka innych, nie ich. A  potem reklama w  okresie największej oglądalności. To się nazywa nowoczesny biznes.

Dla osobnika takiego jak ja podobnie, najlepszą karmą jest sensacja. Podświadome, krwiożercze instynkty karmią się nią, niczym uśmierconą ofiarą. Wolno to, co zabronione jest na ulicy. Staję się sytym zwycięzcą. Ale zaraz, jak wspomniałam, wchodzę w  rolę ofiary…

Trochę się przeraziłam tym swoim odkryciem. Jestem taka sama, drapieżnik ze sztuczną szczęką. Najgorsze jest to, że i  w  nocy, gdy śpię i  moje zęby są w  słoiku z  wodą, nadal mam wrodzoną chęć polowania na ofiarę. To nie trzyma się kupy…

W Borowicach hucznie obchodzono święto ochotników strażaków. Wypada zaraz na początku maja, kilka dni po pochodzie. Orkiestra nawet nie chowała instrumentów po pierwszym maja. Wszyscy jak żywi szli w  paradzie, od remizy do lasku rosnącego za cukrownią. Na przodzie dyrektor fabryki, który osobiście niósł sztandar, za nim orkiestra, za orkiestrą strażacy, dalej kierownicy, urzędnicy, zasłużeni robotnicy i  rodziny z  dziećmi. Na końcu jechał wóz strażacki, który co chwila włączał syrenę. Zawsze było bardzo uroczyście.

W lasku była majówka. Ale zanim zaczęła się zabawa i  biesiada, urządzano zawody. Najpierw dla dzieci. Bieg z  łyżką w  zębach, na której było jajko. Bieg w  workach. Ten w  workach ze dwa razy wygrał Stasio. Wsuwał stopy w  rogi worka i  przebierał szybko nogami. Była również inna technika – żabie skoki. Żaba zajęła drugie miejsce. Koleżanka Stasia.

Dla dorosłych rozrywki były bardziej złożone. Slalom motocyklem, przekładanie w  trakcie jazdy szklanki z  wodą z  jednego stolika na drugi, przeciąganie liny, rzut kulą, podnoszenie ciężarka i  ukoronowanie zawodów – wspinaczka po słupie.

Słup miał ponad trzy metry długości. Wkopany w  ziemię i  pomazany smarem, żeby było trudniej. Na czubku mały stolik, a  tam pół litra wódki, kiełbasa i  kiszeniaki na zakąskę. Osiągnięcie celu nie było łatwe. Zawodnicy odpadali jeden po drugim. Ale jednemu się udało. Krasemu.

Krasy, rybak znad Wisły i  kolega Henia był szczupły i  żylasty. Nie młody już i  po kilku głębszych. Mocny od ciągłego wiosłowania, ciągnięcia sieci i  walki z  Wisłą.

Pewnie by nie przystąpił do zawodów, ale go podpuścili. Zawziął się i  wszedł. Usiadł na stoliku i  zamroczony zwycięstwem, na miejscu skonsumował wygraną. To wszystko przez oklaski. Ludzie przez parę minut szaleli na jego cześć i  oprócz wiwatów krzyczeli, aby pił na miejscu. Tryumfator wypił, zjadł, zapalił, po czym wstał, żeby się ukłonić i  stracił równowagę. W  powietrzu przekoziołkował i  spadł na stół biesiadny. Myśleliśmy, że się zabił. Stół połamał się a  mężczyzna leżał bez ruchu. Nastała cisza. Każdy bał się podejść i  sprawdzić co mu dolega. Żywy, czy martwy? Każdy, oprócz Henia. Szkoda, że nie było nowoczesnej reklamy, bo oglądalność wyniosłaby sto procent, ale to były czasy PRL-u.

Krasy miał złamane dwa żebra, skręconą nogę, trochę zadrapań i  siniaków. Pojechał na sygnale do szpitala. Henio pojechał razem z  nim. Jako opieka. Tym, zdaje się, człowiek różni się minimalnie od klasycznego drapieżnika. Nie jest całkowicie krwiożerczy, co by się zgadzało, bo je również warzywa i  owoce.

Bycie takim egoistą, który chce dla siebie wszystko kosztem innych to grzech, ale mam nadzieję, odpuszczalny. To wynika z  naszej natury. Sama mogę być tego doskonałym przykładem. Nie daj Boże ktoś mnie zdenerwuje, to wówczas bym mu najchętniej przyłożyła, jak niegdyś, na pochodzie. Tyle dziesiątek lat od tamtej pory przeszło, a  ja nic się nie zmieniłam. Duszę w  sobie złość i  mściwość. Nie daję za wygraną.

Gorsze są grzechy zaplanowane. Stasio nazywa to niegodziwym wyrafinowaniem. Tak działa diabeł. Zastanawiałam się, jak można to nazwać inaczej. Ostatecznie nazwę rzeczy po imieniu. Jako stały lokator umysłu człowieka, nie opuszcza go ani na moment. Zawsze w  gotowości, aby podpowiedzieć, zbuntować. Sprytny i  inteligentny. Wszystkie grzechy są odpuszczalne, ale warunkowo. Człowiekowi przejdzie uniesienie, to mu głupio i  chce przeprosić i  naprawić krzywdę, i  ma szansę na rozgrzeszenie. Najczęściej tak jest, ale są wyjątki i  złość mieszka w  którymś z  mózgów latami.

Demon podsuwa myśli, które rozbudzają potrzeby. Kusi. Buduje w  umyśle wizje, których spełnienie ma przynieść satysfakcję, czyli stan spełnienia. No i  się zaczyna. Wiem po sobie.

Kiedyś mi podpowiedział, że powinnam mieć dywan na podłodze w  pokoju. Dywan to oznaka luksusu i  bogactwa. Dywan, który mi się podobał, wełniany, kosztował tyle co cztery pensje Kazika. Był za drogi. Wówczas, szczerze mówiąc, nie czułam się biedna, ale i  nie byłam zamożna. Na dodatek Kazik postanowił kupić sobie motocykl i  oszczędzał od wielu miesięcy. Zgodziłam się na ten jednośladowy pojazd i  nie chciałam go przekonywać, żeby zamienić motocykl na dywan. WFM-ką w  dwie osoby można pojechać gdzie się chce, a  dywan to tylko prestiż. Chyba, żeby był latający, ale takich nie ma.

Razem z  Panem Frankiem zrobiliśmy naradę. Nasze kalkulacje wskazały, że aby kupić mój wymarzony dywan, potrzeba odstawić na skup osiem dorodnych wieprzy. Urosną w  pół roku. Pojechaliśmy wynajętą furmanką na targ i  kupiliśmy stadko wspaniałych prosiąt. Ja miałam chować pięć, zaś Pan Franek wziął na siebie trzy sztuki. Mama trochę marudziła, że mam wielkopańskie zachcianki, ale zaraz jej przeszło. Rzuciła ścierką o  stół i  nerwy ustąpiły. Zawsze jak sobie to przypominam, to zazdrość mnie bierze. Ścierka zamiast nerwosolu i  stół zamiast pastylek. Jakby mnie to pomagało, to miałabym cały zestaw ścierek, różnych kolorów w  zależności od przyczyny rozdrażnienia. A  może i  ze dwa stoły, abym daleko chodzić nie musiała.

Przez kolejne sto osiemdziesiąt kilka dni, dwa razy dziennie nosiłam dwa pełne wiadra do obórki. Pan Franek też nosił. Świnie kwiczały, żarły i  rosły.

Byłam przemęczona, ale czym bliżej do celu, tym większa determinacja. Rano chodziłam na łąki za cukrownię, aby nazrywać pokrzyw i  innych roślin, które świnie lubią. Później gotowanie, zapach kiszonki z  wysłodków pomieszanych z  roślinami, a  wszystko posypane śrutą zbożową. Dzień podobny do dnia.

Tuczniki sprzedaliśmy za dobrą cenę. Na drugi dzień pojechaliśmy kupić dywan. Kazik, który mało pomagał w  chowaniu świń, bo miał dużo roboty w  fabryce, nie wtrącał się w  mój wybór. Wyczuwałam jego niezadowolenie, że chcę wydać majątek na zbyteczną rzecz, ale nie odezwał się ani słowem. Później, kiedy on przeznaczył oszczędności na czerwoną WFM-kę, ja także tego nie skomentowałam.

Dywan był piękny. Wełniany, miękki, w  harmonijne wzory. Na początek kupiłam specjalne uchwyty z  kółeczkami i  powiesiłam go na ścianie. Żeby nie zadeptać. Na podłogę miał pójść, jak się oswoję z  tą myślą. Zapraszałam wszystkie swoje znajome i  pławiłam się w  ich pochwałach. Aż kiedyś przyszła Nowicka. Jako ostatnia z  grona ludzi bywających w  naszym mieszkaniu zobaczyła mój nabytek. Powiedziała mi, kręcąc przy tym z  niedowierzania głową, że zgłupiałam. Że jestem głupia do potęgi! Żeby wypruwać z  siebie żyły przez pół roku i  w  zamian kupić coś, co do niczego się nie przyda. Chyba straciłam głowę i  czart mnie podkusił. Ale to, że to diabeł mnie podkusił okazało się później. W  tym dniu, wczesnym popołudniem zagotowałam się wewnętrznie, wyzwałam Nowicką, wykrzyczałam, że jest zazdrosna i  zawistna, i  wyrzuciłam ją z  mieszkania. Na odchodne powiedziała mi, o  dziwo całkiem spokojnym głosem, że jakiś demon mnie opętał i  trzeba by mi egzorcystę sprowadzić. Tego było za wiele. Zacisnęłam zęby, a  w  myślach wylałam na nią kubeł z  pomyjami.

Popielaty ma takie przyssawki, które przyczepiają się do chropowatych powierzchni duszy. Te chropowate powierzchnie pojawiają się, gdy się buntujemy. Ja muszę tego mieć sporo, bo pokus u  mnie wiele. Z  gładkiej duszy, to i  przyssawki ześlizgują się. Nie ma punktu przyczepienia, to i  pokus nie ma.

Idąc godzić się z  Nowicką, już wiedziałam, że byłam całkiem zaślepiona i, że to demon mnie podkusił. Mój zły duch to przebiegły, chytry lis. Takie grzechy odciskają się na duszy i  zostawiają trwałe blizny na długo. Ludzie nowocześni rzecz jasna nie uznają pokus diabła, ale ja osoba staroświecka daję temu wiarę. Nie zazdroszczę tym nowoczesnym, oni muszą zadać sobie wiele trudu, żeby inaczej wytłumaczyć swoje zachowanie. Nie przyznają się do winy i  z  godzeniem się mają problemy.

 

NOWICKA

Dywan

Nie mogłam tego nikomu powiedzieć, ale znudził mi się nasz parafialny kościół. Stosunkowo mały w  porównaniu do wielkości parafii i  liczby wiernych z  dużymi potrzebami. Uczestnicząc w  mszy odczuwałam ciasnotę. To się nazywa klaustrofobia. Wyraz trudny, ale w  pełni oddający uczucie ścisku bez możliwości swobodnych ruchów. Chciałam doznać innych wrażeń i  pojechałam do miasta, do katedry. Weszłam do wnętrza ogromnej budowli i  natychmiast poczułam się przytłoczona jej ogromem. Naciskiem wiszącego w  powietrzu czegoś, co było dużo silniejsze od ciśnienia atmosferycznego. Zanim doszłam do ławki, aby się pomodlić, czułam jak ogromna moc wyciska ze mnie wszystkie moje grzechy. Po kolei. Najdłużej zaparł się grzech związany z  moją bezczelną postawą w  stosunku do Aliny, która z  czystej głupoty zafundowała sobie dywan. Tyrała pół roku, chowała świnie, aby później kupić rzecz zupełnie niepotrzebną. Zrobiła z  tego bożka i  powiesiła na ścianie. To, że jej wywaliłam kawę na ławę, to nic złego, ale zrobiłam to z  zazdrości, a  to ewidentny grzech. Gorzej, bo nie zazdrościłam jej samego dywanu, tylko uporu w  dążeniu do celu, a  potem radości wynikającej z  jego osiągnięcia.

Dywan – po co mi dywan. Chować świnie i  zamęczać się na śmierć. Ale odrobinę radości i  dumy z  siebie to by się przydało…

Ludzie, którzy mają domy, samochody i  jeżdżą na wczasy za granicę, oprócz pewnej liczby szczęściarzy, ale to wyjątki, muszą zdobywać to wszystko dużym wysiłkiem. Ciężką pracą, ewentualnie, gdy nadarza się okazja, kradzieżą. Nie mam pewności, czy ci, którzy ukradną mają większy grzech od tych, którzy tylko kombinują… Później chodzą na leczenie do psychoanalityka, a  jeżeli nie pomaga, to do psychiatry, a  ten wystawia im dodatkowy rachunek, na który znowu muszą zarobić, kombinując i  kradnąc.

Ja mogłabym ewentualnie ukraść, ale nie kombinować. Gdybym zdecydowała się zostać złodziejem, to moje życie nie byłoby łatwe. U  nas nie ma czego ukraść. W  każdym razie nie ma niczego cennego. To co było, już dawno zniknęło z  widoku. Dlatego nie mam ukradzionego dywanu na ścianie, ale dwie dziury w  kominie. Byt człowieka w  dużej mierze zależy od jego charakteru, ale i  od środowiska w  którym bytuje.

Skończyłam się modlić. Ledwie wstałam z  ławki. Ciśnienie w  katedrze wzrosło jeszcze bardziej. Powoli położyłam się na posadzce. Niespodziewanie poczułam, drżenie. Fala moich grzechów wygniecionych ogromem budowli opuszczała moją duszę. Można było dostrzec szare smugi unoszące się w  kierunku powały. Mogłam wracać do domu. Do mojego małego domku, zaniedbanego ogródka i  ziejących czernią dziur w  kominie. Przypadkiem oczyściłam się.

 

ALINA

Jedyna na planecie

Są dni, w  których czuję się tak, jakbym była sama na całej Ziemi. Wszystko, co jest na planecie zrobiono tylko po to, żeby mnie przetestować. Jestem obserwowana, niczym doświadczalna myszka. Tyle zachodu dla jednej mnie. Ciekawe.

Jeżeli jestem szpiegowana, to muszę się przyzwoicie zachowywać, nie wszystko staruszce przecież przystoi. Postanowienie, postanowieniem, ale już po kilku minutach nie udało mi się go dotrzymać.

Przyszedł Stasio i  przyniósł mi obiad. Niespodziewanie. Świeżutkie, pachnące gołąbki z  młodej kapusty. Nie wytrzymałem. Nie zdążyłam wejść do kuchni, a  już zaczęłam jeść. Mówię coś do Stasia z  ustami pełnymi gołąbka. Jakbym zaraz miała umrzeć – chcę przed tym zdążyć go skonsumować. Taki smakowity. Podświadomie boję się, że przed końcem żywota nie dokończę mielonego owiniętego w  kapustę i  to powód dla którego się spieszę? o  ile teraz ktoś mnie obserwuje, to co sobie o  mnie pomyśli? E tam, w  całym moim życiu było aż tyle rzeczy, za które mogłabym się wstydzić, że lepiej sobie nie przypominać. Najgorsze są te sytuacje, gdy przypadkiem coś mi się udaje, a  później puszę się bardziej niż paw, czego to nie dokonałam. A  to nie moja zasługa i  powinnam powiedzieć, że po prostu szczęście mi dopisało.

Myślę o  śmierci, bo czuję, że to coraz bliżej. Dużo myślę o  Bogu. Wiele razy prosiłam o  różne rzeczy. Nawet o  cuda. Mniej dziękowałam. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, że Bóg jako Największa Mądrość i  Miłość musi być niezmienny, zamocowany w  swojej boskości na stałe. Skoro stworzył czas i  przestrzeń, aby powołać człowieka, to zna teraźniejszość i  przyszłość. Wszystko dawno już poukładano i  aby coś zmienić, na przykład wysłuchać moją prośbę, żeby było inaczej niż w  planie, musi wtedy poszczególne elementy jakby na powrót dopasować do siebie. Bardzo skomplikowane puzzle. Wszystko zaplanowano jako niezmienne, ale może być zmienne, bo człowiek ma wolną wolę i  robi co chce. Ja tak robiłam i  robię. Prosiłam dużo, dziękowałam mało.

Celem nadrzędnym jest wolna wola, bo tylko tak potrafi narodzić się miłość. Co gorsza i  co tak często odczuwam, i  diabeł ma wolną wolę, i  on również pochodzi od Boga.

Pokręciło mi się w  głowie od tej filozofii.

Była taka jedna sprawa, o  której zapomnieć nie mogę i  tego się z  pamięci wymazać nie da.

Podobno kiedy skupiamy się na słuchaniu, wzrok odbiera mniej wrażeń i  odwrotnie. Dlatego wąchając kwiaty, zamykam oczy. Uszu nie muszę zatykać, ponieważ słyszę słabo. Ale w  tych dniach moje zmysły działały należycie, to znaczy współpracowały ze sobą. Dzięki temu stało się to, co zdarza się niezmiernie rzadko, czyli cud.

Za okupacji, pod koniec wojny Kazik został aresztowany. Trafił do obozu koncentracyjnego w  Stutthofie. Do dzisiaj mam listy pisane po niemiecku. Myślałam, że nadszedł koniec wszystkich moich marzeń i  niebawem zostanę młodą wdową. Modliłam się i  chodziłam do kościoła tak często, jak się tylko dało. Ksiądz mnie denerwował, bo był trochę nieżyciowy i  dobry dla starych dewotek, a  ja przychodziłam z  prawdziwą prośbą o  uratowanie męża. Prosiłam, aby Kazik przeżył. Nic innego mnie nie obchodziło. Zbliżał się front i  zarządzono likwidację obozu. Przed tym Niemcy chcieli pozabijać wszystkich więźniów. Kiedy wieźli mężczyzn do lasu, Kazik i  Bolek, maszynista z  piątki, o  którym wspominałam przy okazji pochodu, uciekli. Opowiadali później, że musieli walczyć, obezwładnić żołnierzy i  uciekać ukradzioną ciężarówką. Wersji tych opowieści było tyle, ile wspólnych imprez zakrapianych wódką. Jedno jest pewne, uciekli i  przeżyli. Im tylko z  całego transportu udało się zbiec. To cud.

Cud przypomina zamianę karty w  domku z  kart. Najpierw trzeba jedną wyjąć, aby drugą na jej miejsce włożyć i  nie zepsuć całej konstrukcji. Czym karta położona w  niższym rzędzie, tym operacja trudniejsza. Jakże delikatnie musi działać ten, kto dokonuje cudów. Wiem coś na ten temat.

Wracam do myślenia o  Bogu. Istnienia Boga nie można udowodnić, bo człowiek ma za mało zmysłów, które odbierają jego istotę. Są skutecznie zagłuszane przez pożądliwości, które służą naszemu umysłowi, zdominowanemu przez popędy. Doświadczam tego na co dzień. Już nie pamiętam jak wielkie miały znaczenie popędy, gdy byłam młoda, ale pamiętam wiele przykładów mojego zachowania. Oj, byłam niezłe ziółko.

Śmieszy mnie za to przedstawianie dowodów na nieistnienie Boga. Przez ostatnie tysiąclecia, człowiek wychodził z  jaskiń i  szałasów, a  władza, aby utrzymać porządek tworzyła obraz wiary i  samego Boga, i  przedstawiała go poddanym. Człowiek jest omylny. Ale będąc przy władzy utwierdza w  przekonaniu wszystkich, że jest nieomylny. W  końcu sam w  to wierzy. Czepianie się szczegółów to nie dowody.

Mój mózg zażądał odpoczynku. „Hipokrates twierdzi, że łajno śmierdzi, a  Tales dowodzi, że to nic nie szkodzi” – ulubione powiedzenie Stasia kończy monolog przemądrzałej staruszki.

Zastanawiałam się, dlaczego Bóg mnie wysłuchał. Dopiero lektura świętego Jana od Krzyża otworzyła mi oczy. Zdałam sobie sprawę, że byłam tak wystraszona, iż żadne pokusy tego świata do mnie nie docierały. Pozbawiłam się jakiejkolwiek chęci, aby coś mieć, coś zyskać. Nie dążyłam do niczego i  oczyściłam się z  pokus. Jeden raz w  życiu mi się to przydarzyło, ale będę to pamiętała na zawsze. Rozum zajęty „stworzeniami tego świata” wypełnia nimi duszę, a  mój był wolny i  otwarty. Pusty niczym kubeł, z  którego wylałam pomyje.

Bóg w  pewnym sensie zostaje ubezwłasnowolniony wolną wolą człowieka i  robi to z  miłości. Nie może zatem być jakimś żywiołem, który siłą ogromną wyrównuje rachunki. Musi być tylko subtelny i  cierpliwy. Pełen nadziei, chociaż zna przyszłość, ale ostatecznie nie ma nic przeciwko cudom. Łatwo go wyśmiewać, ale trudno pojąć. Dziwne to wszystko.

Wszechmogący Boże, czy to możliwe, że podtrzymujesz moje trwanie na tej ziemi, abym na koniec mogła odgadnąć taką prostą rzecz?

Muszę teraz wyłączyć się z  myślenia o  bzdurach, czyli o  moich pragnieniach. Mózg jest odbiornikiem sygnałów, tych z  których zdajemy sobie sprawę, ale pewnie tych paranormalnych też. Ma obszary, którym nie są podporządkowane żadne zmysły. Wyłączę wszelkie odczuwanie rzeczywistości. Włączy się ukryty odbiornik fal, które powinnam usłyszeć nie słysząc i  zobaczyć nie widząc. Staram się za wszelką cenę, ale nie wychodzi. Pojawiają się wyobrażenia, które ostatecznie sprowadzają się do moich pożądań. Co bym zjadała, o  czym będziemy rozmawiać z  Lucynką, o  której godzinie, przyjdzie Stasio (o ile w  ogóle do mnie zajrzy), czy dzisiaj obejrzę serial, czy wytrwam w  postanowieniu nie włączania telewizora, czy będzie słoneczna pogoda.

Jak mówi święty Jan od Krzyża, Bóg daje komu chce i  kiedy chce. Teraz, zapewne nie chce mi dać wyobrażenia swojego obrazu. Pukam, ale nikt nie otwiera drzwi. Wobec tego postanowiłam, że zrobię sobie mleko z  bułką. Na ciepło. To mi zawsze pomaga, na zmianę z  nerwosolem jak wiadomo.

A może po prostu wielu spraw nie pojmuję, bo jestem głupia? Może to dlatego, że wierzę w  ewolucję? w  przewagę bytową, której podstawą jest egoizm? o  ile z  jakiejś nieznanej przyczyny, ewolucji nie było od zawsze, teraz istnieje. Na pewno była w  czasach historycznych, które są opisane. Na pewno w  epokach jeszcze dawniejszych, odkrywanych przez archeologów, zbadanych przez naukowców, potwierdzonych nowoczesnymi metodami. Jeżeli istnieje matematyka, a  istnieje, to dwa plus dwa równa się cztery. Na tym opierają się pomiary i  tylko głupi ich wynikom nie uwierzy. Rzecz jasna, w  nauce także są różnego typu naciągacze, ale każdy ma swój mózg i  powinien potrafić go włączyć i  odsiać plewy od ziarna. Wykształcenie w  tym pomaga, ale często wystarcza sam naturalny rozum, jak mnie.

 

NOWICKA

Jedyna na planecie

Szara postać przykucnęła w  rogu. Przyszła drugi raz w  tym miesiącu. Chciałam się przekonać, czy to mój koniec, ale gdy do niej podeszłam, to rozpłynęła się w  powietrzu. Siwy dymek wyleciał przez komin, tyle, że było go mniej niż poprzednim razem. Sprawdza mnie…

Alina boi się przemijania. Napisała mi kartę, w  której koślawym pismem przesyła pozdrowienia i  wyraża swoje obawy, że staje się coraz bardziej niedołężna. Moim zdaniem, cała radość w  przemijaniu. Gdyby zatrzymać czas, to nic by się nie działo. Drzewo się pali i  daje ogień. Jeżeli się nie pali, to powoli próchnieje. Lepiej więc płonąć niż próchnieć, albo gnić. O  ile teraz czegoś nie zrobię, nie zrobię tego już nigdy. Ja też stanę się niedołężna i  próchnieję…

Decyzja wzięła się nie wiadomo skąd, czyli z  intuicji. Najpierw wizyta w  biurze paszportowym. Na zdjęciu wyglądam młodziej, dużo młodziej. Wyrwałam te kilka siwych włosów, tysiące, a  raczej setki tysięcy pozostałych umyłam w  szamponie koloryzującym, zrobiłam makijaż. Efekt nie do opisania. Urzędniczka poprosiła, abym po paszport przyszła za trzy tygodnie. Muszą sprawdzić dane. Komputerowo. Kiedy odebrałam paszport, czekała mnie miła niespodzianka. Nieomylny komputer odjął mi równo dwadzieścia lat. Data urodzenia w  paszporcie wskazywała, że nie jestem taka znów stara. Komputer to przecież maszyna myśląca i  to musi być prawda. Wiek wyznaczył ze zdjęcia.

Sztabka była zamurowana w  metalowej futrynie drzwi. Większy kłopot miałam z  jej transportem niż z  odkuciem kilku cegieł. Ważyła swoje i  użyłam wózka na zakupy.

Janusz zbadał sztabkę i  ją wycenił, a  ja usłyszałam sumę, która o  mało nie zwaliła mnie z  nóg. Zrobiło mi się słabo i  o mało nie zemdlałam. Nie dałam jednak po sobie niczego poznać. Januszowi można ufać. To doskonały jubiler, ale i  wnuk mojej sąsiadki. Wnuk – pewniak, nie taki jak mój.

Wyłożyłam, co chcę zrobić, a  on obiecał pomoc. Będzie mnie spłacał ratami, część da mi od razu w  gotówce, część za tydzień przeleje na konto, a  potem raz na miesiąc. Razem poszliśmy do banku i  stałam się posiadaczką konta i  dwóch kart z  plastiku: kredytowej i  płatniczej. Musiałam się sporo nauczyć, ale dałam radę.

Dużo dłużej niż w  banku zeszło mi w  biurze podróży. Trochę marudziłam i  musieli przygotować mi indywidualną ofertę. Pojadę za granicę… Młoda i  ładna, uśmiechnięta od ucha do ucha dziewczyna zapytała mnie, czy na pewno zdecydowałam się na daleką podróż. Nasz wzrok się spotkał i  spojrzałam jej głęboko w  oczy. W  tej samej sekundzie była już przekonana, że się nie wycofam. Postanowienie to postanowienie, choć niekiedy dla młodych może to się wydawać osobliwe.

Moim potomkom powiem, że jadę do sanatorium. Poproszę, żeby korzystając z  mojej nieobecności wnuk odbudował kuchnię i  piec. Odbuduje, to zostawię mu domek w  spadku, a  jeśli nie, to zmienię testament i  niech się po mojej śmierci kłócą. I  tak do moich Borowic na długo nie wrócę. Po podróży mam jeszcze jeden, ostatni plan.

 

ALINA

Życie ucieka

Panie Boże, nie zabierasz mnie jeszcze do siebie, bo jestem Ci do czegoś potrzebna, a  może dlatego, że nie jestem gotowa do odejścia, bo muszę swoje odcierpieć, coś załatwić lub zakończyć? Moje stałe pytanie, wątpliwość, która pojawia się niemal każdego dnia przybrało formę modlitwy.

Siedząc w  fotelu zasnęłam. Miałam sen, długi niczym tasiemiec. Usiadłam w  fotelu równo o  osiemnastej. Obudziłam się po minucie. Zegarek chodził poprawnie. To niemożliwe, abym w  minutę miała sen długości filmu fabularnego. Ale co było to było i  nie będę tego rozważała.

Doszłam do wniosku, że umysł człowieka to podwójny twór. Oto dwa obracające się koła, to w  środku sunie wolno, zgodnie z  rzeczywistym czasem, zaś to zewnętrzne pędzi znacznie szybciej. Osią dla zewnętrznego koła jest wewnętrzne. To zewnętrzne kpi z  czasu. Funkcjonuje jakby poza świadomością. Poza realnym nam światem tam, gdzie nie istnieje czas i  przestrzeń.

Skąd mi do głowy takie myśli przychodzą? Widocznie to intuicja podpowiada mi wyjaśnienie tego, co dla prostej, starej kobiety jest niezgłębione.

Ta sama intuicja podpowiada mi, że wkrótce nastąpi w  moim życiu przełom i  zobaczę wszystko innymi oczami, znajdę się tam, gdzie nie potrzebne są ani zmysły, ani intuicja.

Jeszcze spotkam się ze Stasiem, z  Lucynką i  pożegnam się, ale nic im nie powiem.

Ciągle śpię. I  wciąż mam dziwne, fantastyczne sny. Ale ten ostatni nie był miły. Przyszła do mnie szara, półprzezroczysta postać, ta sama, która ostatnio mnie odwiedziła i  oświadczyła, że za karę, za moje grzechy, będę musiała żyć kolejne dziewięćdziesiąt dwa lata tak, żeby razem było sto osiemdziesiąt cztery. Ileż razy się tego obawiałam. Podświadoma psychoza stała się faktem. Obudziłam się cała zlana potem. To by dopiero było. Ale zaraz przyszła refleksja, że już dość dałam swoim bliskim w  kość. Wątpliwe, że potrzebują więcej.

Skończyłam różaniec. Rytm modlitwy pozwala zapomnieć o  lękach. Stasio był dzisiaj wesoły, jakby wygrał los na loterii. Coś tam wygrał, jakiś przetarg dla swojej firmy. Lucynka przeciwnie, była jakaś smutna… Życie.

Tak sobie myślę, zdarza się, że człowiek spada na dno. Ale to jest też i  dobre, bo chociaż ma się od czego odbić. Ważne jest, gdy będzie zbliżał się do swojego dna, aby oczyścić je z  błota, bo inaczej, zamiast poszybować do góry, ugrzęźnie w  mazi.

Chyba pozbyłam się wszystkich pragnień i  tego wszystkiego, co mnie trzyma na tym świecie. Poczułam się czysta, lekka i  opróżniona ze wszystkich śmieci. Można mnie zabierać.

Teraz wszystko ma inny smak niż miało kiedyś. Prawdopodobnie smak pozostał ten sam, ale ja go inaczej odbieram. Wszystko stało się mdłe i  przestało mnie cieszyć.

Nagle poczułam się senna. Zamknęłam oczy. Czekam. Czekam, aż pojawi się ciemny tunel i  na jego końcu światełko nadziei. Ale nic takiego nie pojawiło się. To pewnie jeszcze nie teraz. Zasnęłam.

 

NOWICKA

Życie ucieka

Samolot to ogromna maszyna. Siedzę przy oknie i  podziwiam chmury. Niesamowite są białe chmury oświetlone przez słońce. Piękne i  groźne.

Gdy startowaliśmy, nasz Boeing 777 przemknął nad Warszawą, nad dzielnicą, w  której mieszka Alina. Mówiła mi, że lubi patrzeć kiedy nad jej głową przelatują samoloty. Wielkie, majestatyczne, silne. Ciekawe, czy patrzyła na mój samolot? Zapewne będę lepiej widoczna podczas powrotu z  wyprawy, kiedy maszyna będzie podchodziła do lądowania.

Najpierw Rosja, Indie, Chiny, Kambodża i  tak dalej. Ameryka Północna, Południowa, Australia, Afryka. W  Afryce zdecydowałam się pobyć dłużej. Ostatecznie zrezygnowałam z  polowania (pomijam, że kosztowało drożej od całej wycieczki), ale dołożyłam do bezkrwawego zwiedzania Parków Narodowych. Co innego strzelanie z  wiatrówki, a  co innego ze sztucera. Moje ramie mogłoby nie wytrzymać. Ponadto, jeśli zabiłabym jakieś zwierzę, to tylko, aby je zjeść, a  ostatnio na mięso wcale nie mam ochoty. Na koniec Europa. Londyn, Paryż i  Rzym – kilka słynnych metropolii. Ostatni przystanek to Watykan, a  później do domu. Plan na czterdzieści dwa dni. Podróż dookoła świata.

Przygoda… Emocje wprost rozsadzają mnie i  muszę nad sobą panować. Zobaczę cały świat. Doznam więcej wrażeń niż w  ciągu mojego dotychczasowego długiego życia. To wspaniałe.

Wrócę z  podróży i  wyprowadzę się nad morze. To mój ostatni plan. Kupię dom niedaleko brzegu i  tam przeżyję swoje ostatnie lata. Będę słuchała szumu fal, zbierała muszle, a  może i  bursztyny. Wynajmę jakąś miłą kobietę, żeby mi pomagała i  zapomnę o  całej swojej przeszłości. Nie licząc rzecz jasna podróży dookoła świata. Ale resztę zapomnę. Wszystko i  wszystkich oprócz Aliny. Jej z  mojej pamięci wymazać się nie da.

Czuję się silna i  otwarta na to, co się zdarzy. Czekam na kolejne, nieznane mi dotąd wrażenia. Jestem podobna do małej, niecierpliwej dziewczynki…

KONIEC

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *