Rozdział 3. Dziadek, winda i bęben

Rozdział 3. Dziadek, winda i bęben

Dziadek, winda i bęben

Do biura przybyłem o pół godziny za wcześnie. Jak zwykle zresztą. Nie znoszę, kiedy mnie ktoś oszukuje, bylejakości i spóźniania się. To ostatnie z pewnością mam po dziadku, tacie mojej mamy.

Dziadek miał na imię Franek, był raczej mizernej postury, niezbyt wysoki, szczupły, nie rzucający się w oczy. Pozory mylą. Franek, to kowal pracujący w fabryce produkującej kotły do parowych lokomotyw. Dysponował ogromną siłą. Był przy tym nad wyraz spokojny. Jako strażak – ochotnik grał w strażackiej orkiestrze na ogromnym bębnie. Kiedy ubrani w czarne mundury mężczyźni maszerowali grając, dziadek szedł na końcu. Niepozorny człowieczek z ogromnym bębnem z przodu. Robił bum, bum, co zawsze rozbudzało emocje u babci Ani.

Kiedyś, podczas konfliktu, który wywiązał się między wozakami, stał się ich rozjemcą. Filigranowy Franek pomiędzy dwoma podpitymi i rozjuszonymi, ważącymi po 130 kilogramów olbrzymami. Nie posłuchali dobrych rad i wówczas (jak głosi legenda) dziadek się zdenerwował. Kierowcy furmanek ostatecznie pogodzili się, nie żywiąc urazy do Franciszka.

Co do punktualności, był wzorem. Jadąc do pobliskiego miasta do lekarza, wstawał przed 5,00 rano, o 5,30 był na przystanku, czekając na pierwszy autobus, który odjeżdżał o 6,00. O 6,30 był w przychodni, gdzie około 7,00 pomagał stróżowi (czytaj: dawny ochroniarz) otworzyć drzwi wejściowe. Później rejestracja i wizyta o 8.00.

Charakterologicznie jestem bardzo podobny do mojego dziadka Franka. Jeżeli bym się nieco zminiaturyzował i odjął 10 kg otyłości brzusznej, związanej z piwem i nocnym podjadaniem, bylibyśmy niczym bliźniacy. W okolicy nie ma co prawda żadnego już woźnicy, co byłoby niezmiernie cenne dla sprawdzenia moich umiejętności rozjemczych.

Patrząc na sytuację z innej strony, kilku zacietrzewionych grubasów można znaleźć w każdej korporacji. Tych, którzy są szczupli, także. Równie zacietrzewionych, aroganckich i zadufanych w sobie. Świat korpo rządzi się jednakże innymi prawami niż świat mojego dziadka. Transparentne uwalnianie, naturalnych poniekąd emocji, nie może mieć tu miejsca. Panuje kultura „sekretnych knowań”. Walka z tymi, którzy mają inne zdanie (albo i takie samo, ale są przeszkodą w wyścigu szczurów), także ma inne zasady. Stosujemy podkopy, „spółdzielnie” znajomych (co ma ułatwić usuniecie przeszkody), a jak ktoś traci równowagę, dobrze jest pomóc grawitacji w zepchnięciu delikwenta ze stołka. Nie dałbym sobie rady w roli rozjemcy. Ponadto, musiałbym bardzo uważać, bo spokoju mam w sobie o znacznie mniej od mojego protoplasty. Wynika to z mody wszechobecnego pośpiechu w krótkich odcinkach wyścigu. Z miejsca „A” , gdzie jesteśmy aktualnie okopani, do miejsca „B”, czyli kolejnego leja po korpo bombie (tj. krótkotrwałej, jeszcze nie zajętej przez sprytnego gryzonia niszy), gdzie natychmiast się okopiemy.

Kiedy wchodzę do windy standardowo mówię „dzień dobry”, wysiadając, „do widzenia”. Z moich szacunków wynika, że mniej niż 20% podróżujących dół – góra – dół cokolwiek odpowiada.

W ów feralny poniedziałek, 3 dni po opuszczeniu przez moją żonę rodzinnego miru, jak co ranka w dzień powszedni wsiadłem do windy. Wraz ze mną wsiadł młodzieniec i dwie panienki. Nie odpowiedzieli na moje powitanie – widocznie zbyt smutno zabrzmiało. Panienki długonogie, upudrowane, w spódnicach i bluzkach o sporych dekoltach. Młodzieniec z fryzurą na żel, spodnie rurki, które równomiernie zgniatały mu to coś, co świadczy o płci. Pewnie chciałby być samcem rodzaju Homo sapiens, ale mu to zdaje się nie wyszło. Marynarka jakby za krótka… Znajomi z firmy. W pewnym momencie chłopak zaczął opowiadać jakaś mdłą historię o sobotniej imprezie, zamiast przecinków używając słów wulgarnych. Klął jak szewc, a one hi, hi, hi, hi. Gdyby nie to, że moje biuro jest na 7 piętrze, może bym nie zareagował. Jednakże długotrwałe drażnienie w połączeniu ze stresem niedawnego rozstania zrobiło swoje. Powiedziałem mu, żeby przestał. Grzecznie. Odpowiedział używając wulgaryzmów. Zatrzymałem windę na piątym piętrze, chwyciłem gnoja z ucho i wypchnąłem go na zewnątrz. Złapałem chłystka za kołnierzyk koszuli i nie zważając na jego wybałuszone oczy i czerwoną twarz, grzecznie wytłumaczyłem mu, że istnieje cios takiego jak przecinek. Dopiero wówczas puściłem. Na koniec dostał dobra radę – jeśli mnie w przyszłości spotka, to będzie dla niego lepiej, jeśli pójdzie schodami. Na ulicy zaś ma zmienić chodnik na przeciwległy.

Skierowałem łapczywie chwytającego powietrze chłopaka w kierunku klatki schodowej i wróciłem do windy. Nie kopnąłem go w tyłek tylko dlatego, bowiem obawiałem się, że napięta tkanina spodni pęknie i światu ukażą się jego wątłe, blade pośladki. Oto praktyczny dowód, że na rozjemcę się nie nadaję.

Dziadek pewnie nie byłby ze mnie dumny – reakcja była spontaniczna, nieprzemyślana i w sumie głupia. Jedyne, co uzyskałem to obawa, że chłopak wezwie policję. Nie wezwał jednak. Może co nieco zrozumiał?

Panienki zatrzymały windę i czekały na mnie. Uśmiechały się zalotnie. Ich maślany wzrok był pełen podziwu. Jedna nawet głęboko westchnęła. Nie byłem zainteresowany. Zapewne nie potrafią gotować…

Wchodząc do biura, jak co rano natknąłem się na naszą sekretarkę, panią Jadzię. Na jej standardowe „jak się pan miewa”, odpowiedziałem, niekonwencjonalnie, że jak zaglądam w jej dekolt, to od razu mi lepiej. Mimo poniedziałku i nawału pracy. Aby nie być gołosłownym zajrzałem w jej dekolt i przez dłuższą chwilę nie odrywałem wzroku od ładnie opalonej skóry. Wzięła głęboki wdech i uśmiechnęła się słodko. W sumie, żadne z nas nie spodziewało się, że zachowam się w ten sposób. Po chwili zrobiłem się nieco zażenowany, ale Jadzia jakby tego nie zauważyła i zaproponowała, że zrobi mi kawę. Odmówiłem. Kawę pijam kiedy mam ochotę i niekoniecznie rano. Staram się robić ją samodzielnie.

Zamknąłem się w swoim pokoju i zadzwoniłem do Osła. Początkowo próbował mnie zmyć, wyznaczając termin za 2 tygodnie. W sumie nie dopuściłem go do głosu, po czym wymusiłem spotkanie w środę o 17,00. Po kilku minutach pojawiła się pani Jadzia z tacą na której niosła aromatyczną kawę i czekoladki. Jakby nie zrozumiała, że do napój ten piję, kiedy mam na niego ochotę i niekoniecznie rano…

Powoli zaczęło do mnie docierać, że jestem Baranem. Po powrocie do domu musiałem jakoś odreagować. Stres związany z nieobecnością żony pogłębił się. Na strychu odszukałem strażacki mundur dziadka oraz bęben na którym grał. Potężny bęben marszowy. Piękny instrument. Spodnie ledwie na siebie wcisnąłem. Nie zdołałem ich zapiać. Były też sporo za krótkie. Marynarkę również zostawiłem odpiętą. Na klapce lewej kieszeni przypięte były cztery ordery. Poczułem się jak bohater ochotniczej straży pożarnej, uczestniczący w pochodzie do lasu, gdzie ma odbyć się majówka, czyli zabawa dla robotników fabryki.

Wyszedłem na ulicę. Mundur był nieco zakurzony. Ordery pobrzękiwały jakby wesoło. Ze smartfona popłynął Marsz Turecki Mozarta. Starałem się maszerować równo, trzymając przed sobą instrument o średnicy metra. Uderzałem w bęben w momencie, gdy nasilały się dźwięki fortepianu. Rytmicznie, co cztery korki. Bum, bum bum. Zaciekawieni sąsiedzi wyszli do ogródków. Ładna majowa pogoda sprzyja wypoczynkowi na trawie, ale sprzyjała także jednoosobowej orkiestrze strażackiej. Niektórzy robili mi zdjęcia, kręcili filmy, inni po prostu bili brawo. Co jakiś czas salutowałem, przykładając palce do ebonitowego daszka czapki, stanowiącej nieodłączny element stroju galowego. Zdjęcia, filmy i brawa. Ogromny bęben oparty na mniejszym bębnie (piwnego pochodzenia) grzmiał głuchym basem. Szybko wpadłem w rytm i wesoło przemierzałem kolejne ulice naszego wspaniałego osiedla.

Zmęczyłem się po 40 minutach. Kiedy wyczerpany wszedłem do domu, moje dzieci czekały na mnie w przedpokoju. Zrobiłem jeszcze kilka razy bum, bum i zdjąłem instrument. Córka ucałowała mnie serdecznie, zaś syn stwierdził, że jestem „gość” i uściskał mnie „na niedźwiedzia”. Sądziłem, że zostanę nazwany głupcem, a oni byli ze mnie dumni… Dziwny jest ten świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *